fbpx

Małgorzata Ohme o rodzicach zakochanych w swoim dziecku

Małgorzata Ohme o rodzicach zakochanych w swoim dziecku
Bywa, że zakochujemy się w dzieciach tak ślepo, że poza naszą miłością nie widzimy świata i prawdy o naszych pociechach. (Fot. iStock)

Miłość matki do dziecka to uczucie wyjątkowe, niepowtarzalne i niepojęte dla tych, którzy dzieci jeszcze nie mają. Nie da się go opisać i opowiedzieć, nie da się go pokazać. Można go tylko poczuć. Miłość matki może dodawać skrzydeł lub je podcinać. Jak się w niej nie zatracić?

Uczucia, jakie żywi do dziecka świeżo upieczona mama, można porównać do motyli w brzuchu, które pojawiają się wraz z zakochaniem. Nic dziwnego, natura przygotowała dla kobiecego mózgu prawdziwą rewolucję. Toast za powodzenie na nowej drodze życia wznosimy koktajlem szczęścia – z lekką nutką oksytocyny i dopaminy.

Kiedy po raz pierwszy widzimy swoje dziecko, wszystko się zmienia. Nagle łapiemy się na tym, że my, kobiety sukcesu, wykształcone tygrysice, mogłybyśmy godzinami wpatrywać się w nasze „maleństwo”. Tak, „fasolka”, „kijanka” czy „kropka” – jak nazywałyśmy naszego potomka w ciąży – lubi w tym czasie zamienić się w „kruszynkę”, „żabkę” i „słoneczko”. Jak to możliwe? Jeszcze parę miesięcy temu zarzekałaś się, że twój mózg to twoja twierdza i za żadne skarby nie wypełni się po porodzie przecierem z marchewki! A jednak. Jeśli karmimy piersią, dodatkowe porcje oksytocyny dostarczają nam stałe dokładki szczęścia, nasz mózg jest zakochany. I chwała mu za to. To najpiękniejszy i najbardziej bezpieczny rodzaj zauroczenia swoim dzieckiem. Bez chorej ambicji, nadmiernych oczekiwań i rozczarowań tą małą osobą. Są i smutki, ale na wszystkie jest najlepszy dla matki plasterek – jej prawdziwy Skarb.

Gdyby zrobić ranking plusów i minusów matczynego zauroczenia, ten jeden wielki plus – opatrunek z miłości – skreśliłby wszystkie „przeciw”. Dzięki niemu, my, matki, mamy siłę (czasem wydawałoby się, że wręcz nadludzką), aby być, trwać, kochać, opiekować się dniem i nocą. Bez cienia goryczy. Kolejne porcje koktajlu szczęścia pozwalają nam zracjonalizować nasze wybory i porażki, spotęgować entuzjazm.

Między snem a jawą

Słodki bobas zaczyna jednak przybierać bardzo określoną postać, jest coraz mniej matką, coraz bardziej sobą. Nadal doświadczamy ogromu miłości, choć hormonalny afrodyzjak nie płynie już tak szerokim strumieniem. Wkraczamy w etap, gdy zaczynamy sycić się sukcesami dziecka, bo jego sukces to nadal nasza wygrana. Pierwszy krok, pierwsze słowo czy zdanie, samodzielność i przekora – powoli wprowadzają rodzica w świat równoległy, uczymy się kochać indywidualizm. Tutaj plusy i minusy bezkrytycznej miłości zaczynają się równoważyć. Nadal pomaga ona uporać się z trudami, buntem, niespełnionymi oczekiwaniami; ale też zaczyna zamieniać się w przesłonę na oczach. Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy zgłaszamy się do wyścigu. Bo przecież najlepsze dziecko to najlepsza matka czy ojciec. To nam dzieci zawdzięczają tak wiele, to my włożyłyśmy czas i wysiłek na tę długoterminową lokatę. Zaczynamy reżyserować życie i nieco ubarwiać rzeczywistość.

– Mój Krzyś to już siedzi na nocniczku – mówi znajoma, mama 6-miesięcznego szkraba. I choć doskonale wiemy – i ona, i ja – że słowo „siedzi” jest mocnym nadużyciem, to dla niej ważne. Bo dla niej Krzyś jest wyjątkowy, chce, by wyróżniał się wśród innych Krzysiów. Jednak niewinne kłamstewko, opowiadane na placu zabaw, może szybko wymknąć się spod kontroli i zamienić w wygórowane oczekiwania, które za chwilę lub dwie skrzywdzą Krzysia, gdy im nie podoła.

Gdy wchodzimy w rolę reżysera, nie wolno zapominać o tym, co tak naprawdę możemy robić, na ile życie naszego dziecka jest naszym życiem. Dobry reżyser nadaje kształt i wydobywa to, co najlepsze. Podpowiada, daje wskazówki i towarzyszy – ukryty poza kadrem. Lecz zdarzą się i tacy, którzy wpadają na scenę podczas spektaklu, wymachując rękami – „bo to nie tak miało być!”.

Jesteś moim lustrem

Bywa, że zakochujemy się w dzieciach tak mocno i ślepo, że poza naszą miłością nie widzimy już świata. Nie widzimy nawet naszych prawdziwych dzieci. Te stają się jedynie zwierciadłem, lustrem, w którym odbijają się nasze marzenia i oczekiwania, niespełnione sny. Nie mają już swoich twarzy, są tylko celem do osiągnięcia. Próbujemy zawłaszczyć sobie ich życie. Jakby można było w ten sposób przeżyć młodość jeszcze raz, zrealizować się jako tancerka, muzyk czy sportowiec.

Rodzice głusi na komunikację ze światem zewnętrznym tworzą sobie własny rodzinny ekosystem, alternatywną rzeczywistość. Prowadzą za rękę – ale tylko tam, gdzie sami chcieliby pójść. Często wymagają zbyt dużo. Bo widzą w tych wielkich błękitnych lub orzechowych oczach swój mistrzowski mecz, którego nigdy nie zagrali, wygraną olimpiadę, a wreszcie dobre studia, pieniądze, partnera, lepsze życie… Przecież jeszcze wszystko można naprawić – jeżeli nie w swoim, to w życiu dziecka. Uchronić je przed wszystkim, nawet przed samym sobą, odciąć od tego, co trudne (i kształtujące), od tego, co smutne (i dające mądrość), od tego, co nieudane (i pchające do nowego, do odkrywania). W zamian za posłuszeństwo dają własne poświęcenie, bez reszty i oferują gotowe życie. Czy można znaleźć plusy tak zaborczej miłości? Nie, można tylko próbować ją usprawiedliwiać.

Mamo, Tato – nie piszcie dzieciom scenariuszy, zostańcie w fotelu reżysera. Kroczcie ramię w ramię, prowadźcie, bądźcie zawsze. To najlepsza miłość, jaką możecie podarować swojemu dziecku tak, aby równocześnie zalać nią je bez reszty, ale by się nią nie zachłysnęło, mogło wziąć głęboki oddech i pofrunąć. Gdy rozwinie skrzydła, nadal będziecie mogli przeżywać swoje zauroczenie, ale bez efektów ubocznych.

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania magazynu „Sens”

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>