fbpx

Czasem na samotne święta po prostu można mieć ochotę!

Czasem na samotne święta po prostu można mieć ochotę!
"Decyzja o spędzeniu samotnych świąt może okazać się dobra. Doświadczenie terapeutyczne wskazuje, że w otoczeniu rodziny często dochodzi w terapii do regresu". (fot. iStock)

Boże Narodzenie spędzone z dala od rodziny i bliskich nie zawsze jest koniecznością, wtedy zwykle bolesną. Bywa, że to świadomy wybór, podyktowany potrzebą serca i przekonaniem, że „samotne” nie zawsze oznacza „w osamotnieniu”. Dokąd może zaprowadzić nas taki świąteczny eksperyment?

Mimo zmiany obyczajów, 2/3 Polaków wciąż Boże Narodzenie postrzega jako święta rodzinne i nie wyobraża sobie spędzić Wigilii w innym gronie. Owszem, coraz częściej w tym okresie wyjeżdżamy, ale wciąż: albo w gronie rodzinnym czy do rodziny, albo w tzw. pierwszy czy drugi dzień świąt. Inna sprawa, ile w tym nawyku czy lęku przed zmianą, bo jak wskazują badania przeprowadzone w listopadzie 2018 r. przez serwis Prezentmarzeń – dla 65 proc. respondentów okres Bożego Narodzenia oznacza stres. Badani mówią, że wywołuje go skupienie na przygotowaniach i prezentach, pośpiech, brak prawdziwego świętowania i ogólnie nie najlepsze relacje. Z tej perspektywy idealnym rozwiązaniem wydają się święta spędzane w samotności. Ale uwaga: samotności rozumianej jako wybór, a nie bolesne osamotnienie.

Czy to na pewno taki superpomysł – sprawdzam z pomocą psychoterapeuty POP Mateusza Ostrowskiego.

Jak to?

Kilka lat temu nasza redakcyjna koleżanka Lena zdumiała mnie informacją o tym, że w święta zostanie sama w domu. Nie mnie jedną, jak się potem okazało, bo wkrótce posypały się rady typu „może jednak pójdziesz do kogoś”, a nawet zaproszenia na Wigilię. Z czasem ośmieliłam się zapytać, skąd ten pomysł. „O, to długa historia – odpowiedziała. – Po raz pierwszy coś zaświeciło mi się w głowie po przeczytaniu felietonu Kasi Miller w „Zwierciadle”. Kasia wspominała swoje samotne święta z czułością. Ale wtedy żyła jeszcze moja mama i wszyscy spędzaliśmy święta razem”. Po odejściu mamy Lena nie miała ochoty na spotkania w odmienionym gronie rodzinnym i postanowiła spróbować, jak smakuje samotna Wigilia. Nie celebrowała jej, owszem, zjadła pierogi z kapustą, które ktoś jej sprezentował, ale był to jedyny element nawiązujący do uroczystej kolacji. Dwa kolejne dni spędziła na lekturze, drzemkach i spacerach. Kiedy dociekałam, czy naprawdę nie czuła się osamotniona, zaprzeczyła. „Wiesz – dodała – to innym było trudno uwierzyć, że nie było mi żal i smutno. Wątpili w moją szczerość, a mnie nie chciało się ich przekonywać”.

Mateusz Ostrowski tłumaczy, że to całkiem normalne, bo gdy wyłamujemy się ze schematu, to dochodzi do zmiany całego układu w otoczeniu. I co więcej, odnalezienie się w tej nowej sytuacji jest łatwiejsze dla przysłowiowej „czarnej owcy”, bo to ona podejmuje decyzję, niż dla tych, którzy zostali postawieni wobec niezależnego od siebie status quo. Nic więc dziwnego, że bliscy mogą nie najlepiej znieść naszą nieobecność przy świątecznym stole. Zwłaszcza jeśli nie wynika ona z konieczności (bo ktoś akurat ma dyżur w pracy) ani konsekwencji wyborów życiowych. Takie sytuacje, choć nadal trudne dla „opuszczonych”, łatwiej zrozumieć. Inaczej, gdy muszą się zmierzyć z deklaracją: „W tym roku nie spędzam z wami świąt, bo wolę być sam”. Nic dziwnego, że bliscy mogą poczuć się odrzuceni i rozczarowani, a nawet zranieni. I trzeba im dać do tego prawo i te ich uczucia „wziąć na klatę”.

Z pozycji dorosłego

Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. I wcale nie jest to rzadki przypadek, bo z doświadczenia terapeutycznego Mateusza Ostrowskiego wynika, że na przełomie roku często dochodzi w terapii do regresu. W ciągu kilku dni spędzonych z rodziną odżywają lęki sprzed lat, nasilają się konflikty rodzice-dzieci (jakby czas się cofnął) powracają – wydawałoby się przepracowane – sprawy. To nic nowego, bo święta Bożego Narodzenia już pod koniec lat 60. XX wieku trafiły na listę najpoważniejszych stresorów opracowaną przez amerykańskich psychiatrów Thomasa Holmes’a i Richarda Rahe. Ciekawe jednak, że dotyczy to tylko dorosłych…

Podejmując decyzję o sposobie spędzenia świąt, warto więc odwołać się do figury Dorosłego zaczerpniętej z Analizy Transakcyjnej Erica Berne’a. Dorosły skupia się na faktach, zadaje pytania i weryfikuje potencjalne rozwiązania – w przeciwieństwie do kierującego się przede wszystkim emocjami Dziecka i normami – Rodzica. Jeśli ileś poprzednich wigilijnych wieczorów kończyło się kłótnią, jeśli znowu czuliśmy się nieszanowani i nieakceptowani, a fikcja szczęśliwej rodziny aż biła po oczach – warto zaryzykować święta sam na sam. I stanąć za sobą w środku (dając sobie na to przyzwolenie i jeśli trzeba, przechodząc żałobę po marzeniach) i na zewnątrz (konsekwentnie odpierając naciski). A samo spędzanie świąt w odosobnieniu potraktować jako eksperyment, który nie wiadomo, co przyniesie…

Tak właśnie było w przypadku Leny, która eksperymentowała przez dwa lata. Po czym – z pozycji Dorosłego – postanowiła spędzić kolejną Wigilię ze znajomymi (było nieoficjalnie, ale jednak odświętnie), a dalsze świąteczne dni z ojcem, jego nową partnerką oraz rodzinami braci. Mateusz Ostrowski widzi w tym nawiązanie do metody Josepha Campbella, amerykańskiego badacza mitów, znanej jako „Podróż bohatera”. W skrócie polega ona na tym, że bohater wyrusza w świat w poszukiwaniu daru. Jeśli pokona wszystkie przeszkody po drodze i otrzyma ten dar, może wrócić z nim do domu i zmienić świat na lepsze. Jak twierdzi psychoterapeuta, odosobnienie jest ważne dla rozwoju, a w samotności może być łatwiej dostrzec cud, o którym w końcu przypominają święta Bożego Narodzenia. Jeśli jednak przeszkadza nam ich komercjalizacja i brak celebracji – może zamiast uciekać, spróbujmy wnieść trochę duchowości do rodzinnych relacji?

Mam ochotę na samotne święta. Czy warto spróbować?
Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. (fot. iStock)

Relacje sposobem na samotność

Rozmowa z Maciejem Orłosiem, ambasadorem akcji UNICEF Ponadczasowi

Przy okazji świąt, zwłaszcza Bożego Narodzenia, powraca temat samotności, która stała się bolączka naszych czasów. Co możemy na to poradzić?
Ja sam nie doświadczyłem prawdziwej samotności, ale mogę sobie wyobrazić, że w czasie świąt może ona być bardziej dotkliwa niż na co dzień. Mam w rodzinie starszą osobę, jest już po 90-tce. Nie założyła własnej rodziny, nie ma dzieci, ale ma dalszych krewnych i świadomość, że oni są, jest dla niej bardzo ważna. Zapewnia, że sobie poradzi, jednak myślę, że poczucie, że nie jest sama, bo ktoś przyjdzie albo zadzwoni, albo np. zrobi zakupy, wiele jej daje. Może taką ogólną radą jest to, żeby podtrzymywać przyjaźnie, nie pielęgnować złości i ogólnie dbać o relacje.

Tłumaczymy, że trudno dziś utrzymywać bliskie relacji, bo nie mamy czasu na wizyty i długie rozmowy. Ale skoro ważna jest już sama świadomość, że gdzie tam ktoś jest, to chyba warto także podtrzymywać kontakt nawet na odległość?
Myślę, że to ważne zwłaszcza dla osób, które mają ograniczoną mobilność i na co dzień mieszkają same. Jeśli mają takich nawet tylko telefonicznych znajomych, mają do kogo zadzwonić, podzielić się z nimi myślami, opowiedzieć o tym, co usłyszały, obejrzały. Dla kogoś, kto przez całe życie był aktywny i mimo upływu lat nadal ma aktywny umysł, nie ma nic gorszego niż zostać w pustce. Zdecydowanie, telefon jest dobrym pomysłem. Kiedyś prowadziłem spotkania w domach opieki i zauważyłem, że nawet osoby otoczone odpowiednią opieką, także medyczną, potrzebują czegoś więcej. Od osób kierujących jedną z placówek dowiedziałem się, że potrzebują wolontariuszy, którzy będą np. wychodzi z pensjonariuszami na spacer albo poczytają im książki.

A z kolei młodym wolontariuszom mogłoby to pomóc stworzyć nawyk budowania relacji i wychodzenia do ludzi – i kiedyś w przyszłości uchronić ich przed własną samotnością. Choć może to wyglądać myślenie interesowne, to wydaje mi się pewien sposób perspektywiczne…
Pomaganie innym jest zdrowe dla pomagającego, udowodniono, że daje mu wiele satysfakcji czy wręcz poczucia szczęścia. Głęboko w to wierzę, ale wydaje mi się, że młodzi ludzie rzadko sięgają w wyobraźni tak daleko. Przyszłość jest dla nich abstrakcją, na zasadzie: „kiedy to będzie?”. I tu nie chodzi tyko o relacje, ale i zabezpieczenia przyszłości, oszczędności, polisy na życie.

Dziś wiele mówi się o byciu tu i teraz. I faktycznie jeśli tkwimy w przeszłości albo wciąż tylko planujemy, co będzie jutro, za miesiąc, za rok – to umykają nam okazje, by cieszyć się tym, co mamy. Jednak nie powinno nam przesłaniać perspektywy, że czas płynie.
Dlatego cieszy mnie, że powstał program UNICEF Ponadczasowi. Zazwyczaj unikamy myślenia o swoim odejściu, a tym bardziej o tym, co będzie potem. W związku z tym w Polsce rzadkością jest sporządzanie testamentu, statystyki mówi, że wśród osób po 50-tce zrobiło to jedynie 13 proc. Polaków. A to także jest forma zadbania o relacje, bo dzięki temu można uchronić najbliższych przed komplikacjami w przyszłości. Przy okazji tej akcji przypominamy również, że w testamencie, poza rodziną, można uwzględnić inne osoby a także organizację. Jest ich tak wiele, że można wybrać tę, która jest najbliższa naszym wartościom. Ważne jest jedynie, żeby jej działalność opierała się na solidnych fundamentach, żeby była solidna i wiarygodna. Doskonałym przykładem jest właśnie UNICEF, który działa globalnie i ma na koncie wiele pozytywnych działań. W testamencie można ją uwzględnić w dowolnym zakresie i mieć zaufanie, że organizacja zrobi z tych pieniędzy dobry użytek. Fundusze z zapisów testamentowych ratują dzieci od śmierci i zapewniają im edukację. Warto zostawić po sobie piękne dziedzictwo.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze