fbpx

Pułapki perfekcjonizmu – mam prawo do błędów

Pułapki perfekcjonizmu: mam prawo do błędów
fot. iStock

Perfekcjonista nie potrafi znieść własnych niepowodzeń. Tymczasem porażki to także ważne doświadczenia. Pomagają odnaleźć swoją drogę, odkryć, kim jesteśmy.

Joanna, lat 36, architektka, samotnie wychowuje czteroletniego Błażeja. Rozmawiamy w jej mieszkaniu, nowocześnie urządzonym, wychuchanym, wydmuchanym, jak z folderu. Ona sama komponuje się w jego wnętrzach niczym modelka – atrakcyjna blondynka, w markowych ciuchach, modnej fryzurze. Postrzegana przez współpracowników biura projektowego (którego jest współwłaścicielką) jako ideał szefowej i koleżanki – przemiła, uczynna, poukładana. Nikt nie wie, że od dwóch lat leczy się z depresji. Z przymusu robienia wszystkiego perfekcyjnie. Z bycia najlepszą z najlepszych.

Nie potrafi powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Na pewno ujawniło się z całą jaskrawością w szkole. Nauczycielka polskiego, której była pupilką, powiedziała kiedyś do klasy: „Nawet nie wiecie, co posiadacie – królową Midas, bo czego się dotknie, zamienia w złoto”. Wtedy akurat wygrała konkurs wiedzy o teatrze, zwyciężała w turniejach, olimpiadach, pisała najlepsze wypracowania, pięknie rysowała, śpiewała, była dobra zarówno z przedmiotów humanistycznych, jak i ścisłych. Obowiązkowa, punktualna, odpowiedzialna. Duma rodziców. Ale, jak twierdzi, to nie było tak, że ktoś przymuszał ją do pracy.

– Przymuszałam się sama, od dziecka – mówi. – W pokoju musiał panować idealny porządek, lekcje musiały być odrobione, ubrania na jutro przygotowane, inaczej nie zasnęłam. Potem tę potrzebę bycia w porządku przeniosłam na inne sfery życia – na kontakty z rówieśnikami, dorosłymi, ale głównie na swoje ciało. Ćwiczyłam się w osiąganiu pewnych stanów, wmawiając sobie na przykład, że jest mi ciepło, podczas gdy tak naprawdę było mi zimno. Że nie chce mi się jeść, gdy byłam głodna. Że nie boli, gdy zwijałam się z bólu. Nie uwierzysz, ale autosugestia okazywała się naprawdę skuteczna. Tak się jednak w tym katowaniu siebie zagalopowałam, że już nie umiałam inaczej. Na terapię poszłam po rozpadzie mojego związku, kiedy uświadomiłam sobie, że z nikim nie potrafię żyć pod jednym dachem. Zrobiłam to przede wszystkim dla Błażeja. Przestraszyłam się, że wpędzę go w to samo, a byłam o włos. Ale zrobiłam to także dla siebie, wreszcie coś dla siebie! Na razie idzie mi trudno. No bo spójrz na ten porządek w salonie. Nadal nie jestem w stanie funkcjonować nawet w lekkim bałaganie. Ale chyba powoli wkraczam na właściwą drogę.

Zawsze znajdzie dziurę w całym

Robert, 53 lata, dyrektor w jednym z banków, ojciec dwóch córek. Przystojny, wysportowany, zadbany. Pewny siebie, bezceremonialnie podkreślający swoje racje i kompetencje. W pracy budzi postrach, bo często bez ogródek okazuje, że wie lepiej. Nawet gdy cały zespół (kieruje 24-osobowym oddziałem banku) podpisze się pod jakimś projektem i uzna go za skończony, on zawsze znajdzie dziurę w całym. Nie kryjąc przy tym satysfakcji w wytykaniu błędów, często wyimaginowanych. Jest przekonany – i tego nie kryje – że nikt nie może być lepszy od niego. Rzeczywiście, to świetny fachowiec, czego podwładni nie podważają, ale nikt nie chce się do niego zbliżyć. W życiu prywatnym zresztą też nie ma przyjaciół. Wszyscy czują się w jego towarzystwie gorsi i głupsi. Jemu to nie przeszkadza, bo – jak określiła to żona – w pracy jedzą mu z ręki, a znajomi odnoszą się do niego z łagodną rezerwą. Więc Robert nie widzi problemu. A że widzą żona i córki? No, to widocznie one mają problem, nie on, mawia.

– Mąż wraca z pracy, obiad na stole, dom lśni, ja się uśmiecham, a on, jakby w ogóle tego nie zauważając, zwraca uwagę na przekrzywiony obraz na ścianie – opowiada żona. – Kto go dotykał i po co? – krzyczy. Córki witają się z tatą, chwalą dobrymi ocenami, jakimś sukcesem sportowym, a on zbywa to milczeniem, przypominając, że zaraz sprawdzi porządek w ich pokojach. Irytują go drobiazgi – niezamknięte drzwi szafy, gazeta na stole, nierówno ustawione w przedpokoju buty. Każda taka rzecz może doprowadzić go do szału. Przed jego przyjściem z pracy wszystkie trzy staramy się poukładać każdą rzecz pod sznurek. On i tak jednak zawsze coś znajdzie. Prawi wtedy kazania albo wpada w szewską pasję. Przykro to mówić, ale oddychamy z ulgą, gdy wyjeżdża w delegację.

Rozmowy na ten temat? Owszem, próbowałam, ale bez skutku. Odpowiedź zawsze jest taka sama: „Ja się staram, a wy nie, wam na niczym nie zależy”. Mam czasami wrażenie, że każdy szczegół jest ważniejszy od nas. Nie wiem, jak nim wstrząsnąć, żeby zrozumiał, że musi coś z tym poprawianiem rzeczywistości zrobić. Kiedy zagroziłam, że się wyprowadzam, roześmiał się szyderczo. „Ty? Wyprowadzisz? A dokąd? Ciekawe, jak sobie poradzisz?”. Nic i nikt nie zmieni w nim przekonania, że jest najmądrzejszy, najlepszy, najbardziej zapobiegliwy na świecie.

Joanna i Robert są niejako egzemplifikacją dwóch odmiennych rodzajów perfekcjonizmu. Joanna, skoncentrowana na sobie i od siebie wymagająca, to uosobienie perfekcjonizmu wewnętrznego. Robert, uzależniony od wpływania na innych i od ich ocen – zewnętrznego. Ludzie pokroju Roberta mają silną potrzebę przeglądania się w oczach innych. Od tego, jakiego siebie zobaczą w tym lustrze, zależy ich samopoczucie. A chcą zobaczyć siebie nieomylnego, wszystkowiedzącego, najlepszego. Oczekują od bliskich czy pracowników spełniania swoich wymagań, które często są niemożliwe do spełnienia. Chorobliwie, wręcz obsesyjnie dążą do doskonałości, co zraża do nich ludzi.

Pragnie zasłużyć na miłość

Psycholog Anna Kuczyńska: – Perfekcjonizm wewnętrzny jest bardziej brzemienny w negatywne skutki od zewnętrznego. Człowiek stawiający sobie wygórowane wymagania nie potrafi znieść własnych niepowodzeń, co kończy się depresją, a nawet próbami samobójczymi. Nigdy nie znajduje powodu do cieszenia się życiem, zawsze widzi tylko to, co mu się nie udało. Nie potrafi pogodzić się z porażką, która jest nieodłącznym elementem ludzkiej egzystencji. Nie przyjmuje do wiadomości, że można uczyć się na błędach, wyciągać z nich wnioski i iść dalej. Zadręcza się poczuciem winy. Nienawidzi siebie.

Naukowcy potwierdzili, że perfekcjoniści wewnętrzni często cierpią na zaburzenia odżywiania. Korelacja między tymi dwoma anomaliami jest bardzo widoczna. Perfekcjonistka (na ogół kobieta), nie mogąc osiągnąć ideału w jakiejś dziedzinie, na przykład w nauce, szuka innej sfery życia, w której mogłaby być doskonała. A nad czym najłatwiej zapanować? Nad własnym ciałem. Narzuca więc sobie drakońską dietę, ale żaden spadek wagi jej nie zadowala. Więc katuje się dalej.

Koszty takiej obsesji są ogromne. Płacą najbliżsi, a przede wszystkim dzieci, które są największymi ofiarami perfekcjonizmu dorosłych. Często krytykowane nabierają przekonania, że muszą sobie zasłużyć na miłość. Więc także dążą do bycia idealnymi, bo uważają, że tylko w ten sposób zyskają uznanie rodziców. I tak powstaje błędne koło, z którego trudno się wyrwać.

Psycholog Anna Kuczyńska: – Perfekcjonizm z jednej strony motywuje do rozwoju, przekraczania własnych granic, z drugiej natomiast – rodzi poczucie, że ciągle nie zrobiło się czegoś tak, jak należy. Osoba owładnięta obsesją doskonałości nieustannie oczekuje, że jeśli tylko osiągnie jeszcze jeden cel albo ktoś wreszcie spełni jej wszystkie oczekiwania, osiągnie szczęście. A ponieważ szczęścia nie osiąga, pojawia się frustracja i niezadowolenie z siebie, co prowadzi do obniżenia poczucia własnej wartości. I ten stan permanentnej niskiej samooceny bywa niezwykle destrukcyjny. Nie pozwala bowiem dostrzec tego, co już osiągnęliśmy, z czego powinniśmy się cieszyć, być dumni. Nie daje szansy poczucia radości ani z tego, kim się jest, ani z tego, kto nas otacza.

Anna Kuczyńska uważa, że choć perfekcjonizm jest społecznie akceptowany, a nawet nagradzany, tak naprawdę może stać się niebezpiecznym uzależnieniem. Tak jak alkoholik topi smutki w mocnych trunkach, tak perfekcjonista zagłusza swoje prawdziwe problemy dążeniem do ideału. Dla niego jedynym powodem do radości byłby zakończony powodzeniem cel. Ale tak być nie może, bo jest nieosiągalny. Tacy ludzie nie potrafią cieszyć się z samego procesu dochodzenia do tego celu, co sprawia, że w życiu codziennym trudno z nimi funkcjonować.

Wszystko przez jedno „ale”

Jakie są przyczyny tak wyśrubowanego stosunku do życia, do siebie (a co za tym idzie – także zaburzeń odżywiania)? Naukowcy zgodnie odpowiadają: między innymi brak rodzicielskiej akceptacji i miłości. Jak wynika z badań, predyspozycje do bycia perfekcjonistami mają dzieci, które nie dostały w domu bezwarunkowej miłości, tylko musiały nieustannie na nią zapracowywać. A także jedynacy, najstarsi z rodzeństwa, ale przede wszystkim dzieci perfekcjonistów.

Joanna (ta, która leczy się z depresji) przyznała, że w domu zawsze słyszała: „No, nieźle, ale stać cię na więcej. Super, że masz piątki, ale dlaczego tylko jedną szóstkę – w przyszłym roku powalczysz o lepsze oceny, prawda? Całkiem porządnie posprzątałeś, ale sztućce trzeba wypolerować”. Zawsze jakieś „ale”. Takie komunikaty brzmią niewinnie, kiedy jednak wypełnione jest nimi całe dzieciństwo, w dziecku rodzi się przekonanie, że rodzice są z niego niezadowoleni. Choć ich intencją może być motywowanie dziecka do większego wysiłku, to nieświadomy przekaz słyszany przez syna czy córkę jest kompletnie inny, na przykład: „Musisz być doskonały, dopiero wtedy w pełni cię zaakceptujemy”.

Perfekcjonizm bywa też reakcją dziecka na tak zwaną dysfunkcyjność rodziny. Jeśli w domu panuje chaos i nieprzewidywalność spowodowana alkoholizmem rodziców, przemocą, ciężką sytuacją materialną, niedojrzałością matki i ojca – dziecko próbuje sobie pomóc, dbając obsesyjnie o ład i porządek, bo to daje mu namiastkę poczucia bezpieczeństwa, przewidywalności i kontroli nad własnym życiem. Źródłem takiej postawy mogą być także inne życiowe doświadczenia. I – co ciekawe – są to zarówno sukcesy, jak i porażki.

Psycholog Anna Kuczyńska: – Czasami ktoś staje się perfekcjonistą, ponieważ odnosi spektakularny sukces i potem nie wypada mu zejść poniżej tego poziomu. Albo wprost przeciwnie – coś mu się nie udało i teraz, panicznie bojąc się kolejnej porażki, czyni desperackie starania, aby do tego nie dopuścić. Bywa też tak, że oto nagle pojawia się konkurencja, która burzy naszą stabilną sytuację. Robimy więc wszystko, żeby nie stracić pozycji, ale jednocześnie wpadamy w pułapkę dążenia do doskonałości.

Owo dążenie samo w sobie nie jest niczym złym, zwłaszcza w dobie fuszerek, prowizorek, improwizacji. Zdrowy perfekcjonizm polega na dbaniu o swoją markę, na starannym wykonywaniu swoich obowiązków. Po czym poznać ten destrukcyjny? Po tym, że poświęcamy coraz więcej czasu zadaniom, które aż takiego nakładu energii nie wymagają. Wciąż poprawiamy coś, co już dawno zostało skończone. Wielokrotnie przekładamy terminy oddania projektu. Zawsze i wszędzie chcemy być najlepsi. Jesteśmy ciągle niezadowoleni ze swoich wyników. Uważamy, że nasza wartość zależy od tego, ile osiągniemy. Nieustannie podnosimy sobie poprzeczkę. Krytyka wytrąca nas z równowagi, zamiast skłonić do wyciągnięcia konstruktywnych wniosków. Stawiamy sobie nierealistyczne cele.

Jesteśmy tylko ludźmi

Amerykański psychiatra Theodore Isaac Rubin uważa, że największym dramatem perfekcjonisty jest to, że w jego świecie nie istnieje teraz. Liczy się tylko przyszłość. A ta z kolei nigdy nie zostaje urzeczywistniona, bo zawsze staje się jakimś teraz, które… przecież się nie liczy. „Perfekcjonizm i pęd do przodu spełniają funkcję przerażającego bicza, który uniemożliwia uzyskanie wewnętrznego spokoju i jest źródłem ciągłej nienawiści do prawdziwego »ja«”.

Jak nie wpaść w tę niebezpieczną pułapkę? Trzeba przede wszystkim racjonalnie wyznaczać sobie cele. Ważne, aby były w zasięgu ręki i w granicach naszych możliwości. Cieszyć się z każdego, nawet najmniejszego sukcesu, celebrować go. Nie porównywać się do innych, bo przecież każdy z nas ma odmienne predyspozycje i zdolności. Dawać sobie prawo do odpoczynku. Dzielić zadania na te wymagające maksymalnego zaangażowania oraz takie, które można wykonać na większym luzie, co wcale nie oznacza gorzej. Dobrze jest od czasu do czasu wykonać jakąś czynność na pół gwizdka, a nawet zupełnie sobie odpuścić i po prostu zrobić coś dla siebie. Czasami trzeba kogoś poprosić o pomoc. A perfekcjoniści jakby zapomnieli, że nie są na świecie sami, że mogą liczyć na innych.

Anna Kuczyńska: – Perfekcjoniści nie mają zaufania do ludzi, ale też do siebie. Gdyby mieli – posłuchaliby tego, co mówi ich ciało i dusza wtedy, kiedy się katują. A ciało i dusza krzyczą: „dość!”. Dlatego trzeba skończyć z wmawianiem sobie: „muszę być najlepszy”, a zamiast tego starać się być po prostu dobrym. Dążenie do bycia „tylko” dobrym jest racjonalne, bo możliwe do osiągnięcia. Natomiast pogoń za doskonałością tak naprawdę zawsze musi kończyć się fiaskiem, co wynika z definicji samej nieosiągalnej doskonałości. Trzeba też przyjrzeć się swoim priorytetom. Co jest dla mnie ważniejsze: punktualność czy wyprasowana bluzka, miła atmosfera na kolacji czy wykwintne dania, szczęśliwe dzieci czy ład i porządek w domu? Musimy dać sobie prawo do porażek. Potraktować je jako kolejne ważne doświadczenia, które rozwijają, pomagają odnaleźć swoją drogę i odkryć, kim jesteśmy.

Perfekcjonista powinien wypisać sobie wielkimi literami na drzwiach pokoju słowa Theodore’a Isaaca Rubina: Nie ma w kondycji ludzkiej niczego, co można by określić jako czyste, idealne, doskonałe, absolutne. Tylko śmierć jest w sposób doskonały absolutna i pewna. Ale gdy jej doświadczymy, już nas nie ma. Tak więc nasza kultura, nakłaniając nas do boskiej doskonałości, funduje nam ułudę. Jesteśmy przecież tylko ludźmi.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>