fbpx

Mamo, tato, uczcie się! Czego uczą nas dzieci, pytamy Katarzynę Miller

Mamo, tato, uczcie się! Czego uczą nas dzieci, pytamy Katarzynę Miller
Dzieci – zupełnie nieświadomie – są najlepszymi nauczycielami życia. (Fot. iStock)

Bywają irytujące, ale też rozbrajające i szczere do bólu. Psycholożka Katarzyna Miller twierdzi, że dzieci – zupełnie nieświadomie – są najlepszymi nauczycielami życia. Jeśli tylko chcemy, nauczą nas cierpliwości, spontaniczności, prawdy i umiejętności bycia tu i teraz. Jak nie blokować w nich tych naturalnych zdolności?

Ewa Nowak, pedagożka i autorka książek, napisała kiedyś, że jeśli twoje lub czyjeś dziecko cię bardzo irytuje, to zadaj sobie pytanie: czego chce cię nauczyć poprzez swoje zachowanie? Jaką ważna lekcję chce ci dać?
Może nawet nie samo dziecko chce ci dać jakąś lekcję, ale los. Myślę, że dzieci robią i mówią ważne rzeczy, będąc zupełnie tego nieświadome. One robią to intuicyjnie. Mnie kiedyś bardzo zafrapowała inna rzecz. Otóż rodzice zawsze natykają się w rozwoju swoich dzieci na moment, w którym sami kiedyś przechodzili coś podobnego i ich rodzice się wtedy nie wyrobili. W związku z tym mają pewnego rodzaju traumę związaną z tym momentem. I kiedy przeżywają to samo ze swoimi dziećmi, to ta trauma się odnawia, i może się to objawiać właśnie w postaci irytacji, złości, niepokoju, bezradności.

Z powodu tamtej traumy nie wiedzą, jak się zachować?
Albo nie wiedzą, jak się zachować albo bardziej się denerwują i złoszczą na dzieci. Albo są bardziej bezradni.

Chcesz powiedzieć, że posiadanie dzieci daje nam szanse na ponowne przeżycie swojego dzieciństwa?
I na przepracowanie rzeczy, które były dla nas w nim frustrujące, trudne i w których nasi rodzice pokazali nam wzór zachowania rodzicielskiego, jaki nas uwiera.

Teraz, jako rodzice, powinniśmy się zachować dokładnie inaczej?
Po pierwsze, powinniśmy sobie zdać sprawę z tego, że coś nas mocniej rusza niż normalnie, że coś jest dla nas trudniejsze. Co to znaczy? O czym to świadczy? Powiedzmy, że dziecko strasznie bałagani, nagminnie się spóźnia…, kłamie…, powiedziało: „nie lubię cię” albo pyskuje… Sam fakt, że to robi, jest już denerwujący, ale jeśli nas to irytuje ponad miarę, może to oznaczać, że my sami w przeszłości robiliśmy bardzo podobną rzecz i nasi rodzice nie stanęli wtedy na wysokości zadania. Może nie pomyśleli, zanim zareagowali. Może nas obrażali, krytykowali, może byli dla nas długo nieprzyjemni z tego powodu. Nawet jeżeli tak nie było, to warto wrócić do tego momentu, bo wtedy możemy sobie przypomnieć, co w takiej sytuacji czuje dziecko. Jeśli rodzic potrafi powiedzieć sobie: „Ojej, przecież ja też kiedyś pyskowałem” – to jest w stanie bardziej zrozumieć swoje dziecko. Może nawet mu powiedzieć: „Wiesz co, ja też tak robiłem, rozumiem cię”. I już zmienia się atmosfera. Dziecko czuje, jakby zostało zdjęte z niego jakieś odium.

I co dalej? Powinniśmy zachować się teraz tak, jak chcieliśmy, by zachował się nasz rodzic w sytuacji z przeszłości?
Najlepiej właśnie o to siebie zapytać. Jak ja jako dziecko chciałbym, by mama się wtedy zachowała? Może chciałbym, by powiedziała: „Kochanie, zdenerwowałeś mnie tym. Za mocno cię okrzyczałam, ale przecież nic strasznego się nie stało. Mam nadzieję, że będziesz od dzisiaj zwracał na to uwagę. A może zróbmy coś, żeby w przyszłości się to nie powtórzyło. Czego potrzebujesz, żeby następnym razem zachować się inaczej?”. Zobacz, jakie to jest ważne pytanie.

Czego ci potrzeba?
Czego ci potrzeba, żebyś nie musiał tego więcej robić? Oczywiście różne problemy wynikają też bezpośrednio z wieku dziecka. Starsze zaczynają już wychodzić do znajomych, na jakieś spotkania czy zajęcia i wtedy na przykład pilnowanie powrotu o określonej porze jest strasznie trudne dla takiego dziecka – kiedy się świetnie bawisz, to przecież wcale nie chcesz wracać. W dodatku wszyscy jeszcze zostają…

Czyli zamiast się irytować, powinniśmy spytać dziecko: „Czego potrzebujesz, żeby…
…z jednej strony się wybawić, a z drugiej, żebym ja wiedziała, o której wrócisz, i miała pewność, że jesteś bezpieczny”.

Mówisz, żeby sobie przypomnieć, że i my byliśmy kiedyś tacy sami, a co jeśli właśnie byliśmy inni?
Bo ja jako matka pozwalam na więcej albo moje dziecko jest inne niż ja? No, to jest bardzo prawdopodobne.

Rodzicom wydaje się naturalne, że córka będzie jak matka, a syn jak ojciec. Czasem wręcz tego oczekują.
A to zależy. Bo czasem słyszę od kobiet takie słowa: „Boże, żeby tylko moja córka była mądrzejsza ode mnie”. (śmiech) Albo: „Żeby sobie na więcej pozwoliła, bo ja sobie nie pozwalałam”. Są takie fajne mamy.

Weźmy taki przykład: dziecko się nie chce uczyć. Dla mamy, która lubiła szkołę i zawsze dobrze się uczyła, może to być niezrozumiałe. Powinno pozwolić córce na to, by robiła, co chce, czy jednak nalegać na odrabianie pracy domowej? Trzeba wymagać od dzieci czy dawać im więcej wolności?
Najlepiej usiąść z córką i powiedzieć jej: „Kochanie, to jest fascynujące – jesteśmy zupełnie różne. Chciałabym bardzo, by twoje życie układało się tak, żeby ci się podobało. Zatem powiedz mi teraz, na tej naszej naradzie, na co ty się decydujesz – co ty będziesz robiła w domu, w swoim pokoju i ze sobą, żeby ci to pasowało. Wszystko to zapiszemy, możemy nawet zrobić pieczątkę z kartofla i przypieczętować. I będziemy to obie szanować”.

Czyli jesteś za tym, żeby dziecko samo w pewnym wieku wyznaczało swoje obowiązki i cele?
Na zasadzie: jesteś członkiem rodziny i naszego domu, dlatego możesz samo zadeklarować, co dla tej wspólnoty będziesz robić. Nie musisz się zmuszać, by robić coś, czego nie lubisz, ale jeśli coś średnio lubisz, to już możesz to zrobić.

A co z nauką?
Nie należy nikogo zmuszać do nauki. Dziecku trzeba pozwolić, by czytało, co chce, uczyło się, czego chce. A jeśli nie znajdzie niczego, co mu się podoba, to będzie miało kiepsko w życiu, bo nie będzie wiedziało, co lubi, a czego nie. I będzie mu albo nudo, albo smutno, albo pusto.

Ciekawe, co na to szkoła… Ale jak rozumiem: chcesz by dziecko mogło wybierać, a nie było pozbawione tego wyboru?
Tak. Jestem za tym, by dziecko było świadome konsekwencji swojego postępowania i samo dokonywało wyboru, czy dalej tak chce się zachowywać. Można się na przykład zabawić w coś takiego: jeden dzień mama jest córką, a córka mamą. Czyli znów, usiądźmy z dzieckiem i powiedzmy: „Co ty na to, że przez jeden dzień ja będę się zachowywała jak ty, a ty jak ja? Ale to będzie ciekawe, bo ja nigdy nie zachowywałam się tak jak ty. A ciebie to nie ciekawi?”. Jednego dnia robimy wszystko, co chce córka, a drugiego to, co chce mama. Jeśli córka chce iść na wagary – idziemy na wagary. A po całym dniu sobie rozmawia- my: co mi się podobało, a co nie, jak się czułam, co było dla mnie trudne, a co od ciebie przejmę. Zawsze wtedy wychodzi coś, czego się nie spodziewaliśmy. I pozytywnie, i negatywnie.

Nie masz wrażenia, że dziś rodzice nie chcą się niczego uczyć od dzieci – zachowują się, jakby pozjadali wszystkie rozumy?
Myślę, że oni strasznie chcą, żeby tak było. Bo mają dziecko i mogą je wychowywać, jak chcą, nikt ich z tego nie rozlicza, nikt ich za to nie pociągnie do odpowiedzialności. No, chyba że samo dziecko po latach im wystawi rachunek. Ale wtedy zawsze mogą powiedzieć, że to wredne, niewdzięczne dziecko. Moja mama mi na przykład mówiła, że jestem podła, bo płaczę. A ja płakałam, bo mi było z nią źle. Jak można powiedzieć do małego dziecka, że jest podłe?! Strasznie daleko jest od takiej czarnej pedagogiki
do jasnej, która mówi, że dziecko przyszło na świat ze swoimi zasobami, zdolnościami, ze swoim wyposażeniem biologicznym, fizycznym i psychologicznym. I że jeśli będziemy je wspierali, to ono będzie mogło bardzo dużo z tego skorzystać.

I że ono lepiej wie, co jest dla niego ważne niż my…
Jasne, bo ono to czuje. Są oczywiście takie trudności, że ojciec czy mama mają inny typ psychofizyczny niż córka czy syn, czyli tata jest melancholijny, a córka wiecznie biega. Albo mama jest kumata mentalnie, a syn sprawny manualnie – wszędzie łapę wsadzi i albo coś wkręci, albo rozkręci. Mamy zwykle krzyczą wtedy: „Co mi tu psujesz?!”, podczas gdy dziecko się po prostu tym fascynuje.

Przyznaj, siedzi w nas takie pragnienie, że jak dziecko podrośnie, to będzie czytało te same książki co ja, lubiło te same smaki…
Albo tak samo jak ja się ubierało, a potem córka mówi: „Mamusiu, ja tych ubrań nie znoszę!”. I chodzi tylko w dżinsach i glanach. Jedna moja znajoma mówiła: „Cierpię strasznie, ale zagryzam zęby, bo moja córka kocha Myszkę Miki. Wszystko musi być w Myszkę Miki. Czekam, aż z tego wyrośnie”.

Czego nas uczą takie sytuacje?
Jeśli chcemy, uczą nas bardzo dużo, na przykład cierpliwości, spontaniczności i prawdy. Dzieci, dopóki nie są zmuszane do tego, żeby być głównie grzeczne, dopóty są prawdziwe do bólu. I niech będą. „O, cześć, jaka ty jesteś gruba” – powiedziała do mnie raz córeczka mojego kolegi. „Wiesz co, ty też chuda nie jesteś” – odpowiedziałam spokojnie tej rezolutnej dziewczynce, bo rzeczywiście miała sporo dziecięcego tłuszczyku. „Oooo” – delikatnie się zdziwiła. Ale że gruba jestem, to przecież wiem i się nie obrażam, że mi ktoś prawdę mówi. Sama też jestem szczera.

Słyszałam, że moglibyśmy się uczyć od dzieci tego, by nie być snobami. Dziecka nie obchodzi, czy jego ubranie jest drogie, ładne czy modne. Ważne, że jest mu wygodnie. Ta cecha bardzo mi się podoba u dzieci. Oraz ich wieczna ochota do zabawy.
No i ta ich niewiarygodna energia… W pewnym momencie padają, ale dopóki nie padną, to mogą jeszcze wejść na dach, powygłupiać się i zrobić parę rundek dookoła na pełnym biegu. Rewelacja!

Potrafią też prosić o przytulaski.
I pytać: „A kochasz mnie? A jak bardzo mnie kochasz? Bo ja ciebie jak od jednego bieguna do drugiego”.

I zawsze cieszą się, jak jest cała rodzina razem.
A jeszcze wlezą w środek, żeby się napawać tym stanem. Jeśli oczywiście mają taką fajną rodzinę. I to ich bogactwo emocjonalne: potrafią śmiać się do rozpuku, potem się uderzą o coś i rozryczą, a potem coś ich rozbawi i znów jest śmiech. To jest w nich cudowne. Bo to wszystko jest szczere. I przeżywane na całego, całym ciałem. Dzieci są też bardzo empatyczne. Wiedzą, co mogą powiedzieć rodzicom a co nie. W związku z tym pewne dzieci swoim rodzicom nigdy się nie poskarżą, nigdy się nie przyznają, nigdy nie poproszą o pomoc. Bo wiedzą, że to nic nie da. Rodzice by się zdziwili, jak dalece dzieci ich odczytują. Bardzo by chcieli być postrzegani jako wszechmocni i wszystkowiedzący, tymczasem one widzą, że na przykład są słabi. Przecież wszystkie grzeczne dziewczynki tak naprawdę trzymają dom w całości. Są grzeczne, żeby było spokojnie, żeby rodzice się nie kłócili, nie mieli do siebie pretensji.

Warto czasem spytać dziecka: Co o mnie sądzisz? Albo: Jakie są moje mocne i słabe strony?
Myślę, że dorośli byliby bardzo niechętni, by usłyszeć odpowiedzi. Zwłaszcza jeśli pytaliby swoje dziecko. Dzieci są szczere dlatego, że są wolne od zmyły, którą sobie dorosły człowiek funduje. Na zasadzie: czegoś nie chcę do siebie dopuścić, więc montuję sobie taki mentalny durszlak, który przepuszcza tylko te informacje, które chcę o sobie wiedzieć. A resztę blokuje, bo są emocjonalnie zbyt trudne. Dzieci długo są czyste, choć stopniowo dają się zabrudzić, czego zresztą sobie rodzice często życzą.

Chronić w nich tę czystość? Odgradzać od kontaktu z brudem i złem tego świata czy zostawić same sobie i po prostu trzymać za nie kciuki?
Sekret opiekowania się dzieckiem polega na tym, by mu towarzyszyć, a nie by je poganiać, prowadzić za rączkę czy chronić. Wyjaśnię to na przykładzie małego berbecia i jego ojca, który mnie kiedyś zachwycił. Berbeć na czworakach zapierniczał po tarasie w te i we wte a tatuś chodził za nim spokojnie i nie wtrącał się do momentu, aż berbeć zbliżał się do krawędzi tarasu, z którego mógłby spaść. Wtedy tata brał go w swoje mocarne ręce i miękko i miło ustawiał z powrotem we właściwym kierunku. Berbeć potem znowu zapierniczał, ojciec szedł za nim i znów tuż nad krawędzią go zawracał. Nie krzyczał za nim: „stój” ani: „wracaj” czy „uważaj”, tylko po prostu był. Nic więcej nie trzeba tak naprawdę. Oczywiście nie możemy towarzyszyć dzieciom wszędzie, bo jakbyśmy chodzili z nimi do szkoły, to w ogóle by się nie rozwinęły. Mnie chodzi o towarzyszenie emocjonalne, świadomą obecność w ich życiu. Zdumiewające było dla mnie, jak dostawałam listy od dziewczyn o treści: „Rzygam po każdym posiłku, ale rodzice niczego nie widzą”.

Ewa Nowak pisała też, że dzieci najbardziej mają pretensję o to, że rodzice się nimi nie interesują.
W skrócie chodzi o to, byśmy my interesowali się dziećmi tak jak one interesują się nami. One wiedzą o nas wszystko – od tego w końcu zależy ich przetrwanie. My – z tego samego powodu – powinnyśmy interesować się nimi. W ten sposób nawiążemy relację, która będzie dla nich wsparciem na lata, a dla nas – źródłem radości, satysfakcji i cennej wiedzy o sobie samych.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze