Mężczyzna i dziecko w jednym: gdy partner skupia się tylko na swoich potrzebach

fot. istock

Kobieta czuje, że nie ma oparcia w mężczyźnie „synku”. Trudno być z nim w kontakcie. Trudno poczuć: „Tak, jesteśmy razem”. Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek i szybko może go stracić – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On chce, żeby go podrapać po pleckach, zrobić jajeczko na miękko, kogel-mogel z miodkiem. Troszczyć się, opiekować, organizować, chwalić, doceniać… By kobieta była dla niego matką. Nie rozumie, dlaczego ona zaczyna mówić o rozstaniu. To już trzecia, która chce odejść z tego powodu. Czy na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy biorą sobie do serca zdrowe kobiece granice: „Nie jestem twoją matką”?

Oczywiście. Jest wielu mężczyzn, którym zależy, żeby dociekać, dlaczego wciąż potrzebują matki, mimo że już dawno nie są chłopcami. Jest wielu takich, którzy szukają partnerskich relacji z kobietami. To, co płoszy kobiety w zetknięciu z mężczyznami, o których mówisz, to nie kogel-mogel z miodkiem, ale ich postawa, stan wewnętrzny, w którym się znajdują. Kobieta czuje, że nie ma oparcia w takim mężczyźnie. Trudno w ogóle być z nim w kontakcie. Trudno przy nim poczuć: „Tak, jesteśmy razem”. Jeśli mężczyzna jest skupiony wyłącznie na swoich potrzebach, wtedy zaniedbuje związek, zaniedbuje coś, co psychoterapeuta par Stan Tatkin nazywa systemem ochrony więzi. On buduje system ochrony siebie i system zaspokajania własnych potrzeb. Gdy rodzi się dziecko, sytuacja jeszcze bardziej się pogarsza. Mężczyzna jest zazdrosny, popada w depresję, trudno mu odnaleźć się w nowej roli. Jak ma być ojcem, skoro jest synkiem?

Chociaż ogólnie nie ma nic złego w traktowaniu siebie nawzajem z czułością, po dziecięcemu.

Szczególnie w sytuacjach kryzysowych, w czasie choroby możemy być dla siebie nawzajem matką i ojcem, troszczyć się, opiekować. Jednak partnerstwo polega na tym, że ta troska płynie w obie strony. Nasuwa się pytanie, czy mężczyzna traktuje swoją partnerkę równie czule i troskliwie, na przykład proponuje, że zrobi jej masaż.

No nie.

W takiej relacji nie ma symetrii. Jest dawczyni i biorca. Najczęściej taki układ wyczerpuje się, ponieważ kobieta czuje się przeciążona, po pewnym czasie wyeksploatowana, i odchodzi.

To, co czasem wstrzymuje kobiety przed odejściem, to jego deklarowana miłość: on przyrzeka, że ją kocha.

Być może naprawdę kocha. Gdy jednak do głosu dochodzą chłopięce deficyty, braki, niezaspokojone potrzeby, miłość zostaje nimi przykryta, przytłoczona. On jest naprawdę zaangażowany, naprawdę mu zależy, a równocześnie robi wiele, żeby ją stracić. Nie potrafi dawać i dlatego traci. Jest tu jeszcze inna ciekawa dynamika: jeśli mężczyzna ma taki deficyt, to – paradoksalnie – pojawia się tendencja, żeby wchodzić w relacje, w których tego nie dostanie. I to jest właśnie to wyzwanie, które należy podjąć. Zaczynamy od świadomości: co sprawia, że tak bardzo potrzebuję matki?

Czego potrzebuję? Czego mi zabrakło? Czego dotyczy żal, tęsknota?

Jeśli dziecko nie otrzymało wystarczającej ilości troski, opieki i wszystkiego, co je nakarmi, wtedy w dorosłym życiu te potrzeby odzywają się i domagają zaspokojenia, wyrównania. Jednak może być też tak, że ten mężczyzna wiele dostał, i nie chodzi tu o deficyty. Chodzi o tradycję rodzinną – po prostu jest to jedyny model związku, jaki zna. W jego rodzinie właśnie tak było – kobiety opiekowały się mężczyznami, matkowały im, ale nie nauczyły syna, jak samodzielnie ma się o siebie troszczyć. Gdy był mały, mama robiła kanapeczki, kroiła jabłuszka, głaskała po główce, tuliła, leczyła. Znalezienie źródła trudności, które pojawiają się w dorosłym życiu, jest istotne, ponieważ wtedy można lepiej zrozumieć, o co chodzi; dlaczego coś jest dla mnie tak ważne, dlaczego mną kieruje.

Załóżmy, że takie rozpoznanie zostało dokonane.

Teraz czas na zatroszczenie się o siebie, a jednocześnie o potrzeby partnerki. Możemy sprawdzać, dowiadywać się, czego ona pragnie, potrzebuje, co dałoby jej szczęście, radość bycia razem. Żeby tak mogło się stać, mężczyzna potrzebuje najpierw w sobie odnaleźć źródło troski, opieki i miłości – odnaleźć wewnętrznych rodziców, być dla siebie matką i ojcem. W psychologii nazywa się to odzyskaniem lub rozwinięciem swojego wewnętrznego rodzicielstwa. Wewnętrzni rodzice opiekują się, kochają, wybaczają, dają prezenty.

Jak by to miało wyglądać w praktyce?

Zacznijmy od prostych rzeczy: możemy sobie zafundować wyjście do kina, na koncert. Pamiętam wiele lat temu, po 21-dniowym kursie, w którym brałem udział, byłem tak zmęczony, że już niczego nie przyswajałem. Marzyłem, żeby się oderwać. Od razu po zajęciach poszedłem do kina. Sam, ponieważ akurat żona gdzieś wyjechała. Pamiętam, że to mi sprawiło wielką przyjemność. Zrelaksowało mnie poczucie satysfakcji, że zadbałem o siebie. A przecież mogłem się poużalać, że no tak, jej nie ma, znowu nie dostanę tego, czego potrzebuję, jak zwykle… Weź los w swoje ręce, mówi przysłowie. No, to weźmy, kupmy bilet do kina, pójdźmy na spacer do lasu, zróbmy sobie prezent – książkę, płytę. Ja często tak robię: po przeprowadzonym warsztacie czy szkoleniu kupuję sobie książkę niezwiązaną ze sprawami zawodowymi i zanurzam się w lekturze. Prezenty od innych mogą być rozczarowujące, ale kiedy sam wybieram to, co lubię, wtedy pojawia się przyjemne uczucie zaspokojenia. Po zajęciach w innym mieście idę do dobrej wegetariańskiej restauracji. Fantastyczna sprawa. Gdy gotuję sam, jest w tym macierzyńska troska i opieka; karmię sam siebie. Karmienie siebie i innych to wspaniała forma afirmowania istnienia.

Ta świadomość zmienia energię w relacji, odpręża, uwalnia.

Mężczyzna, który potrafi sam o siebie zadbać, z radością i z wdzięcznością przyjmie od swojej partnerki wszelkie przejawy troski. Jednak to nie jest być albo nie być dla jego szczęścia. Nie będzie w nim presji, którą mężczyźni „synkowie” wywierają na swoje partnerki. Gdy kobieta jest bardziej rozluźniona, chętniej daje to, czego jej bliski mężczyzna potrzebuje. Daje z obfitości i wie, że ta obfitość jest także w nim.

Troska o siebie to także wybaczanie sobie, bycie dla siebie życzliwym.

„Nie jestem tak idealny, jak bym chciał, popełniam błędy, mam ograniczenia, nie jestem samcem alfa”. „Byłbym bardziej atrakcyjny dla mojej partnerki, gdybym osiągnął więcej, zrobił karierę”. Mężczyźni mają stereotypowe oczekiwania w stosunku do siebie, kompleksy, poczucie niskiej wartości: bo nie sprostali społecznym stereotypom albo stereotypom swojej rodziny. „Powinni” się zmusić, a już nie dają rady. Najwyższy czas z życzliwością akceptować swoje ograniczenia, wybaczyć sobie, że je mamy.

Troska o siebie przełoży się na siłę, męskość, decyzyjność?

Wyobraźmy sobie, że w relacji trzeba podjąć ważną decyzję, a mężczyzna mówi: „Ale najpierw mnie przytul i ugotuj coś pysznego”. Mężczyzna wypada wtedy z roli partnera i wchodzi w rolę dziecka, synka. Gdyby to jeszcze działało w taki sposób, że po tych czułościach on staje do pionu i mówi: „No, to teraz mogę po męsku podjąć wyzwanie!”. Problem w tym, że ta pieszczota może dodatkowo doprowadzać do regresji wiekowej; można się łatwo cofnąć do roli, która była właściwa dawno temu. Tak mu dobrze, że już nie chce się zajmować dylematami, trudnymi wyborami, więc unika odpowiedzialności, odkłada na później. Szkoda mu tracić przyjemność, błogostan. Dlatego warto, aby mężczyzna wyobraził sobie, że radzi sobie w życiu sam, podejmuje decyzje, jest odpowiedzialny.

No właśnie, kobiety „synków” słyszą: „Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie!”. Na swój sposób cudowne… i przerażające.

Zniewalające. Dobrze poćwiczyć wyobraźnię: jak by to było, gdybym mieszkał sam? W jaki sposób zorganizowałbym wtedy swoje życie? Jak mógłbym się troszczyć o siebie? Jak mógłbym realizować swoją ścieżkę życiową, talenty, zainteresowania? Dobrze jest też sprawdzić – na przykład przez miesiąc pomieszkać samemu.

Są mężczyźni, którzy przechodzą z kobiecych rąk do rąk. Mówią, że w ich rodzinie od zawsze tak było.

Czas sięgnąć po męskie wzorce. W filmie, w literaturze jest ich mnóstwo. Ale także w zaprzyjaźnionych rodzinach. Gdy rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że świat funkcjonuje na różne sposoby i może już czas pożegnać stare rozwiązania, przekroczyć próg, poeksperymentować trochę. Eksperymenty polegają na tym, że przyjmujemy rolę, która dotąd była nam obca. I sprawdzamy, jak się w niej odnajdujemy, jak działa, jak reaguje partnerka. Na przykład kobieta wraca z pracy. Zamiast prosić: „To teraz się mną zajmij”, możemy zaproponować: „Chciałbym ci zrobić masaż, masz ochotę? Teraz nie? W porządku, jednak gdybyś zechciała, daj znać”. A kolejnego dnia możemy zapytać, jak chciałaby spędzić wieczór, weekend. Jeśli kobieta nie ma specjalnych oczekiwań, sami możemy coś zaproponować. Możemy zrobić listę nowych zachowań i sprawdzać, eksperymentować, ćwiczyć. Pytać: „Jak było w pracy? Co mogę dla ciebie zrobić?”. Budujemy wtedy system ochrony więzi partnerskiej. Skupiamy się na tym, co naszą więź pogłębia, dożywia. Zwiększamy świadomość, co możemy zrobić ze swojej strony, abyśmy w relacji czuli się szanowani, respektowani i kochani.

Pytać, interesować się, szczodrze dzielić się sobą. To wydaje się bardzo proste, pod warunkiem że mężczyzna widzi w tym sens.

Często otrzeźwieniem jest groźba rozstania. Eksperymentowanie, sprawdzanie nowych rozwiązań pozwala wyjść z tendencji do skupiania się wyłącznie na sobie. Potocznie mówi się, że przełamuje egoizm. To zbyt trywialne określenie. Chodzi o to, że mężczyzna rozwija w ten sposób umiejętność dostrzegania szerszego spektrum rzeczywistości, wykracza poza stereotypy. To naprawdę wiele zmienia, uruchamia empatię, kreatywność. Zdarza się jednak, że uczucie tęsknoty za opieką macierzyńską jest tak dotkliwe i nieprzyjemne, że żadne starania i eksperymenty nie przynoszą efektów. Wtedy trzeba oczywiście poprosić o profesjonalną pomoc.