fbpx

Miłość i czas

Miłość i czas
"Oswoić to stworzyć więzy" - tę definicję miłości podaje w "Małym Księciu" Antoine de Saint-Exupery (Fot. iStock)

Stan kochania ma mniej wspólnego z uczuciami, które zwykle kochaniu przypisujemy. Sądzę, że dominantą jest… wzruszenie. To ono z czasem pozwala, by miłość mogła trwać – mówi Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka.

Ludzie często mówią, że miłość z czasem się zmienia. Co to właściwie znaczy?
Wydaje mi się, że nie ma trafniejszej definicji niż ta, którą podaje nam Antoine de Saint-Exupéry w „Małym Księciu”. Chodzi mi o słynny dialog pomiędzy Małym Księciem a lisem. Pewnie większość z nas pamięta: Mały Książę spotyka lisa i chce się z nim bawić. Lis odpowiada, że nie może się z chłopcem bawić, bo nie jest oswojony. Wtedy Książę pyta, co znaczy „oswoić”. Słyszy: „To jest pojęcie zupełnie zapomniane. Oswoić znaczy stworzyć więzy”. I dalej: „Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty także mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie”.

Dalej lis mówi o tym, że poznaje się tylko to, co się oswoi.
I bardzo trafnie określa, czym jest zmiana, o którą pytasz. A ja dopowiedziałabym jeszcze, że w ogóle sam stan kochania ma zdecydowanie mniej wspólnego z tymi uczuciami, które zwykle kochaniu przypisujemy. Sądzę, że dominantą jest… wzruszenie.
W filmie Kazimierza Kutza „Pułkownik Kwiatkowski” jest taka scena, w której tytułowy bohater grany przez Marka Kondrata spogląda na nagie piersi Krysi, czyli Renaty Dancewicz, i zaczyna płakać jak dziecko. To jest coś, co według mnie właśnie najlepiej określa kochanie. Znajdujemy w drugim człowieku coś, co nas wzrusza, czy to na planie fizyczności, czy jego wewnętrznego świata. I to jest stan bardzo daleki od początkowego stanu zakochania, który – mówiąc moim psychologicznym językiem – jest stanem subpsychotycznym – nie widzi się wtedy rzeczywistości, kochanie natomiast jest oswajaniem kogoś pomimo tego, że widzi się go prawdziwym. Prawda pozwala nam się wzruszyć. Generalnie tym, co tworzy bliskość, intymność między ludźmi, jest prawda.

I nie masz na myśli braku makijażu.
Brak makijażu także mam na myśli, bo zrezygnowanie z upiększaczy naszej cielesności dla wielu bywa trudne, choć, oczywiście, odsłonięcie się emocjonalne jest nieporównanie trudniejsze. Więc to, co sprawia, że miłość się zmienia, to fakt, że z czasem zaczynamy widzieć siebie wzajemnie w zupełnie innej odsłonie.

Kochać oznacza także umieć postawić potrzeby drugiego człowieka ponad swoimi. To piękne i ryzykowne zarazem. Freud mówił, że nigdy nie jesteśmy tak bezbronni wobec cierpienia, jak wtedy, gdy kochamy. I co za tym idzie – to rzecz, na którą bardzo trzeba uważać, kiedy rozwija się związek – cienka bywa granica, która dzieli kochanie od masochizmu.

Co jeszcze może zaszkodzić miłości, nie pozwolić, by się rozwijała?
Z pewnością rozsadza i dewastuje związek iluzja, której ulega wielu z nas, że partner pokocha nas bezwarunkowo. To nasza tęsknota, pragnienie, często nieuświadomione, które związek niszczy. W dorosłym życiu, z założenia i zawsze, poza relacją z dzieckiem, stawiamy drugiej stronie jakieś warunki.

Czyli, mówiąc obrazowo, miłość między partnerami może „udać się” tylko wtedy, kiedy porzucimy wiarę w cuda.
Można tak powiedzieć. Może udać się także tylko wtedy, kiedy od idealizacji drugiego człowieka przejdziemy do widzenia go takim, jakim rzeczywiście jest. I tu potrzebne jest wzruszenie, o którym powiedziałam. Dzięki niemu łatwiej nam znosić ułomności i wady, które dostrzegamy, gdy przestajemy żyć wyobrażeniem o drugim człowieku. Drugi człowiek, przez swoją odmienność, musi bywać dla nas męczący, nie ma innej możliwości, tak jest zawsze, u wszystkich.

Wzruszenie jest kotwicą.
Tak, i amortyzuje wściekłość, którą wywołuje w nas partner.
Miłość to też, po prostu, konsekwencja. My bardzo często, mówiąc o miłości, myśląc o niej, pomijamy niebagatelne znaczenie decyzji. Miłość to decyzja. Pójdźmy dalej tropem Małego Księcia: zobaczył park z tysiącem róż i zastanawiał się, jak ma kochać tylko jedną. Otóż kocham tę jedną, bo ją wybieram. Bo decyduję się na to, aby z tą, a nie inną osobą być.

Kiedy słyszymy na przykład, jak jedno z partnerów po 30 latach związku mówi: „Już cię nie kocham”, możemy zadać sobie pytanie: „Ale co to właściwie, u licha, znaczy?!”. Czy ten człowiek aby na pewno rozumie, co kryje się pod słowem „kochać”, skoro wypowiada takie zdanie? No bo jeśli zadecydował, że to jest ta róża, a nie inna, to co znaczy: „Już cię nie kocham”? Znaczy dokładnie: „Już cię nie wybieram”, czyli: „Zmieniłem swoją decyzję”. Oczywiście, wyłączamy sytuację, kiedy ktoś nas krzywdzi albo krzywdził, a my postanawiamy przestać być masochistami. Jeśli taka sytuacja nie ma miejsca, powiedzenie: „Już cię nie kocham”, wydaje się kompletnie niezrozumiałe.

Ale przecież ludzie się zmieniają, zmieniam się ja, zmienia się mój partner, zmieniają się nasze oczekiwania…
Z mojego 30-letniego doświadczenia terapeutycznego wynika, że ludzie nie zmieniają się tak bardzo, jak zwykliśmy sądzić. Oczywiście, nie będę tak radykalna jak Edward Stachura, który pisał, że jeśli coś się zakończyło, to znaczy, że nigdy tak naprawdę się nie zaczęło, to przesada, ale naprawdę zachęcam do refleksji, co kryje się pod zdaniem: „Już cię nie kocham”, jak je rozumiemy. I czy nie zapominamy przypadkiem o tym, że życie jest historią kolejnych utrat. Utrat dotyczących także na przykład iluzji, którą mamy na początku związku…

Są sytuacje, kiedy jeden z partnerów czuje po prostu: „Już mi nie jest tak dobrze, jak było”.
Tu warto wyróżnić dwa porządki. Jeden porządek to porządek Małego Księcia, czyli zrozumienie, że kochanie jest w dużej mierze decyzją, a drugi porządek to porządek związany z kolejnymi momentami, w których się w życiu znajdujemy. Na początku ludzie, bezdzietni, mogą po prostu tylko cieszyć się byciem ze sobą. Potem, bardzo często, pojawiają się dzieci, a to zawsze jest kryzysem dla relacji. Para, mówiąc dosadnie, zmienia się w instytucję do spraw wychowania dziecka czy dzieci. I tu można, niechcący, popełnić czasem brzemienny w konsekwencje błąd. Skupiamy się na nowej ważnej roli – bycia rodzicem – to oczywiste, ale absolutnie konieczne jest zachowanie jednocześnie więzi pomiędzy partnerami. Bo… jesteśmy odpowiedzialni za to, co oswoimy.

Czasem miłości nie sprzyjają warunki zewnętrzne, problemy, które dopadają nas lawinowo.
Różnego rodzaju trudności, na które natrafia para, niekoniecznie muszą niszczyć, one są dokładnie w równym stopniu szansami, które dają nam na przykład możliwość, by uczyć się od siebie nawzajem, czyli się rozwijać.
Jest taki mem: wnuczek pyta dziadków, jak to się stało, że udało im się przeżyć ze sobą 60 lat, a dziadek mówi, że oboje są z takiej szkoły, która, gdy coś się psuje, nakazuje to naprawić, a nie wyrzucić do śmietnika. Po prostu. Słowo „kocham” jest opakowaniem dla słowa „decyduję”.

Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka, współzałożycielka Naukowego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej, pracuje w Zespole Pomocy Psychoterapeutycznej w Warszawie.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>