Love story z morałem – Katarzyna Miller wyjaśnia, czego uczą nas filmy o miłości

"To właśnie miłość" - Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO)

„Przeminęło z wiatrem” pokazuje, że marzenia są groźniejsze od bajek. „Pretty woman”, że dwoje ludzi może się odnaleźć, a „Millennium” odkrywa nowy typ mężczyzny, z kobiecym pierwiastkiem. Jak wizja miłości na ekranie przekłada się na nasze związki – pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Najpiękniejszy film o miłości?
Ach, tak na dzień dobry? Zaraz, zaraz… „Pretty woman”! No, ten film jest samą rozkoszą. „Love story” też był fajny, ale dziś myślę, że się trochę zestarzał. Lubię bardzo filmy z Barbrą Streisand, zwłaszcza „Miłość ma dwie twarze”, o którym ostatnio rozmawiałyśmy, ale też „Księcia przypływów”, który jest także mądrym filmem o terapii.

„Titanic” – Leonardo DiCaprio i Kate Winslet jako Jack Dawson i Rose DeWitt Bukater (fot. BEW PHOTO)

Przed naszą rozmową zrobiłam mały research wśród znajomych na temat ich ulubionych filmów o miłości. „Casablanca”, „Pożegnanie z Afryką”, „Titanic”…
„Casablanca” uchodzi za film kultowy, ale mnie on jakoś nie rusza. W „Pożegnaniu z Afryką” jest zawarta pewna prawda o tym, że są tacy chłopcy, którzy się złapać nie dają (śmiech). „Titanic” to miłość z poświęceniem, ale też bardzo młoda, pierwsza, zbyt wysublimowana, żeby była prawdziwa, i spowodowana wyjątkową sytuacją, a to bardzo podsyca ogień miłości… O, ale widzisz, dzięki temu przypomniało mi się kilka fajnych tytułów. Jeśli nie widziałaś, musisz zobaczyć „Posłańca”, „Najemnika” i koniecznie „Kochanka lady Chaterley” – film o miłości cielesnej, przebudzeniu kobiety, ale też przekraczaniu barier społecznych. Uwielbiam również „Artura” z Dudleyem Moorem i Lisą Minelli. Rozkoszny, zupełnie rozkoszny, też o przekraczaniu barier. Oczywiście „Pół żartem, pół serio” z Marilyn Monroe i „Wyższe sfery” z Grace Kelly. Bardzo lubię też filmy duetu Katherine Hepburn i Spencera Tracy’ego, jak chociażby „Żebro Adama”. No i „Rzymskie wakacje” z cudownym Gregorym Peckiem!

„Rzymskie wakacje” – Audrey Hepburn i Gregory Peck jako Księżniczka Anna i Joe Bradley (fot. BEW PHOTO)

U mnie wygrywa „Przeminęło z wiatrem”.
O, tu mnie zaskoczyłaś, bo ja nie powiedziałabym, że to film o miłości. Dla mnie on jest o wszystkim: o wojnie, przetrwaniu, społecznych przemianach, no i oprócz tego jest tam fajna romantyczna historia.

Ja zawsze widziałam w nim opowieść o tym, jak można latami wzdychać do faceta, którego nie znasz, nie rozumiesz i z którym nie byłabyś szczęśliwa.
Scarlett O’Hara była zwyczajnie głupia emocjonalnie. Ashleya chciała po pierwsze dlatego, że był zupełnie inny niż ona, a po drugie był niedostępny, bo była Melanii. Scarlett była takim bachorem, który kiedy coś mu się podoba, uważa, że może to sobie wziąć. Po trzecie, Ashley był jej kompletnie obcy, bo tak naprawdę oni ze sobą nie spędzali w ogóle czasu. Gdyby zostawić ich razem na dwa dni, to ona zanudziłaby się na śmierć. Można powiedzieć, że użyła go jako wieszaka na swoje marzenia i nawieszała na nim wszystko to, czego nie zna, nie ma i nie rozumie. Poza tym zobacz, co on robił. To był typ w stylu „podpuszczę cię troszeczkę i nic ci nie dam”.

Karmił ją romantycznymi ochłapami…
I było mu strasznie przyjemnie, że taka kobieta lata za nim jak wściekła, a on tymczasem ma tu sobie cudowny związek z Melanią, bez której nie dałby sobie rady. W sumie go rozumiem, ale to było nieuczciwe. Nadużywał jej, dzięki czemu wydawał się sobie ciekawszy.

Ashley był dla Scarlett marzeniem, Rhetta uważała za chama i prostaka. Czyli takiego pana Cześka, o którym często piszesz.
Oj, Panie Boże, daj nam takich Cześków jak Clark Gable (śmiech)!

Tylko czemu ona tego nie widzi?
Tam był też taki istotny szczegół, że ona była na Rhetta wściekła za to, że na początku ich znajomości ją podsłuchał i się z niej wyśmiewał. Nie cierpiała go, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego, że piekielnie ją obchodzi. Z jednej strony miała swoje marzenie o bladawcu, a z drugiej walkę z pełnokrwistym facetem – bo z bladawcem nie da się walczyć. A walka jest bardzo sexy. Tylko mała dziewczynka, którą była, nie potrafiła sobie poukładać tego w główce. Dlatego jest to tak żywa i aktualna opowieść i dlatego Scarlett jest jedną z bardziej złożonych i prawdziwych postaci. Z jednej strony dużo wie i wiele rzeczy potrafi sobie w życiu urządzić, a z drugiej strony nie ma podstawowej wiedzy o sobie. Równie fajną postacią i bardzo współczesną jest Lisbeth Salander z trylogii „Millennium” i jej trudna relacja z Mikaelem Bloomkvistem, jedynym mężczyzną, któremu udało się przebić przez jej zasieki.

„Dziewczyna z tatuażem” – Daniel Craig i Rooney Mara jako Mikael Blomkvist i Lisabeth Salander (fot. BEW PHOTO)

On z kolei jest nowym typem mężczyzny – w ujmujący sposób kobiecym.
Ale też bardzo rycerskim. Gdybym miała wybrać faceta z filmu czy literatury, który mnie najbardziej ostatnio ujął, to byłby to właśnie Bloomkvist, ale z wersji szwedzkiej filmu. Nie jest może piękny jak Clark Gable, ale jest głęboki, ma zasady, prawdę w sobie, taki szlachetny kruszec. I kocha kobiety. Nie „lubi”, jak mówią czasem mężczyźni skaczący z kwiatka na kwiatek, tylko właśnie „kocha”. Może dlatego, że ma w sobie kobiecy pierwiastek.

„Przeminęło z wiatrem” – Clark Gable i Vivien Leigh jako Rhett Butler i Scarlet O’Hara (fot. BEW PHOTO)

Często pięknymi filmami o miłości nazywamy te, w których miłość kończy się tragicznie. Ale są też – jak mówisz – rozkoszne komedie romantyczne z happy endem: „Pretty woman”, „To właśnie miłość”…
O Jezu, tak! „To właśnie miłość”, dziękuję, że mi o nim przypomniałaś. To jednak mój najulubieńszy film o miłości i najulubieńszy film na święta. Mogę go oglądać w kółko, choć nie wszystkie wątki lubię tak samo.

Od czego zależy to, jakie love story nas uwodzi?
Albo nas roztkliwia, albo nas bawi, albo unosi nas w wysokie rejony, jak oszołomienie, euforia. „Titanic” na przykład jest właśnie takim wysokim lotem. Stoimy na dziobie statku i lecimy. To lot pod tytułem „niezwykła odwaga jej”, ale też „niespotykana wybitność jego”, bo gdyby nie zginął, na pewno zostałby kimś wyjątkowym. To miłość, która zdobywa światy, przekracza konwenanse. W wielu filmach najbardziej nas to pociąga. W życiu bywa z tym różnie i ludzie bardzo często uginają się pod presją otoczenia, rodziny, środowiska czy własnych ograniczeń. Znałam takie przykłady i pracowałam z takimi ludźmi. Jedna historia mną zwłaszcza wstrząsnęła. Przecudny facet, rzadka klasa człowieka, przystojny, inteligentny, miły. Pobrał się z dziewczyną, którą poznał na studiach, ale której nie kochał. Zresztą nikogo wtedy nie kochał. Mieli już odchowane dziecko. Po kilkunastu latach w ich wspólnym towarzystwie pojawiła się pewna pani, z którą on często siedział, rozmawiał, czasem tańczył. I któregoś dnia on jakoś mocniej ją przytulił w tańcu, a ona do niego przylgnęła, tak jakby zbierali się do tego latami. Umówili się na kawę, potem na następną, potem okazało się, że gadają godzinami, że czują się w swoim towarzystwie jak w bajce. Najpierw spotykali się po kryjomu, aż wreszcie on postanowił: jesteśmy dorośli, nie będziemy się wygłupiać, przecież możemy się pobrać. Mało tego, okazało się, że ją bije mąż, który na dodatek jest alkoholikiem, o czym całe towarzystwo nie wiedziało. On na to: „Tym bardziej musisz się z nim rozstać”. Przy czym był uczciwy wobec swojej żony, powiedział jej, że się zakochał, że bardzo jej dziękuje za wspólne lata i zostawi jej wszystko, co ona sobie życzy, a nawet więcej. No i czekał na ruch ze strony ukochanej. A ona nie odeszła od męża. Tak to bywa, jak ktoś jest przywiązany do nieszczęścia. Paradoksalnie gdyby ten cudowny mężczyzna nie był dla niej tak dobry i cierpliwy, to być może by się z mężem rozstała.

Lubimy oglądać filmy, w których miłość pokonuje przeszkody, ale nie umiemy przenieść tego do swojego życia?
Presja stereotypu czy rodziny okazuje się czasem większa: „nie wypada, żebyś była z kimś takim, on jest tylko…” i tu można wstawiać dowolnie: rolnikiem, kierowcą, robotnikiem. Dlatego uważam, że dobrze sytuowane dziewczyny powinny się zastanowić nad tym, czy nie lepiej otworzyć się na mężczyzn z innej warstwy osiągnięć czy sukcesów, bo inaczej nie będą miały z czego wybierać.

Miłość pokona wszystko czy jednak to mrzonka?
Jedno prawda i drugie prawda (śmiech). Bywa tak, że dopóki pierwszy żar miłości bucha, to ludziom się wydaje, że miłość jest ważniejsza niż status społeczny czy akceptacja bliskich, ale im dłużej zwlekają z decyzją o byciu razem, tym ich determinacja słabnie.

Słyszałam o kilku iście filmowych historiach par, które poznawały się w sytuacjach trudnych, a ich uczucie było z kategorii „zakazane”…
Och, taka miłość rozwija się najszybciej. Żeby nie szukać daleko – Romeo i Julia.

Ale kiedy wszystkie przeszkody zostały usunięte, pojawiły się kłótnie, pretensje…
Miłość się wypaliła. My ogromnie reagujemy na czynniki zewnętrzne, które albo nas podkręcają, albo demotywują. Przeszkody, sprzeciw, łamanie barier – to jest to, co sprawia, że uczucie wydaje się piękniejsze, bardziej wyjątkowe. Ale kiedy to minie, często się okazuje, że cały blask był tylko pozorny. To bardzo dziecinne podejście, typowe dla dwudziestoparolatków, dla których bunt przeciwko rodzicom jest wartością nadrzędną. Kiedy byłam smarkata, z miejsca bym poszła na wojnę. A teraz? W żywe oczy bym kłamała, zdezerterowałabym nawet – tylko po to, żeby się z tego wykręcić.

Czy „Pretty woman” nie jest właśnie dla 20-latków?
Moim zdaniem to opowieść o tym, jak fajnie i rzadko jest trafić na kogoś, kto naprawdę ci pasuje. Jemu była potrzebna dziewczyna zuchwała, z fantazją, która by go rozśmieszała, rozluźniała, nie przejmowała się tym wszystkim, czym on się przejmował. Mógł przy niej odpocząć, wyluzować, zobaczyć, jak wiele ma dziecka w sobie. Ta genialna scena, w której ona leży w wannie, nie wie, że on ją widzi, i potwornie fałszuje. Albo ta, kiedy on ją pierwszy raz widzi w eleganckiej sukience. Na facetów niesamowicie działa taka sytuacja, gdy dziewczyna, która przez większą część filmu wygląda normalnie, nagle występuje w sukni wieczorowej. Taka zwyczajna panienka, a tu nagle wychodzi i jest Gildą. O, „Gilda”, to dopiero jest film! Kochałam się w Gildzie!

„Pretty Woman” – Richard Gere i Julia Roberts jako Edward Lewis i Vivian Ward (fot. BEW PHOTO)

Pewne podobieństwo widzę…
…że ruda? Ale gdzie mi tam do Gildy?! Chociaż tańczyć jak ona umiałam!

Chodzi o to, żeby kobieta potrafiła zrobić wrażenie?
Żeby umiała zaskakiwać. Żeby okazywała się różnorodna, i to w dodatku wtedy, kiedy on się tego nie spodziewa. Tylko żeby tego nie robić specjalnie, a naturalnie.

Bohaterowie „Pretty woman” po prostu się odnaleźli?
Tak, choć kwestia tego, że ona była niezła w seksie, a on bogaty, też była niebagatelna (śmiech).

To weźmy jeszcze na warsztat „To właśnie miłość”.
Mój Boże, od razu widzę Hugh Granta, który między gabinetami jako pan premier przeskakuje w rytm muzyki. No i gruby menedżer, który kocha swojego idola i podopiecznego w jednym, cudny wątek z Emmą Thompson, której mąż zastanawia się nad zdradą… Ci wszyscy bohaterowie są normalni, do zrozumienia. To bardzo inteligentny film.

„To właśnie miłość” – Keira Knightley i Andrew Lincoln jako Juliet i Mark (fot. BEW PHOTO)

Ale z gatunku, o którym nie mamy dobrego zdania – komedii romantycznych.
Bo one często robią nam wodę z mózgu! Po pierwsze, wmawiają, że twoje życie nie ma sensu, dopóki nie spotkasz tego jedynego. Po drugie, że musi się to odbyć w jakichś niesamowitych okolicznościach natury, z biciem piorunów.

I ten przekaz: czekasz całe życie na miłość, która załatwi wszystkie twoje problemy.
Nawet uleczy z depresji. Nie masz pieniędzy, nic nie umiesz – ona wszystko ci załatwi. A jak się skończy, umrzesz.

Dlaczego jednak tak przyjemnie się to ogląda?
Bo lubimy sobie pomarzyć. Ważne, żebyśmy pamiętały, że to tylko marzenia, iluzje. W prawdziwym życiu mężczyźni bywają zupełnie inni, jeśli nie fajniejsi. Podobnie jak miłość. Mówi się, że filmy przedstawiają życie jak w bajce. Ale w bajkach trzeba coś pokonywać, zdobywać, to marzenia są nieprawdziwe. On cię spotka, odkryje, pokocha, ty musisz tylko być. Komedie romantyczne bazują właśnie na tej tęsknocie. Oczywiście mądre kobiety też mogą sobie je pooglądać, bo wiedzą, że to jest tylko taki uśmiech na chwilę. A jeśli jakiś film zrobi na nich duże wrażenie, potrafią coś z niego sobie wziąć. Że on robił jej takie cudowne niespodzianki? Samej sobie zrobić niespodziankę. Albo partnerowi!