Moje ciało – moja sprawa. Jak ruch body positive pozwala się wyzwolić?

W ruchu body positive chodzi o to, by żyć w zgodzie ze sobą, a nie z tym, co próbują narzucać nam oderwani od rzeczywistości kreatorzy mody, firmy kosmetyczne czy agencje reklamowe. (Fot. iStock)

Po długich latach życia w rygorze i podporządkowaniu, wysłuchując wciąż, jak powinnyśmy wyglądać, by się podobać, kobiety mówią: „dość!”. Chodzi o to, by nikt nie dyktował nam więcej żadnych warunków! Ruch body positive to ruch wyzwoleńczy, to manifest: możemy być takie, jakie chcemy! Ale… czy na pewno będziemy wtedy w pełni szczęśliwe? Okazuje się, że są jednak pewne pułapki.

 

Najbardziej prestiżowy sklep Nike w centrum Londynu właśnie zmienił swój wystrój. Królują w nim teraz przede wszystkim manekiny plus size, a na wieszakach łatwo znaleźć już ubrania nie tylko w rozmiarze XS czy S, lecz także te XL czy nawet 3XL! Rzeczniczka firmy w oficjalnym komunikacie napisała, że wyposażenie londyńskiego sklepu to „kolejny wyraz zaangażowania w zaspokajanie potrzeb sports-menek”. Bo sportsmenki to dziś już nie tylko te kobiety, które ważą 45 kilogramów! Oczywiście, można powiedzieć, że taki ruch światowej marki to żaden manifest, ale wyłącznie dbanie o własne słupki sprzedażowe, bowiem, jak wynika z badań, blisko 45 proc. osób plus size, które robią zakupy online, coraz donośniej żąda zadbania o wszystkich, bez dyskryminowania tych, którzy nie wyglądają jak modelki. Modelki, w świecie których rozmiar 38 to już plus size. Nike odpowiedział więc po prostu na ten apel. Podobnie postąpiły kolejne firmy: bieliźniarskie marki Lonely, Chantelle czy firma Target, tworząc kampanię kostiumów kąpielowych dla kobiet plus size. Wszystko wskazuje na to, że takie działania staną się już wkrótce powszechne, bo światem zawładnął ruch nazywany body positive.

Body positive – bez filtra proszę

Od dłuższego czasu możemy zaobserwować, także w mediach, trend mówiący o akceptacji ciała, niezależnie od tego, jak to ciało wygląda. Amy Schumer, amerykańska aktorka komediowa, napotkana niedawno przez dziennikarzy na nowojorskiej ulicy, z uśmiechem i radością z tego, co za moment zrobi, podniosła koszulkę i pokazała wymownie swój całkiem spory brzuch, ozdobiony dodatkowo widoczną blizną po cesarskim cięciu. Ewidentnie czekała, aż dziennikarze włączą kamery, wyjmą aparaty i dokładnie zdokumentują to, co chce pokazać, a raczej po raz kolejny przekazać światu. Bo Amy Schumer to jedna z najbardziej zagorzałych orędowniczek ruchu body positive. Od lat namawia kobiety, by wyglądały tak, jak chcą, i nie pozwalały nikomu, by ich wygląd komentował. By je oceniał. Jak mówią wszystkie aktywistki ruchu, chodzi o życie w zgodzie ze sobą, a nie z tym, co próbują narzucać nam oderwani od rzeczywistości kreatorzy mody, firmy kosmetyczne czy agencje reklamowe. Odpowiedzią na świat pełen nakładanych na zdjęcia filtrów, nierealistycznych kanonów piękna, rygoru i sztuczności jest właśnie trend body positive.

Body postive – co to?

Ruch, którego głównym przesłaniem są akceptacja samej siebie oraz położenie kresu szkodliwemu wpływowi negatywnego obrazu ciała na zdrowie psychiczne, pojawił się już w 1996 roku, ale nie od razu zyskał rozgłos na taką skalę. Stworzyły go Connie Sobczak i Elizabeth Scott. Pierwsza z nich to pisarka, naznaczona długotrwałą chorobą – zaburzeniami odżywiania, druga to psychoterapeutka z blisko 30-letnim doświadczeniem zawodowym, specjalizująca się w leczeniu wspomnianych zaburzeń. Ich przypadkowe spotkanie zaowocowało powstaniem ruchu.
– Podejście do ciała na przestrzeni lat zmieniało się wielokrotnie – mówi dr hab. Zuzanna Grębecka, antropolożka kultury, etnolożka. – Nie zawsze żyliśmy przecież w świecie, w którym adresatem poklasku były bardzo chude kobiety. Wszyscy pamiętamy choćby Rubensa. Powiedziałabym, że podejście do ciała, szczególnie kobiecego – bo jednak to, niestety, kobiety (i temu też zaczęłyśmy się sprzeciwiać ) pełnią w kulturze funkcję tych „do oglądania, podziwiania” – było czymś w rodzaju sinusoidy, wahnięć, w obie strony. Jednak mam wrażenie, że to, co obserwujemy dziś, to coś zdecydowanie więcej niż po prostu kolejne wahnięcie, to raczej rodzaj szerokiego ruchu wyzwoleńczego kobiet – tłumaczy antropolożka. Naomi Wolf, amerykańska pisarka, intelektualistka i, a może przede wszystkim, feministka, autorka książki „Mit urody”, przestrzega: „Obsesja dotycząca kobiecej wagi jest czymś zdecydowanie więcej niż obsesją związaną z wyglądem, to obsesja dotycząca kobiecego podporządkowania”.

Bo w body positive nie chodzi wyłącznie o wagę, o kilogramy. Chodzi o to, że mamy prawo być takie, jakie chcemy! Chodzi o to, by nam, kobietom, nie dyktowano więcej żadnych warunków! Mamy więc także prawo pokazywać wszystko, co związane jest z kobiecością, a nie zawsze jest glamour: rozstępy, cellulit, blizny itd. Jameela Jamil, prezenterka i aktorka, ale przede wszystkim aktywistka, przy każdej możliwej okazji opowiada swoją historię: „Moja młodość to były lata 90., czas supermodelek. Gigantyczny wpływ miały na mnie wszystkie informacje, którymi karmiły mnie telewizja, filmy, a nawet bajki Disneya! Cały świat krzyczał, że kobieta powinna być atrakcyjna. A ja nie pasowałam do tego wzoru: nosiłam okulary, miałam trądzik, otoczenie dawało mi odczuć, że jestem za gruba. Skończyło się anoreksją. Między 14. a 17. rokiem życia nie zjadłam żadnego normalnego posiłku! Bardzo schudłam, przestałam miesiączkować, byłam słaba fizycznie, a moja psychika kompletnie się rozsypała. Ratunkiem okazał się… wypadek samochodowy! Dwa lata byłam rehabilitowana. Kiedy nie możesz się ruszać, zyskujesz nowy szacunek dla swojego ciała. Ten wypadek mnie ocalił”. I Jamil postanowiła ocalić kolejne kobiety. Jej kampania „I Weigh” („Ja ważę”) zawładnęła Instagramem. To profil, który publikuje zdjęcia kobiet i mężczyzn, otoczonych słowami podkreślającymi to, co w ich życiu ważne, a nie tylko wygląd. Artystka, optymistka, kociara, córka imigrantów… Bo to, kim jesteśmy, co kochamy i robimy, jest naszym prawdziwym obrazem, niezależnie od trądziku, cellulitu czy wagi. – Media społecznościowe coraz częściej, pod presją tysięcy ludzi, zmuszone są pokazywać coraz mniej wyidealizowany świat – mówi dr hab. Zuzanna Grębecka. – Pamiętam nacisk internautów na Facebook, kiedy to jego administratorzy, ze względów estetycznych, zablokowali zdjęcia pokazujące kobietę i jej pooperacyjne blizny. Protestujących było tak wielu, że zdjęcie przywrócono. Pamiętam także dość szeroki protest dotyczący reklam środków higienicznych dla kobiet. Kobiety pytały, dlaczego krew menstruacyjną w reklamach zastępuje niebieska, w domyśle czysta i pięknie pachnąca, ciecz. Przecież okres nie jest czymś, czego kobiety powinny się wstydzić. Podobnie głośno zrobiło się wokół publicznego karmienia piersią. Przez lata nabrzmiałe, opuchnięte, często poranione kobiece piersi uznawane były za nieestetyczne. Temu też kobiety powiedziały wreszcie: „dość!” – opowiada antropolożka. Wszystkie te działania są jak manifest, wezwanie: „Pokażcie się takimi, jakimi jesteście, bo właśnie takie jesteście piękne”. Dołączyło do niego wiele gwiazd, np. aktorki znane z serialu „Dziewczyny” – Lena Dunham i Jemima Kirke czy modelka Emily Bador.

I coraz więcej „zwykłych” kobiet na taki apel odpowiada.

Co to jest wstyd?

– Po wielu latach sięgania w sklepach jedynie po namioty, którymi będę mogła zasłonić swoje nadkilogramy, w tym roku kupiłam sobie kostium kąpielowy – mówi Dominika. – O dziwo, znalazłam taki w swoim rozmiarze, a jeszcze kilka lat temu nie było o tym mowy. Ten zakup wymagał ode mnie dużo odwagi. Przełamać się musiałam już w sklepie, kiedy mierzyłam się ze wzrokiem pani, która przynosiła mi coraz większe miseczki! Zagryzłam jednak zęby i przełknęłam wstyd. Wyszłam ze sklepu z kostiumem, trochę pokiereszowana, ale z tarczą – dumna, że się odważyłam – mówi. – No właśnie: wstyd. Taki rodzaj jego odczuwania to stosunkowo nowe zjawisko – tłumaczy dr hab. Zuzanna Grębecka. – To znaczy sam wstyd jako emocja jest wrodzony, ale to, czego się wstydzimy, zdecydowanie narzuca nam już kultura. I ta współczesna zaczyna być odbierana jako bardzo opresyjna. Więc po dziesiątkach lat życia w rygorze, przymusie posiadania wymiarów uznawanych w naszej kulturze za idealne czy wyprasowanej twarzy kobiety zaczynają mówić coraz donośniej: „nie!”.

Jak Ty wyglądasz?!

– Kiedy miałam już swój pierwszy od 30 lat kostium kąpielowy, czekały mnie kolejne wyzwania – opowiada Dominika. – Podzieliłam się tą ekstrawagancją z mamą i przyjaciółkami. Mama nie chciała nawet zobaczyć, jak w nim wyglądam, powiedziała zdawkowe: „OK, fajnie, że znalazłaś”. A mi w głowie od razu zadudniła przeszłość – wielokrotnie słyszałam od niej, że powinnam coś ze swoją nadwagą zrobić. Jedna z przyjaciółek delikatnie zasugerowała, że lepiej byłoby, gdybym wybrała taki jednoczęściowy. A ja i tak uważam, że weszłam na wysoką górę, już nie chcę się chować! Choć przyznam, że z pewnym niepokojem myślę o wakacjach. No cóż, trzeba będzie dokończyć dzieło, wyjść na plażę w tym kostiumie, ale nie poddam się – dodaje Dominika.

Zwolenniczki ruchu body positive mówią jednym głosem, że nie chcą już nigdy więcej słyszeć: „Jak ty wyglądasz?!”. Odpowiadają dobitnie: „Wiemy, jak wyglądamy, mamy w domach lustra!”. 40 Polek z otyłością i niedowagą, ale też tych łysiejących i z bliznami, w ramach swojego manifestu wyszło niedawno na warszawską Starówkę. Większość z nich miała na sobie jedynie bieliznę. Zdjęcia natychmiast pojawiły się w sieci. Co na to internauci? Część biła brawo i pisała: „Jesteście wielkie!”, inni wspominali o niechlujstwie i lenistwie…

Akceptacja jest bardzo ważna, ale… jak mówi się coraz częściej, wspaniała idea ruchu body positive zawiera w sobie też pewne pułapki. I należy tu wspomnieć choćby o zdrowiu – popadanie w skrajność po tej drugiej stronie jest realnym zagrożeniem. Ale nie tylko o udary i zawały tu chodzi. Body positive może wywoływać także rozmaite emocjonalne trudności. Otóż ocena innych ludzi nie może być dla nas zupełnie obojętna i raczej nigdy nie będzie – bo tak skonstruowana jest psychika, więc kompletne wyrzekanie się jej jest prostą drogą do izolacji. Ruch body positive staje się także wymówką, wytłumaczeniem dla naszej niechęci do podjęcia w życiu jakiegoś wysiłku. A bez wysiłku nie ma życia. Jest tylko smutna stagnacja. A nie o nią przecież chodzi, tylko o to, żeby życie było w każdym sensie „positive”…

„Jak Ty wyglądasz?!." Kobiety już nigdy więcej nie chcą słyszeć takiego stwierdzenia. Mówią: „dość!".
„Jak Ty wyglądasz?!.” Kobiety już nigdy więcej nie chcą słyszeć takiego stwierdzenia. Mówią: „dość!”.

 

O tym jak pozbyć się pogardy i obrzydzenia wobec tego, co wygląda inaczej oraz jak nie idealizować skrajności, np. niezdrowej wręcz otyłości, w rozmowie z psychoterapeutka Izą Falkowską-Tyliszczak.

Znalazłam w Internecie takie zdjęcie: mocno otyła kobieta ubrana jedynie w bieliznę zajada się ciastkiem. Pod zdjęciem gorąca dyskusja – ponad 1700 osób komentuje to, co widzi. Zdania są podzielone, niektórzy mówią: „Super, wreszcie wolność związana z cielesnością”, inni dziwią się takiej pochwale życia, bo to – według tych drugich – nieestetyczne i wręcz chorobliwe. To zdjęcie zamieszczone zostało w ramach propagowania nowego trendu – body positive, czyli: moje ciało – moja sprawa.
Mam wrażenie, że to kolejny obszar – bo mamy taką skłonność – w którym bezradnie miotamy się pomiędzy skrajnościami. Przypomina mi się pewna zasłyszana przed laty historia. Rozmowa dwóch nastolatków jadących autobusem. Jeden mówi: „Wiesz, ta Pamela Anderson jest taka cudowna, piękna, seksowna”. Drugi odpowiada: „Stary, ale to wszystko to jest plastik, to nienaturalne”. Na co ten pierwszy ripostuje: „Naturalna to jest nasza pani woźna!”. Odwołując się do zdjęcia, o którym mówisz, myślę, że między plastikową Pamelą Anderson a woźną, która w tej opowieści wydaje się synonimem kobiety zaniedbanej, niechlujnej, jest dość duża przestrzeń. I to w niej warto poszukać… zdrowego rozsądku.

Bo, bez wątpienia, trend body positive na czymś wyrósł…
Z pewnością. Wyrósł na niezgodzie kobiet na to, że mamy być „jakieś”, że powinnyśmy być „idealne”, jak kiedyś np. Pamela Anderson czy dziś np. Anja Rubik. Ale myślę, że wyrósł nie tylko na buncie wobec tego, co narzuca się nam z zewnątrz, ale również na szalenie cennym przebudzeniu z nawyku przyjmowania wszystkiego, co nam się podaje.

Rzeczywiście, istnieją liczne badania, które dowodzą, że kobiety o symetrycznych twarzach, proporcjonalnej budowie ciała, czytaj: te „ładne”, dostają wyższe stanowiska, lepiej zarabiają, przypisuje się im więcej pozytywnych cech charakteru, mężczyźni chcą się z nimi wiązać itd. Choć ta pochwała symetrii, konkretnych proporcji, jest silnie osadzona w biologii, to jest zwyczajnie krzywdząca wobec kobiet. A przecież oprócz tego, że jesteśmy zwierzętami, jesteśmy współcześnie bardzo mocno osadzeni w kulturowych wzorcach. A te w kwestii kanonu piękna, przez lata w żaden sposób niestopowane, poszybowały w jakimś chorym kierunku. I znowu, po raz kolejny, boleśnie naznaczyły kobiety.

Aż w końcu, po latach, coś w nas pękło…
Bo zaniżona samoocena bardzo nam w życiu przeszkadza. Stawia nas na dzień dobry na przegranej pozycji. Jest jak łańcuch, który nie pozwala zrobić więcej niż dwa kroki, więc nie podejmujemy większości wyzwań. A bez wątpienia miliony kobiet na całym świecie przez ostatnie dekady na takim łańcuchy właśnie żyły. Więc go w końcu odważnie zerwałyśmy. I to wspaniale, jednak istnieje kilka „ale”. Bo w pakiecie z bardzo słusznym przekonaniem: „Nie muszę być idealna”, przyszła pokusa życia w zgodzie z powiedzeniem: „Jestem, jaka jestem”. A to jest pułapka. Życie wymaga od nas jednak w każdym obszarze wysiłku, pracy. Bo bez tego dość łatwo i szybko można przenieść się ze zbioru „pożytek” do zbioru „szkoda”. Wydawałoby się jednak, że ta otyła pani z ciastkiem sobie zwyczajnie szkodzi. Chcę powiedzieć, że to słuszne body positive wymaga elementarnej uczciwości wobec samej siebie. Do mądrego korzystania z takiej wolności w jakimś sensie musimy dojrzeć. Znam kobietę, obiektywnie zdecydowanie otyłą, która mówi, że jest jej cudownie z jej ciałem, że gdyby chciała, toby schudła, ale nie chce, bo nie widzi takiej potrzeby. Jednocześnie wiem, że ona kocha muzykę, kocha śpiewać i tańczyć. Kiedy słyszy dźwięki, z uśmiechem podrywa się z krzesła, robi pięć kroków i po jej czole zaczyna spływać rzeka potu, a ona, dysząc, siada, bo… musi. Bo to „cudowne” w jej opisie ciało ją tak dalece ogranicza. Czy ktoś, kto kocha tańczyć, a nie może tego robić, bo nie pozwala mu na to jego ciało, aby na pewno z tym ciałem czuje się cudownie?

Można mieć wątpliwości…
To, co wydaje mi się bardzo cenne w trendzie body positive, to życzliwość wobec samej siebie, wobec swojego ciała. A tego z pewnością po latach jesteśmy bardzo głodne. Głodne i nienauczone! Chodzi o to, żebyś, kiedy wchodzisz do sklepu z bielizną, widzisz zdjęcie modelki w konkretnym biustonoszu, zachwycasz się, idziesz do przymierzalni i widzisz w nim siebie, nie wybiegała z płaczem ze sklepu. Myślę, że wiele z nas ma za sobą takie doświadczenie. I właśnie temu powiedziały „stop!” kobiety, które trend body positive powołały do życia.

Jak mam się tej życzliwości nauczyć?
Masz kilka fałdek na brzuchu? Nie reaguj z automatu, jak zwykle – obrzydzeniem. A może te fałdki są wynikiem tego, że jesteś matką i ciąża zmieniła twoje ciało? Masz jakieś blizny na brzuchu czy ramionach? Zamiast planować wizytę u chirurga plastycznego, może pomyśl o nich i spójrz na nie z czułością, bo przecież one są zapisem jakiejś historii, czasem historii naszego cierpienia w przeszłości. Mam teraz, w tej przymierzalni, naznaczyć się po raz kolejny, patrząc na siebie z pogardą?

Zresztą komercyjny świat wydaje się też hamować w tym szaleństwie. We wspomnianych sklepach coraz częściej pojawiają się zdjęcia nie modelek, ale „normalnych” kobiet. Warto też, poza czułością i życzliwością wobec samej siebie, uruchomić zdrowy rozsądek, który często, na czas pobytu w takiej przymierzalni, gdzieś nam ulatuje. Rygor, w którym żyje kobieta z tego zdjęcia, naprawdę nie sprzyja poczuciu szczęścia, spełnienia.

Przychodzi mi też do głowy inny przykład masowej próby oswajania ludzi z tym, że nieidealny wygląd jest w porządku. Chodzi o bohatera kultowego serialu „Gra o tron”. Tyrion Lannister jest karłem. Jeśli spojrzymy na historię przedstawiania karłów w kinie i literaturze, widzimy, że dotychczas było to coś między potworem, clownem a pluszakiem. Tymczasem przedstawienie tej postaci we wspomnianym serialu jest już zupełnie inne. Owszem, bywa on jak dawniej adresatem pogardy i odrzucenia, ale jest również adresatem miłości oraz szacunku, jest też bez wątpienia mężczyzną. To też w jakimś sensie propagowanie trendu body positive. Im większa grupa ludzi może przejrzeć się w tym, co proponuje kulturowy wzorzec, to znaczy im bliższy jest on normalności, tym mniej w nas frustracji, to oczywiste.

Wróćmy do tych „ale”.
No właśnie, dobrym kierunkiem jest pozbycie się pogardy i obrzydzenia wobec tego, co wygląda inaczej niż to, co powszechnie uznane za „właściwe”, ale złym kierunkiem jest idealizowanie tego, co jest skrajnością po tej drugiej stronie. Odwołując się do przykładu karła – nie jest dobre wystawianie go na margines społeczny, ale idiotyczne wydaje się stawianie go w roli ideału piękna. Nazywanie rzeczy i spraw po imieniu nadaje światu jednak jakiś porządek i często chroni nas przed niebezpieczeństwem. Fajnie więc, jeśli pani, która waży 160 kilogramów, ma obok siebie kogoś, kto życzliwie, bez potępiania, szepnie jej, że sobie jednak szkodzi. Jeśli masz otyłą przyjaciółkę, to nie atakuj jej, nie rań, ale nie przechodź nad jej wyglądem do porządku dziennego.

Można się wystzregać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock)
Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock)

No właśnie, chciałam zapytać o tych, którzy nam coś szepczą. Zewsząd słyszymy: „Dbasz o siebie wyłącznie dla siebie, chudniesz dla siebie, ubierasz się dla siebie”. Czy my rzeczywiście możemy żyć w zupełnym oderwaniu od oceny innych ludzi? Czy to nie jest naiwne myślenie?
Ale to nie chodzi tylko o naiwność. Nie sądzę, żeby idealnym obrazem świata był ten, w którym kompletnie nie obchodzi cię, co inni o tobie myślą. Bo konsekwencją takiego założenia byłoby to, że nikogo w ogóle nic by nie obchodziło, byłabyś dla ludzi kompletnie przezroczysta. Jasne, często wkurza nas to, że ktoś ocenia to, jak wyglądamy, ale, nie ukrywajmy, wkurza nas to, że ocenia nas negatywnie. A wkurza nas tak samo, kiedy ktoś mówi: „Świetnie dziś wyglądasz!”? Możesz do tego przywiązywać większą lub mniejszą wagę, ale to jest przyjemne, po prostu. Może więc warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę byłabym szczęśliwa, gdybym nikogo w ogóle nie obchodziła, bo do tego to się sprowadza. Każda ocena, może poza bezinteresownym hejtem, jest jednak sygnałem: „dostrzegam cię”. A człowiek potrzebuje być dostrzeżony. Tak jesteśmy skonstruowani. Gdybyśmy nie potrzebowali dostrzeżenia, doprowadziłoby nas to do kompletnej izolacji. Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale jakiś rodzaj ewaluacji dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to jest przynależne do życia.

Czy można czuć się naprawdę dobrze, mając w nosie wszystko to, co mówią inni?
Oczywiście, pewne rzeczy są pochodną wewnętrznych impulsów człowieka, ale jednak wiele pozostaje w gestii socjalizacji. Jeśli ktoś, kto nie mył się kilka dni, wsiada do tramwaju, to akceptacja współpodróżujących nie jest możliwa. I jego ewentualne oczekiwanie, że to zostanie przyjęte, nie przylega do rzeczywistości. Oczywiście, człowiek się poci. Ale co? Body positive mamy wszyscy w tym tramwaju zastosować? Przykład jest może nie najszczęśliwszy, ale chyba obrazuje to, co chcę powiedzieć – to, że nie obchodzi mnie opinia otoczenia, nie jest tożsame z tym, że to otoczenie nie zareaguje, czytaj: nie odsunie się ode mnie. Takie założenie, że jakikolwiek jestem, to OK, bo do wszystkiego mam prawo, jest pragnieniem z poziomu niemowlęcia, czyli to przejaw prymitywnego i chorego narcyzmu. Bycie wspólne wymaga jednak jakiegoś starania.

W trendzie body positive dostrzegam jeszcze jedną pułapkę. Bo on wydaje się wtórować staremu powiedzeniu, że o gustach się nie dyskutuje. Myślę, że taka postawa narobiła już bardzo wiele szkód. O gustach się dyskutuje, więcej – o gustach powinno się dyskutować. Fałszem jest założenie, że możemy pozostawać w relacjach, które w jakimś sensie są neutralne. Dlatego wpływamy na siebie, uczymy siebie nawzajem. I uczymy siebie nawzajem także tego, co nam się podoba, a co nie. Na tym polega proces kształtowania szeroko rozumianego poczucia estetyki.

Skąd właściwie, tak z psychologicznego punktu widzenia, wzięło się powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje?
Chyba ze źle, niewłaściwie pojętej tolerancji. Z niewłaściwie pojętej otwartości. Ale tu, oczywiście, jest jeszcze pytanie, w jaki sposób o tych gustach się dyskutuje. Czy dyskusja sprowadza się do tego, że ktoś mówi: „Ja wiem, jak powinno być”; „Ja wiem, co jest ładne” i dalej: „Gardzę tobą i tym, co ty sądzisz”. Bo trzeba pamiętać, że wiedza, wykształcenie mogą być źródłem przemocy wobec innych. Więc, oczywiście, nie o takiej dyskusji o gustach tu mówimy. Ale dyskutować trzeba. Otwartość i tolerancja są arcyważnymi wartościami, ale mogą być źle rozumiane.

Trend body positive jest czymś bardzo positive! Bo jeśli oswajasz ludzi z tym, że kobieta, która waży 80 kilogramów, może założyć kostium kąpielowy i wyjść w nim podczas pokazu mody, to z czasem zadziała mechanizm psychologiczny nazywany efektem familiarności – coś, co jest ci znane, podoba ci się. I to, co niedoskonałe, zacznie wreszcie być w porządku. Ale to nie znaczy, że mamy postawić na tym wybiegu panią, która waży 160 kg i bić jej brawo, bo wszystko jest positive! Nie, nie wszystko jest positive. Najbardziej positive jest zdrowy rozsądek!