Na czym polega miłość do siebie?

fot. iStock

Jeśli o niepowodzenia w bliskich relacjach obwiniasz siebie, jeśli mówisz i myślisz, że to widocznie z tobą jest coś nie tak, że czegoś ci brakuje – to w pewnym sensie masz rację. Brakuje ci jednej rzeczy: miłości do siebie. Psychoterapeutka Anna Czarnecka twierdzi, że kiedy ją w sobie rozwijamy, nie tylko nam jest lepiej na świecie, ale też światu z nami.

Łatwo kochać siebie?

Tak naprawdę niewielu to potrafi. Brak miłości do siebie to chyba najczęstszy i najważniejszy problem osób, które trafiają do psychologa.

Jak się on objawia?

Samokrytyką, nieustannym dewaluowaniem siebie, nadmiernymi wymaganiami. Osoba, która siebie nie kocha, nawet jeśli z pozoru wydaje się sobie dobrze radzić w życiu, na głębszym poziomie przeżywa emocjonalny ból: zagubienie, strach, wstyd, a nawet rozpacz. Czuje się jak dziecko: bezradne, samotne, odtrącone, gorsze. Te uczucia mogą być bardzo silne, przytłaczające, dlatego próbuje za wszelką cenę radzić sobie z nimi.

Jak?

Stosując różne mechanizmy obronne. Na krótką metę mogą dawać wytchnienie, bo odłączają od negatywnych uczuć albo pozwalają podjąć jakieś ekscytujące czy uspokajające czynności. Jednak w dłuższej perspektywie powodują problemy i stres, ponieważ skutki ich działania dla niej i dla jej relacji z innymi są negatywne. Czasem próbuje się znieczulać, odcinać od emocji: sięga po alkohol i inne używki, objada się, godzinami przesiaduje w wirtualnym świecie.

Niektórzy wpadają w pracoholizm, wiecznie gonią za sukcesem. Dążą do osiągnięć za wszelką cenę i kontroli. Czasem umniejszają innych, okazują wyższość, rywalizują. Chcą zarządzać światem wokół w nadziei, że to zminimalizuje ich lęk, sprawi, że poczują się coś warci. Jednak żaden podziw i uznanie, żadne nagrody i zaszczyty nie ukoją emocjonalnego bólu. To chwilowa ulga.

Ale dążenie do sukcesu jest wspierane przez dzisiejszą kulturę. Gdzie tu autodestrukcja?

Oczywiście, perfekcjonizm jest silnie nakręcany przez współczesną kulturę, to jest postawa, którą się powszechnie szanuje i podziwia. Bycie tzw. człowiekiem sukcesu to atrakcyjny cel dla wielu ludzi, ideał, do którego dążą. Rzeczywistość często jednak okazuje się nie tak piękna, jak pokazujemy to na Facebooku.

Wyobraźmy sobie człowieka o wysokiej pozycji społecznej i zawodowej, jeżdżącego świetnym samochodem, majętnego, cieszącego się uznaniem. Ludzie zwykle będą go postrzegać jako spełnionego, szczęśliwego. Wydaje się, że właśnie tak jest, ale bywa, że to tylko fasada. Na terapię trafia do mnie sporo takich osób. Na pozór ktoś jest pewny siebie, ale w środku w nim mieszka zalęknione, zranione dziecko, które uważa, że jest do niczego. Włącza więc tryb radzenia sobie przez nadmierną kompensację i prezentuje się przed światem jako superbohater. Jako przeciwieństwo tego, co czuje naprawdę pod tą maską, w swojej kruchej, wrażliwej części.

Jakie więc cechy ma osoba, która siebie kocha?

Tego czasem nie widać na pierwszy rzut oka. Paradoksalnie nie każda kochająca się osoba osiąga w życiu spektakularne sukcesy. Ale to zawsze ktoś, kto ma kontakt ze swoimi emocjami, potrafi rozpoznawać i w zdrowy sposób zaspokajać swoje potrzeby, dbać o granice, jest asertywny. Kochać siebie to być wobec siebie życzliwym, co nie znaczy pobłażającym sobie. To znać swoje możliwości, ale i ograniczenia. Szanować to, co się czuje. Potrafić spojrzeć z życzliwością na różne aspekty siebie, stany emocjonalne, trudności. Osoba kochająca siebie myśli: „Wiem, że mam wady, nie jestem doskonały, ale jestem w porządku”. Kiedy kochamy siebie, bierzemy odpowiedzialność za siebie, swoje uczucia, swoje działania. Podejmujemy zobowiązania. Angażujemy się w czynności przynoszące przyjemność, relaks. Realizujemy swoje zainteresowania, intelektualne i kulturalne, mamy hobby, dbamy o zdrowie. Odczuwamy więź z innymi, jesteśmy spontaniczni. Potrafimy się bawić, śmiać.

Trudne?

To jest bardzo trudne. Nie potrafimy być w ten sposób ze sobą, bo nasi rodzice też tego nie umieli. Osoby, które zaczynają terapię, czasem mówią: „W moim domu było wszystko okej”, „Miałam świetnych rodziców i wesołe dzieciństwo”, a potem okazuje się, że niekoniecznie. Ludzie nie są doskonali, żaden rodzic nie jest, i zawsze jakieś nasze ważne, normalne potrzeby okresu dzieciństwa nie zostają w pełni zaspokojone. Żebyśmy jako osoby dorosłe w naturalny sposób kochali siebie, musielibyśmy mieć rodziców, którzy sami przepracowali swoje skrzywdzenia z dzieciństwa i którzy pokochali siebie. A to się rzadko zdarza. Musimy więc tę pracę wykonać sami, na własną rękę. Zazwyczaj w procesie terapii.

Nie za często przyczyn naszych problemów szukamy w dzieciństwie?

To, w jaki sposób odnoszą się do nas najbliżsi, ma kluczowe znaczenie dla kształtowania się sposobu, w jaki będziemy traktować samych siebie w dorosłym życiu. Jeśli spotykaliśmy się z szacunkiem i uważnością na nasze uczucia i potrzeby, nasza autonomia była wspierana, ale też stawiano nam realistyczne, zdrowe granice – taką postawę wobec samych siebie uwewnętrznimy. Jeśli zaś nas nieustannie karcono, lekceważono, wyśmiewano – będziemy równie samokrytyczni. Gdy porównywano nas do innych, wymagano ponad miarę, to z czasem ten surowy, wymagający głos zaczyna stawać się częścią naszej psychiki. W którymś momencie sami do siebie zaczynamy zwracać się w podobny sposób. Chcąc chronić się przed krytyką i odtrąceniem ze strony innych, zaczynamy sami siebie strofować, żeby „nie dać plamy”.

Kiedy dajemy wiarę tym krytycznym myślom o sobie, czujemy się źli, słabi, głupi, beznadziejni. Mamy poczucie porażki. Możemy wchodzić w związki z krytycznymi osobami, podporządkowywać się innym. Z obawy przed konfliktem lub odrzuceniem, aby uniknąć kary lub zdobyć akceptację, niektóre osoby wybierają uległość i zależność. Rezygnują z własnych potrzeb na rzecz innych, starają się wszystkich zadowolić. Mogą pozwalać na złe traktowanie, pozostawać w krzywdzącej dla siebie sytuacji. „Zrobię, co tylko chcesz, żebyś mnie tylko zaakceptował, polubił, nie skrzywdził. Nawet jeśli czuję, że to coś jest wbrew mnie, poświęcę się, by dostać głaski”. Jednak te głaski są zazwyczaj szorstkie i jest ich zbyt mało. A czasem ich nie ma wcale. To też nie działa.

A co z tymi, którym wydaje się, że mieli szczęśliwe dzieciństwo?

Dzieci chcą być lojalne wobec rodziców i chcą ich kochać. Za wszelką cenę. Urealnianie rodziców, dostrzeżenie swojego bólu, cierpienia w kontekście ich zaniechań, tego, czego nam nie dali, a co dać powinni – to początek zmian. Osoby zgłaszające się na terapię czasem bagatelizują swoje cierpienie w dzieciństwie. Mówią: „Ludzie doświadczają gorszych rzeczy. Nie byłem bity ani wyzywany, więc nie mam prawa do zażaleń”. Czasem ludzie „tylko” słyszeli: „Och, ty zawsze wszystko psujesz, z tobą są same problemy”. Takie słowa też mogą powodować rany, które trzeba leczyć w dorosłym życiu. Podobnie jak dewaluowanie uczuć: „Nic ci nie jest, co tak ryczysz! Uspokój się, płaczesz bez powodu”. To nie muszą być traumatyczne zdarzenia, żeby odwrócić się od samych siebie i nie kochać. To czasem pozornie drobiazgi. Na przykład rodzic psychicznie nieobecny, z telefonem w dłoni.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »

Otrzymujesz tę wiadomość ponieważ Twój adres został zapisany w naszej bazie osób zainteresowanych informacjami z Wydawnictwa Zwierciadło. aby nie otrzymywać wiadomości z grupy mailingowej Zwierciadlo.pl, wypisz się z niej, odwiedzając ten link