Na czym polega „przebudzenie”?

Na czym polega „przebudzenie”?
fot.123rf

Dominik W. Rettinger uciekł ze świata pomyłek i cierpienia. Struktura psychiczna, którą Eckhart Tolle nazwał ciałem bolesnym, w jego przypadku rozrosła się tak bardzo, że aby się z niej wyrwać, poddał się… przebudzeniu. W rozmowie z Mananą Chyb opowiada swój wewnętrzny życiorys.
Najczęściej zalążki przyszłych problemów i życiowych poszukiwań każdego z nas można odnaleźć w dzieciństwie. Opowiedz trochę o pierwszym okresie swojego życia.

Kiedy skończyłem pół roku, rodzice uznali, że na tym zakończyły się ich obowiązki wobec dziecka, i zacząłem być oddawany do krewnych. Do siódmego roku życia przeszedłem przez sześć różnych domów. Na skutek tego stałem się jednym z rzadkich przypadków anoreksji dziecięcej, odmawiałem jedzenia i mówienia.

W końcu zaopiekowała się mną najstarsza siostra matki. Wytworzył się we mnie paranoiczny lęk przed odrzuceniem, przed brakiem akceptacji. Całe dzieciństwo zamienia się wtedy w piekło: wszystko odbierasz jako agresję przeciwko tobie. Z takim ładunkiem próbujesz sobie dać radę w przedszkolu, potem w szkole. Podejmowałem cały czas fatalne decyzje, zdałem na przykład egzamin na matematykę, ale nie chciałem jej studiować, bo się bałem, wydawało mi się, że ktoś jest do mnie uprzedzony. Do tej pory tego żałuję.

Poszedłem na kulturoznawstwo, łatwe studia, które w gruncie rzeczy przebąblowałem. Po ich skończeniu zdałem do łódzkiej Filmówki. Wybór tego zawodu był totalną pomyłką, co udowodniłem od razu przy moim debiucie fabularnym. Zepsułem dobry scenariusz, bo uległem naciskom operatora i kierownika literackiego zespołu filmowego, i wyszła z tego jakaś futurystyczna bzdura. Zresztą dobrze się stało, bo naprawdę nie nadaję się do tego zawodu. Reżyserzy to egotycy, muszą bez przerwy walczyć o duże pieniądze, więc zwijają się w salonowych lansadach, ciągle udowadniając, że są świetni.

Teraz widzę, że gdybym odniósł sukces, to prawdopodobnie nie miałbym szans na to, co potem przeżyłem – na medytację, praktykę, otwarcie umysłu. Może bym się rozwiódł, miałbym trzy następne żony, po drodze porzucone dzieci i dużo naprodukowanego wokół siebie nieszczęścia.

Teraz mówisz o tym lekko, ale wtedy pewnie byłeś rozczarowany…

Wpadłem w depresję, kiedy zobaczyłem ten film. Dziwię się, że w ogóle to przeżyłem. Byłem w strasznej dziurze, sporo piłem, odżywiałem się byle jak. Gdyby nie to, że poznałem moją żonę, źle mógłbym skończyć. Odbijałem się od ściany, próbując jeszcze robić filmy i przez kolejnych 11 lat utrzymując rodzinę z pracy w reklamie. Dużą rolę w podjęciu życiowych obowiązków odegrała też medytacja. Znajoma, która wiedziała, w jakim jestem stanie, namówiła mnie, bym spróbował buddyzmu Nichiren Shoshu. Po trzech miesiącach codziennego uprawiania tej praktyki przestałem pić, palić, przestałem się bać, zacząłem pracować osiem godzin dziennie.

Pewnego dnia mój przyjaciel Tomek, jeden z założycieli pierwszej buddyjskiej sangi w Polsce, przywiózł do mnie małego, grubego, wesołego mnicha w ortalionowej kurtce i adidasach. Dopiero po jakimś tygodniu dowiedziałem się, że był to Shabdrung Rinpoche, przebywający na emigracji w Indiach, główny Lama Butanu i głowa buddyzmu butańskiego. Tak jak Dalajlama jest głową buddyzmu tybetańskiego.

Jakie znaczenie miało dla ciebie spotkanie z Lamą?

Ogarniała mnie przy nim niezwykła energia, nad którą nie byłem w stanie zapanować. Kiedyś złapałem się na tym, że idę przed nim ulicą, podskakując i śpiewając. Czterdziestoletni facet! Innego dnia z kolei zostałem z Rinpoche sam w mieszkaniu, kiedy kolega wyskoczył na kwadrans po bilety. W milczeniu siedzieliśmy naprzeciwko siebie na podłodze. Po powrocie kolegi okazało się, że minęło trzy i pół godziny! Czas po prostu przestał istnieć. Trudno powiedzieć, co zrobił wtedy Lama z moim umysłem. Na pewno nie byłem zahipnotyzowany. Niedługo potem zacząłem medytować według metody uprawianej w Butanie, zwanej „drogą smoka”. Medytowałem, zaczynając od starożytnej tybetańskiej mantry „Om Mani Padme Hum”. Jest to radosna, uwalniająca praktyka, która u mnie często powodowała wybuchy śmiechu już w samym jej trakcie.

Jakieś dwa, trzy lata później nastąpiło pierwsze mocne tąpnięcie. Obudziłem się w środku nocy i poczułem, że odfruwam, jakby ogromny kamień spadł mi z serca, jakbym na nowo się narodził. Mój przyjaciel buddysta nazwał potem to doznanie terminem kensho, określającym w zen przebudzenie. Rano, kiedy się obudziłem, wszystko minęło.

Miałem potem jeszcze raz taki krótki epizod. Dopadło mnie to w samym środku Warszawy. Stałem na placu Trzech Krzyży i zobaczyłem, jak przed moimi oczami mijają tysiąclecia, jak odlatują domy, robi się puszcza, po chwili na jej miejscu rozpościera się pustynia; wiedziałem, że mija czas, znikali ludzie, samochody… Dostałem dygotu, więc wszedłem do kawiarni na małe piwo. Podeszła do mnie kelnerka, młoda dziewczyna i wyjrzało na mnie z jej oczu wcielenie starej duszy, która mi powiedziała: „Zobacz, tutaj jestem”. Widziałem to wyraźnie, oniemiałem. Krótkie, ale bardzo mocne przeżycie.

Nadal po tych wglądach medytowałeś?

Tak. Po kilkunastu latach medytacji, trzy lata temu, od przypadkowo spotkanej dawnej znajomej dowiedziałem się o książkach Jeda McKenny. Zaśmiewałem się, czytając jego opisy rozmów z ludźmi pyszniącymi się swoimi duchowymi poszukiwaniami – śmiałem się z siebie samego. Po jakichś trzech dniach nadszedł przełom. Zaczęło mi się coś otwierać w głowie i nagle dostałem ataku euforii. Obudziłem się o trzeciej w nocy, śmiejąc się i płacząc na przemian. Wstałem już jako kompletnie inny człowiek.

Jak byś opisał działanie tych książek?

Jed McKenna mówi, że najpierw trzeba pozbyć się wszystkich swoich poglądów, uprzedzeń, sądów. Czyli tego, co składa się na nasze ego. Czytając go, zrozumiałem, na czym polega iluzja, w której żyję.

Po tamtej nocy zaczęły do mnie mówić przedmioty, ściany, meble, pies, drzewa. Na spacerze miałem kontakt z rzeką, słyszałem: „Zobacz, płynę, jestem tym samym co ty”. Niczym się od tego wszystkiego nie różniłem. Moja żona myślała, że zwariowałem, i zaczęła się o mnie bać. A ja chodziłem uśmiechnięty, nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.

Pamiętam, jak odwiozłem moją przybraną 90-letnią chorą matkę na SOR. Zachwyciłem się twarzami starych, chorych ludzi, którzy tam leżeli. Byłem w stanie totalnej miłości do świata, do wszystkich ludzi, zacząłem pomagać tym cierpiącym, rozmawiałem z nimi, przekazywałem wiadomości od nich rodzinom. Gdyby mi ktoś zaproponował, żebym wszystko rzucił i zaczął tam pracować za darmo albo za jakiś posiłek, to bym się pewnie zgodził.

Co się działo z twoim umysłem?

Podobno 80 proc. energii zabiera nam świadome i na wpół świadome myślenie o problemach, o bzdurach – wtedy poczułem to na własnej skórze. Odzyskałem całą energię, którą zabierają zbędne myśli, prawie nie potrzebowałem snu. Czułem głęboki, totalny spokój, jedność ze światem, przepadły wszystkie złudzenia na temat kariery, sukcesu, tego, co ludzie o mnie myślą. Miałem poczucie istnienia mądrej, przenikającej wszystko energii, która powoduje, że niczego się nie boisz, ani śmierci, ani chorób, ani biedy. Wszechświat zaczyna tobą kierować. Czujesz się bezpiecznie.

Jak myślisz, dlaczego tak rzeczywiste, mocne doświadczenie w tobie się nie utrwaliło?

Pewnie ten krótki okres otwarcia umysłu został przerwany przez moją lekkomyślność. Musiałem wrócić do życia, utrzymać rodzinę. No i pojawił się znów niepostrzeżenie lęk o przetrwanie, codzienne stresy. Za wcześnie zyskałem przekonanie, że wszystko mam już załatwione. Wpadłem w następne złudzenie.

Jak pisze Jed McKenna, w momencie kiedy następuje przebudzenie, ego podejmuje rozpaczliwą walkę o przetrwanie. I zwykle wygrywa.

Jak przeżycia z tego szczególnego okresu wpływają na twoją teraźniejszość i to, jak postrzegasz świat?

Pomimo zamknięcia umysłu nie zniknęło przekonanie, że TO COŚ ciągle JEST. Od czasu tego przeżycia uważniej staram się Tego słuchać, mniej popełniam błędów. Mniej we mnie ego, niepewności, żądz, oczekiwań, złości i agresji. Więcej uwagi nastawionej na ludzi i świat. Nie czuję się lepszy niż kiedyś, po prostu trochę inny. Alicja wraca z Krainy Czarów, ale wie już, że ta rzeczywistość jest tylko jednym z objawów, wcieleń prawdziwego Wszechświata.

Czym jest ciało bolesne?

Nabyte w dzieciństwie stłuczenia, guzy, a u niektórych głębokie rany otorbiają się w ciało bolesne, które ma nas chronić przed ponownymi ciosami, przed odczuwaniem znanego z dawnych czasów bólu. W ten sposób powstaje cała siatka mechanizmów obronnych, narzucających nam stałe modele zachowań, często przez nas nieuświadamianych. Żyjemy w cierpieniu i oddzieleniu od rzeczywistości, u niektórych prowadzi to do depresji, u innych do samobójstwa. Ale bywa, że rozrośnięte ciało bolesne daje nam się tak bardzo we znaki, że chcąc się z niego wyrwać, poddajemy się… przebudzeniu.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze