Na ile nasze oczekiwania wobec pracy są realne, a na ile wygórowane?

58% Polaków przyznaje, że praca daje im satysfakcję i czują się w niej szczęśliwi. Dla pozostałych praca kojarzy się głównie z obowiązkiem. (fot. iStock)

Dobra praca nie jest już mierzona tylko wysokością wynagrodzenia i możliwością rozwoju. Dla pracowników liczy się przede wszystkim pasja, codzienna frajda i dobre relacje z ludźmi. Na ile te oczekiwania są realne, a na ile wygórowane – pytamy trenerkę innowacyjności Sylwię Hull-Wosiek.

Jeszcze niedawno zadowolenie z pracy wiązało się z dobrą pensją i awansem, dziś doszło do tego poczucie szczęścia. Bycie szczęśliwym stało się wartością, do której dążymy?

Rzeczywiście tak jest. I to już nie tylko trend, a konieczność. Praca musi być dziś pasją, a pracownicy oczekują, że pracodawca będzie wspierać takie podejście. Wykładam na pierwszym roku School of Form – moi studenci mają po 19 lat, niektórzy obcokrajowcy są jeszcze młodsi – i widzę, jakie wartości są dla nich ważne w kontekście myślenia o przyszłości. Autoekspresja, rozwój, poczucie sensu i fun z tego, co robią i jak to robią. To nie pieniądze są na pierwszym miejscu, a możliwość realizowania własnych marzeń i zdobywania pozytywnych doświadczeń. I nie ma w tym nic złego. To normalne, że człowiek chce być szczęśliwy. Ale, co ciekawe, nie dotyczy to tylko najmłodszego pokolenia. Zdarzają się przecież takie sytuacje, że po latach pracy w korporacji ktoś zakłada swoją działalność, która jest zupełnie różna od tego, co robił do tej pory. I dopiero ta zmiana daje mu poczucie szczęścia.

Jak połączyć pracę i pasję?

Ken Robinson, światowej sławy ekspert w obszarze kreatywności, wyjaśnia to, używając pojęcia żywiołu. Zgodnie z jego definicją jest to miejsce, gdzie spotykają się zdolności i pasja. Jeśli wstajesz rano i chce ci się iść do pracy, to znaczy, że odnalazłeś swój żywioł. Niektórzy poszukują tego żywiołu przez całe życie… Na jednej z konferencji TED Robinson mówił o tym, jak szkoły zabijają kreatywność. Przywołał przykład tancerki Gillian Lynne, którą w dzieciństwie chciano leczyć na ADHD, aż wreszcie ktoś zauważył, że jej żywiołem jest taniec. Wystąpienie Robinsona należy do najczęściej oglądanych, a jego książka o tym, jak znaleźć swój żywioł, zmieniła już życie wielu osób i sięgają po nią nie tylko młodzi.

Ale w pracy nie zawsze jest fajnie… Czy uczy pani tego swoich studentów?

Tak, pokazuję im drugą stronę różnych zjawisk, bo choć praca zespołowa jest cenna, to jeśli zespół będzie źle dobrany – tej frajdy z pracy nie będzie. Lubię cytować Eda Catmulla, jednego z założycieli studia PIXAR: „Jeśli uda ci się dobrać odpowiedni zespół, również pomysły mogą okazać się właściwe”. Namawiam studentów, aby zmienili postawę z oczekującej na współuczestniczącą. Bo czasem reprezentują jeszcze takie naiwne myślenie: „Po co się uczyć, skoro można wybierać tylko fajnych klientów i fajnych współpracowników”. Takie podejście pokazuje jednak, jak ważne są dla nich relacje międzyludzkie.

Czyli frajda wychodzi z naszego wnętrza?

Tak, z naszego spontanicznego Wewnętrznego Dziecka, które w każdym z nas jest. Pytanie, czy pracodawcy wspierają rozwój tego dziecka, czy raczej, nakładając zbyt wiele ram i ograniczeń, nie dają mu zaistnieć. Często używam na swoich warsztatach sformułowania, które wywołuje dużo kontrowersji. Mówię: „wyłączcie dupościski!” (śmiech). Chodzi o zbyt silną kontrolę, którą często narzucamy sobie sami albo narzucają nam pracodawcy. Są oczywiście takie branże, jak np. IT, gdzie bardzo trudno jest pozyskać dobrych pracowników i pracodawcy prześcigają się w oferowaniu programistom rozrywki w ciągu dnia pracy. Mam jednak wrażenie, że na dłuższą metę to się nudzi, a jeśli ludzie wypracowują coś sami – ma to większą wartość. Dlatego podczas warsztatów z firmami, które stanowią większość mojego zawodowego życia, nie daję rozwiązań, a angażuję ich w poszukiwanie. Uważam to za jedno z najważniejszych aktualnie wyzwań dla osób odpowiedzialnych za zarządzanie ludzkimi zasobami. Obserwuję, jak to wygląda w różnych organizacjach. Niektóre nie zostawiają przestrzeni na zaangażowanie pracowników, ale tam, gdzie ta przestrzeń jest, rodzą się niesamowite pomysły. Cieszę się, że takich firm jest coraz więcej. Obecnie pracuję przy jednym z projektów, gdzie pracownicy są zaangażowani w to, co można zrobić, żeby teoretyczne wartości firmy naprawdę funkcjonowały w praktyce. Jesteśmy dopiero na etapie początkowym, wypracowane razem rozwiązania będą wprowadzone w życie, ale już widzę, że ludzie faktycznie chcą poprawić organizację, np. zastanawiają się nad tym, co można zrobić, żeby działy lepiej ze sobą współpracowały, żeby uruchomić odwagę, żeby wspierać kulturę błędu. Dużym obszarem do zagospodarowania w organizacjach jest właśnie kultura błędu.

Co to znaczy?

Teoretycznie wiemy, że błąd popełniamy po to, żeby się rozwijać, ale niewiele organizacji na to pozwala. Z firmami często dyskutujemy o tym, na czym polega błąd i do jakiego momentu jest jeszcze akceptowalny. Bo generalnie błędy są rozwojowe i musimy umieć je popełniać. Jest to o tyle trudne, że uczy się nas tego, żeby wszystko wykonywać doskonale. W czasie warsztatów improwizacji w biznesie, które prowadzimy wspólnie z aktorem Kubą Snochwoskim, także o tym mówimy. Na początku wszyscy kiwają głowami, że to takie oczywiste, a proste ćwiczenie, które potem robimy, pokazuje, co dzieje się z ludźmi, gdy popełniają błąd. Krzywią się, marszczą, kurczą… My mówimy: „Popełniłeś błąd, to się ciesz!”. Ale nawet na poziomie zabawy niektórym trudno jest się przełamać. Najlepsze rozwiązania w tym zakresie ma branża IT, bo tam mówi się, że każdy błąd to rozwój. W badaniach 100 najlepszych miejsc pracy IT z 2013 roku pracowników pytano m.in. o to, czy ich firma dopuszcza możliwość popełniania błędów: 91% respondentów powiedziało, że tak.

To fascynujące, że prawo do błędów tak mocno wpływa na postrzeganie firmy przez pracowników! To kolejny – poza przyjemnością i angażującym środowiskiem element, który wpływa na ocenę, czy praca jest fajna. Co jeszcze sprawia, ze chce nam się iść do pracy?

Fizyczność miejsca pracy, czyli spersonalizowane rozwiązania, takie jak specjalnie zaaranżowane kantyny, sale warsztatowe, sale odpoczynku, które odpowiadają na potrzeby pracowników. Nie chodzi o drogie inwestycje, ale o stworzenie przyjaznej przestrzeni do pracy. To wpisuje się w potrzebę funu, bo przyjemnością ma być nie tylko sama praca, ale i otoczenie. Firmy, które o tym zapominają, tracą pracowników.