fbpx

Czy kocha się tak samo, gdy pojawia się dziecko? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Na ratunek miłości. Kochać mimo dzieci
Dzieci nie są zagrożeniem dla miłości rodziców – dzieci są, by rodziców uczyć miłości. (Fot. iStock)

Nasze babcie mawiały, że dziecko ratuje małżeństwo. Dziś słyszymy, że mu zagraża, bo to mniej czasu, mniej wolności i ogromne koszty. Statystyki potwierdzają, że trudy macierzyństwa bywają zapowiedzią rozstania, a szczęśliwsze są pary bezdzietne. Czy to naprawdę groźne dla miłości zamienić uczucie do drugiego człowieka w miłość do rodziny?

Jesteś autorem książki „Jak wychować szczęśliwe dzieci”, którego myśl przewodnią streściłabym w zdaniu: to mogą tylko szczęśliwi ludzie. Dla wielu jednak szczęście to za duże wyzwanie, gdy na ich barki spadają trudy rodzicielstwa…
…to trochę inaczej: by wychować szczęśliwe dzieci, trzeba być w miarę szczęśliwym rodzicem, czyli notorycznym nosicielem absurdalnego, wręcz zawstydzającego poczucia szczęścia mimo wszystko. A wracając do tematu, zadziwia mnie teza, że dzieci mogą przeszkadzać w miłości. Spodziewałbym się, że korzystnie wpłyną na więź rodziców. Choćby przez to, że poszerzają obszar wspólnych spraw, planów, wyzwań i problemów, czyli wspólnych doświadczeń. A to mocne spoiwo. Skoro jednak statystyki są takie, jak mówisz, to zastanówmy się, co za tym stoi. Narzuca się przypuszczenie, że coraz większa liczba ludzi ma dzieci, zanim zdąży dorosnąć do rodzicielstwa. Bez względu na to, czy zdecydowali się na dziecko, czy zostali rodzicami mimo woli, nie są w stanie unieść jego trudów. Bo też do tego potrzeba solidnego fundamentu, silnej uczuciowej, mentalnej i fizycznej więzi między kobietą a mężczyzną. Decydujmy się więc na dzieci, jeśli choć raz, patrząc z zachwytem na drugą połowę, pomyśleliśmy: chcę mieć z nim, z nią dziecko. Warto się też upewnić, czy nasza druga połowa doświadczyła podobnego rozbłysku w ciele, umyśle. Taka obopólna potrzeba dobrze wróży. Mamy więc odpowiedź na pytanie: Co robić, by związek przetrwał mimo dzieci? Decyzję o ich posiadaniu podejmować z potrzeby serca i brzucha, czyli świadomie, odpowiedzialnie i… radośnie.

Statystyczna Polka rodzi pierwsze dziecko dopiero około trzydziestki, a więc chyba już świadomie.
Dojrzałość nie zawsze jest związana z wiekiem. Wiele wskazuje też na to, że młodzi ludzie mentalnie dojrzewają dzisiaj później, szczególnie mężczyźni. Prawie 30 proc. z nich do trzydziestki mieszka z mamą, nie ma pracy albo bardzo mało zarabia. Brakuje im więc pieniędzy na to, by zacząć niezależne i odpowiedzialne życie. Z drugiej zaś strony – monotonne gromadzenie dóbr i pieniędzy przerywane wczasami all-inclusive i grillowaniem także nie sprzyja dojrzewaniu. Sprzyja mu gromadzenie, ale doświadczeń, podejmowanie ryzyka, kontakty (w realu!) z ludźmi w różnym wieku, offowe podróże, czytanie trudnych książek, obcowanie z tzw. wyższą kulturą, świadome, nierytualne uczestniczenie w wybranej formie życia duchowego. Dojrzałość wyraża się wówczas w poczuciu autonomii i w optymistycznej wierze w przyszłość i dlatego daje szansę graniczącą z pewnością, że bez względu na sytuację materialną rzucimy się z wiarą, nadzieją i determinacją w groźne, acz piękne odmęty rodzicielstwa. Skoro decyzję o zawarciu małżeństwa można uznać za szalony akt wiary – nie tyle w dobrą przyszłość, co w to, że damy sobie radę bez względu na to, jaka ta przyszłość się okaże – to decyzja o posiadaniu dzieci tym bardziej nim jest.

Aktem wiary w znaczeniu: dał Pan Bóg dzieci, da i na dzieci?!
Tak, lecz nie traktujemy tego dosłownie. Życie to w istocie egzamin dojrzałości. Ale taki, na który nie wniesiemy ściąg. Dlatego wystarczającym aktem wiary, by zostać odpowiedzialnymi rodzicami i szczęśliwymi partnerami, jest ugruntowane przekonanie, że w każdych okolicznościach damy radę, że jakoś, ale będzie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nas spotka, lecz wiemy, że w każdej chwili – naszymi decyzjami, wyborami, przekonaniami, myślami, uczuciami i działaniami – piszemy scenariusz przyszłości. Powiedzenie: Bóg dał dzieci, da i na dzieci, sprawdza się w tym, że pojawienie się dziecka mobilizuje rodziców do pracy na rzecz stworzenia bezpiecznego gniazda.

Co ukrywa się za rodzicielskim aktem wiary? Jakie potrzebne są predyspozycje, jaką pracę nad sobą mamy wykonać?
Przede wszystkim doświadczyć życiowej lekcji pokory. Niełatwo nam ją przyjąć, bo jest radykalnie kontrkulturowa. W megailuzji konsumpcyjnego szczęścia kluczową rolę odgrywa mit gwarantowanego, kontrolowanego życia, kariery i finansów. Współczesna mitologia każe nam wierzyć, że szczęście jest w zasięgu ręki, jeśli tylko się wystarczająco postaramy. Ale dojrzałość i mądrość to zgoda na to, że życie da się kontrolować tylko w niewielkim stopniu, że to równanie o ogromnej liczbie niewiadomych. Na co dzień wolimy o tym nie pamiętać, ale też najważniejsze życiowe decyzje podejmujemy jak ryzykanci. Zakochujemy się, zaczynamy razem żyć, mimo że nie wiemy, co się stanie ani z nami, ani z naszym partnerem. Pokora to wiedza, że ryzyko jest nieuniknione, i radosne życie mimo tej wiedzy. A nawet dzięki niej, bo ona uwalnia od obsesji kontroli i bezpieczeństwa. Z niej rodzi się wiara. Pokora, wolność i wiara pozwalają nam podejmować tak ryzykowne decyzje jak małżeństwo i rodzicielstwo. Przyszłym rodzicom doradzam więc nie skupiać się na budowaniu bezpieczeństwa i komfortu, lecz przyłożyć się do treningu zdolności pokornego i pogodnego przyjmowania nieuniknionych zmian i podążania za nimi.

A więc pokora, która jest niezbędna, by zostać szczęśliwymi rodzicami i małżonkami, to…
…rezygnacja z wielkościowych iluzji na własny temat, niekaranie siebie za to, że los sobie kpi z naszych planów. Mówienie: „Jak ja mogłem do tego dopuścić! Jak to się mogło stać!” – to przejawy pychy, cierpi z jej powodu niepotrzebnie wielu ludzi. Dojrzałość wyraża się w nieboksowaniu się z losem, może wyglądać jak granicząca z szaleństwem niedojrzałość w oczach tych, którzy są niewolnikami obsesyjnego planowania, kontroli i osiągania wyznaczonych celów za wszelką cenę. Życiowy egzamin dojrzałości zdają jednak ci, którzy zrozumieli, że podejmując decyzje i dokonując życiowych wyborów, w większości przypadków praktykują wiarę. Tańczą z losem, wiedząc, że to los ich w tym tańcu prowadzi.

No to bach! Uwierzyli i mają dziecko. I teraz ona nie widzi poza nim świata, więc jej mężczyzna czuje się odrzucony i zaczyna popijać.
Jeśli oboje nie zdążyli dojrzeć, może tak być. Lepiej nie zapraszać na świat dzieci, gdy sami nie przestaliśmy nimi być. Przedtem spróbujmy choćby zaopiekować się psem, coś jeszcze przeżyć: być na kilku weselach i pogrzebach, przyjrzeć się, jak innym rodzą się dzieci, przeczytać kilka książek o wychowywaniu dzieci i o możliwych komplikacjach w związku młodych rodziców, i o tym, jak nasze doświadczenia z bycia wychowywanymi przez rodziców przenoszą się na relacje z własnymi dziećmi. Chociaż tyle, a wtedy przyszły ojciec będzie przygotowany na to, że trafi na boczny tor, że jego kobieta nie będzie się już nim opiekować, a nawet zacznie oczekiwać, że to on się nią zaopiekuje. Jeśli nie zdąży do tego dojrzeć, to może nie wytrzymać i ucieknie do mamy. I to zadziwiające, jak niedojrzali mogą być dorośli ludzie, skoro prawie 25 proc. amerykańskich ojców po urodzeniu pierwszego dziecka zazdrościło mu, że może ssać z piersi matki mleko. Szczególnie wobec synów przeżywane przez tatusiów katusze były tak wielkie, że część matek odmawiała dzieciom piersi, by uratować związek. Najwyraźniej owi tatusiowie nieświadomie decydowali się na związek, by mieć zastępczą młodszą wersję mamy. Szanse, by zdali test z dojrzałości i szczerze pokochali potomka, są niewielkie.

Gdyby byli dojrzali, zazdrość o pierś żony byłaby niemożliwa?
Nigdy nie jesteśmy całkowicie przygotowani na pierwsze dziecko. Wiele nas zadziwi i zaskoczy. Ale zazwyczaj, gdy chcemy być i jesteśmy przy porodzie, przeżywamy radość, zachwyt, zdumienie, wdzięczność i w pełni uzasadnione poczucie uczestniczenia w cudzie. A wówczas nawet ci, którym dziecko się przydarzyło, krzyczą na cały świat: „Gdybym tego nie doświadczył, zmarnowałbym życie!”. Oczywiście, ponoszą ich emocje i nie są obiektywni. Życie bez dzieci nie musi być zmarnowane, bywa twórcze i pożyteczne. Ale jest też taki wymiar doświadczenia rodzicielstwa, którego trudno zaznać w innych relacjach. Chodzi o uwalniające i zachwycające przeżycie absolutnej, bezwarunkowej miłości do dziecka, które natychmiast rozgaszcza się w naszym sercu i w naszym życiu, zmieniając je całkowicie. Podpisanie się pod tym niesamowitym spektaklem wszechświata byłoby przejawem egotycznej pychy. A jeśli nasze serce i umysł nie otworzyły się na cud narodzin, to dziecko obdaruje nas zachwytem i miłością, jakich możemy tylko od niego doświadczyć. Bo dziecko bezwarunkowo kocha rodziców! Nie wolno nam zawłaszczyć tej miłości – przypisać jej wyłącznie sobie. Dziecko kocha i zachwyca się życiem i światem, a więc nami. Jeśli jednak rodzice dostrzegają tę jego miłość, zostaną zainspirowani, by odpłacić dziecku takim samym czuciem. Gdy obcujesz ze swoim dzieciakiem, widzisz, że jemu jest absolutnie wszystko jedno, czy masz pieniądze, pozycję, wykształcenie, jak wyglądasz, jak jesteś ubrany. Z punktu widzenia dziecka to kompletnie nieistotne. Możesz być uznawany za obciach i klęskę, uzależniony od trzech różnych substancji i źle mówić po polsku, a dziecko i tak patrzy na ciebie z miłością i zachwytem. Widzisz wtedy w jego oczach spojrzenie Boga, który wszystko o tobie wie i z góry ci wybaczył. Jeśli przyjmiesz to spojrzenie, ta miłość nigdy cię nie opuści. Nawet jak będziesz chciał ją zabić, możesz najwyżej zmienić ją w sercu dziecka w żal i gniew za to, że w swoim zaślepieniu nie potrafiłeś się na nią otworzyć. Dzieci nie są więc zagrożeniem dla miłości rodziców – dzieci są, by rodziców uczyć miłości.

Co jednak robić, gdy dziecko pojawiło się, a my nie jesteśmy przygotowani, a do tego nasz związek się sypie?
Szukać fachowej pomocy, zrobić katalog spraw, które mamy do przerobienia, by ratować związek i zapewnić dobre życie dziecku. Gorzka rezygnacja z własnego szczęścia, czyli tzw. poświęcenie się dla dziecka, prowadzi do tego, że staje się ono kozłem ofiarnym dla rodziców, którzy – świadomie lub nie – obciążają je odpowiedzialnością za to, że muszą się ze sobą męczyć. Wtedy lepiej ułożyć sobie życie z kimś innym, pod warunkiem że to ktoś na tyle dojrzały, by nie swoje dziecko zaakceptować i pokochać…

Czy przypadkowa ciąża nie może być początkiem miłości, dobrego związku?
Absolutnie nie można tego wykluczać. Bywa, że między przypadkowymi rodzicami buduje się zażyłość, solidarność, lojalność i szacunek, a to może zaowocować dojrzałą miłością. Testem są narodziny. Jeśli przypadkowego ojca stać na to, by towarzyszyć przypadkowej matce podczas porodu, to z tej mąki może być chleb. Czasem nie odczuwamy więzi z drugim rodzicem, ale silną miłosną więź z dzieckiem. Wtedy dobrze jest pamiętać, że nasze dziecko pojawiło się na świecie również za sprawą tego drugiego z rodziców, kocha oboje i ma do tego święte, przyrodzone prawo. Jeśli nie będziemy mu utrudniać tego kochania, to jest nadzieja na pozytywną więź z drugim rodzicem, nawet gdy nie wiedziemy wspólnego życia.

Skoro dziecko tak wiele może dla miłości, to pozostaje mi tylko spytać: Jak kochać na zawsze bez dziecka?!
Przede wszystkim uważać, by jedno z partnerów nie weszło w rolę dziecka, a drugie rodzica. Taka sytuacja – jak każda iluzja – jest dla obu stron niekorzystna, blokuje proces wewnętrznego dojrzewania. Jeśli uda się tego uniknąć, to zyskamy ogromne zasoby energii, swobody i wolnej przestrzeni. Wtedy w naturalny sposób pojawi się pytanie: Co może być naszym wspólnym dzieckiem? Jaki obszar życia, jaką pasję będziemy wspólnie kultywować? W co zaangażujemy nasze serca? To bardzo twórczy i piękny proces, z którego może wyniknąć wiele dobrego.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze