Na skróty do dreamlandu – rozmawiamy z Wojciechem Eichelbergerem

Ilustracja Paweł Jońca
Ilustracja Paweł Jońca

Alkohol, narkotyki, leki przeciwbólowe, kiedy nic fizycznie nie boli…
Wzrasta liczba osób uzależnionych. Czego tak pragniemy?
I czy możemy to mieć, zachowując przytomny umysł – zastanawia się
Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Leki przeciwbólowe, jak pisze Sam Quinones w „Dreamland, opiatowej epidemii w USA”, stały się legalnym narkotykiem. Do tego używki. Po co nam to wszystko?
Zanim alkohol i narkotyki stały się źródłem dochodu dla dilerów, mafii czy państwa, dawały możliwość doświadczenia innego stanu świadomości. Zażywanie ich było rodzajem sakramentu. Niestety, tradycja rytualnego zażywania zniknęła, a to, co dziś obserwujemy, to komercjalizacja prowadząca do uzależnień, do spędzania życia w dreamlandzie. Powtórzę więc: wszystkie występujące w naturze substancje wpływające na świadomość, także te, które są generowane przez nasze organizmy, istnieją po to, byśmy mogli doświadczyć stanów świadomości odmiennych od tej codziennej, powszechnej, kulturowo uzgodnionej. I ujrzeli naszą świadomość jako jedną z wielu możliwych. Tak właśnie rozumieli działania substancji zmieniających świadomość mędrcy i prorocy naszej cywilizacji. Ale – co bardzo ważne – owi mędrcy i prorocy ostrzegali ludzkość przed złudzeniem, że ich przyjmowanie załatwi wszystkie problemy powodowane przez naszą codzienną świadomość, jak cierpienie czy wstyd.

Może problemów nawet dołożyć, bo bach!, i mamy uzależnienie!
Dlatego właśnie nawet sakramentalne używanie substancji zmieniających świadomość zawsze stanowiło zaledwie element złożonego systemu rytuałów, ćwiczeń oraz praktyk dyscyplinowania ciała, serca i umysłu. W chrześcijańskiej tradycji religijnej wino stanowi element sakramentu nie tylko dlatego, że w czasach Jezusa woda bywała niezdrowa i wino pito wówczas powszechnie. Ale Jezus też nie powiedział swoim uczniom: „Wystarczy, że będziecie pili wino jako moją krew, i to zaprowadzi was do zbawienia”. A mistycy chrześcijańscy używali wina nie tylko jako elementu sakramentu, lecz także jako metafory upojenia duchowego, symbolu przemiany duchowej – upojenia wiarą. Wino – podobnie jak inne substancje zmieniające świadomość – w rytuałach religijnych pełni więc funkcję symbolu, ale także apetizera, który ma wzbudzić apetyt na prawdziwe duchowe przebudzenie. Działania tego apetizera możemy doświadczyć po wysączeniu kieliszka dobrego wina, kiedy to świat i ludzie nagle pięknieją, serce się otwiera, zmysły wibrują, lęki znikają.

Wino pomaga duchowo się przebudzić i docenić piękno stworzenia?
Jeśli zafiksujemy się na tym chwilowym działaniu wina i w nim ulokujemy całą naszą nadzieję na wyzwolenie z matrixu świadomości, to szybko wylądujemy na manowcach. Dlatego nauczyciele buddyjscy odradzają używania jakichkolwiek substancji zmieniających świadomość także w trybie sakramentu. Jedynym wiarygodnym sposobem uwalniania umysłu i ducha jest dla nich praktykowanie świadomie wybranej drogi duchowego rozwoju i jej rytuałów, m.in. medytacji.

W praktyce, jaką obserwujemy, nie chodzi o to, żeby rozwijać się duchowo, tylko o dostęp do dreamlandu, o chwilowe uwolnienie od trosk, lęków, ograniczeń. Wzrasta ilość wypijanego alkoholu, a uzależnienia stają się znakiem czasu. Dlaczego?
Bo nasza kultura, oparta na pogoni za sukcesem i celami materialnymi, na rywalizacji i pieniądzu, nie daje poczucia bezpieczeństwa. We współczesnym świecie, w którym nawet instytucje religijne napędzane są chciwością i agresją, w świecie pędzącym na oślep ku coraz szybciej oddalającemu się horyzontowi powszechnej szczęśliwości, który zaprzecza cierpieniu i śmierci – czujemy się samotni, przerażeni i zagubieni… Pod skórką świata reklam i sukcesu na kredyt ukrywamy często pustkę i rozpacz.

Leki przeciwbólowe, wódka czy prochy uwalniają nas od bólu istnienia?
Naturalne używki, psychodeliki i alkohol od zawsze służyły ludziom jako lekarstwo usuwające różne dolegliwości i objawy, bo redukują sytuacyjne napięcie, stres i ból. Alkohol przyjmowany w niewielkich dawkach pomaga rozluźnić mięśnie i poprawić nastrój, a także dezynfekować przewód pokarmowy. Ponieważ wycisza lęk i wygasza krytyczne i logiczne myślenie, a także sumienie – zawsze był i jest stosowany podczas wojen jako środek ułatwiający ryzykowanie życia i bezlitosne zabijanie wroga. A gdy wojna się kończy, nadal się przydaje, bo chwilowo koi dewastacyjny wpływ wojennych traum. W polskim męskim etosie picie alkoholu wtajemnicza w męskość dorastających chłopców. Spożywanie go w ponadnormatywnych ilościach jest dowodem męskiej siły i odporności. Męskie grupowe picie na umór i przechwalanie się tym, ile kto może wypić, przypomina walkę żubrów.

Mężczyźni piją, by poczuć się męscy i z powodu tradycji picia jako sposobu na traumy. A po co alkohol i inne używki kobietom?
Kobiety często piją albo zażywają nadmierne ilości leków z potrzeby poradzenia sobie z transgeneracyjnym dziedzictwem winy i wstydu. W podświadomości kobiet jest mnóstwo upokorzenia i krzywdy, a także nadużyć, jakich doznały na przestrzeni setek pokoleń. A wstyd jest uczuciem uporczywym, które bardzo boli i upokarza i w konsekwencji degeneruje. Kobiety noszą też w sobie wiele tłumionych gniewu i pasji. Niełatwo poradzić sobie z takim bagażem – szczególnie obecnie, w sytuacji odradzania się ducha opresji wobec kobiet, redukującego je do roli inkubatorów. To co mają robić?

Napić się albo zażyć pigułkę na ból egzystencji?
Rozpijamy się także wtedy, gdy nie potrafimy uwolnić się od uczucia upokorzenia spowodowanego jakąś formą zniewolenia, wykluczenia czy przemocy, czyli od uczuć o niskich, destrukcyjnych wibracjach, które alkohol chwilowo głuszy.

Emocje mają wibracje?
Wygląda na to, że uczucia niosą w sobie energię o określonej częstotliwości, czyli o określonej wibracji. Sami to intuicyjnie wyczuwamy i dzielimy je na wysokie i niskie. Wstyd i poczucie winy to uczucia o najniższych wibracjach, ograniczające i toksyczne. Kiedy je odczuwamy, wpływają dołująco na nasze samopoczucie, świadomość i percepcję. A to z kolei sprawia, że świat nas przeraża i gniewa, samych siebie nie znosimy. A przecież całkiem inaczej widzimy siebie i innych, gdy doświadczamy uczucia o najwyższej wibracji, czyli miłości. Ten sam świat okazuje się wtedy zachwycający, kolorowy i przyjazny, a ludzie dobrzy i godni uwagi.

We wspólnocie anonimowych alkoholików, narkomanów itp. terapeutyczny program 12 kroków oparty jest na rozwoju uczuć wyższych, zdolności do miłości.
Bo rozwój duchowy człowieka na tym właśnie polega, na dążeniu do osiągania coraz wyższej wibracji świadomości. Rozwój duchowy powoduje, że zaczynamy odczuwać miłość do wszystkiego, co stworzone – w tym także do siebie samych. Inaczej traktujemy bliźnich, inaczej się zachowujemy, czego innego pragniemy, nasze życie zmienia się, bo my się zmieniamy. Nie na chwilę, jak po lampce wina, ale na stałe. Jednak to wymaga systematycznej pracy nad wyłączeniem naszego świadomościowego matrixu– poprzez medytację, kontemplację, żarliwą modlitwę i czynienie zadość krzywdom wyrządzonym sobie i innym.

Alkohol, narkotyki, tabletki nam nie wystarczą?
Alkohol nas w życiu nie rozkocha – może pomóc tylko na chwilę znieczulić, zniwelować najniższe wibracje, usunąć dolegliwe objawy. Przytłumi wstyd czy poczucie winy, podniesie niską samoocenę, ale nas od nich nie uwolni. W zamian za to może nas trwale moralnie i fizycznie zdegenerować, doprowadzając do zaniku części neuronów w mózgu i skutecznie usypiając nasze sumienie. Każde uzależnienie może uśpić sumienie, może się więc bez większych przeszkód rozwijać i dlatego tak trudno z nim walczyć.

Wielu z nas zna też zagrożenia z własnego domu. Ale słyszymy często, że zabawa wymaga alkoholu…
Jeśli nie umiem się bawić na trzeźwo i piję, by uwolnić się od krępującego mnie autokrytycyzmu, wstydu i nadmiernej samokontroli, to takiego picia nie można nazwać rekreacyjnym. To picie neurotyczne, które może szybko przekształcić się w nałogowe. Piję wtedy, bo muszę, bo nie potrafię sam sobie ze sobą poradzić, więc nieświadomie zamieniam autoagresję psychiczną na autoagresję chemiczną. Wprawdzie wyłączam katującego mnie wewnętrznego krytyka, ale w zamian katuję się alkoholem. To prosta droga do uzależnienia. Ono grozi nam zawsze wtedy, gdy zamiast uporać się z wewnętrznymi przyczynami naszych ograniczeń, cierpienia, sięgamy po coś z zewnątrz, co chwilowo usuwa dokuczliwe objawy. Tak motywowane uporczywe stosowanie alkoholu, innych używek, a także leków pozbawia nas szans na samopoznanie, rozwój świadomości, na dojrzewanie i mądrość. W dodatku nasila objawy, których próbujemy się w ten sposób pozbyć. Bo gdy wytrzeźwiejemy po imprezie, to na ogół powraca ów wstyd, dodatkowo wzmocniony tym, co wyprawialiśmy poprzedniego wieczoru. Piję więc, żeby się nie bać, ale wraz z upływem czasu potrzebuję pić coraz więcej. W końcu uzależniam się fizjologicznie – i jest pozamiatane.
Pracowałem trzy lata na oddziale leczenia alkoholików i widziałem, co się dzieje z tymi ludźmi. Mieli uszkodzone przez alkohol mózgi, co było widać na zdjęciach RTG. Wszystkie aspiracje i możliwości rozwoju w kierunku duchowości mieli wycięte. Ci ludzie w pewnym momencie nie mogli się już zatrzymać. Alkohol całkowicie przejmował kontrolę nad ich życiem i niszczył wszystko. Powiem to tak: jeśli nosimy w sobie neurotyczny wstyd i poczucie winy albo z jakiegoś powodu sumienie nie daje nam spokoju i zaczniemy się z tego leczyć alkoholem, to bardzo szybko się uzależnimy. Żeby temu zapobiec, musimy odkryć prawdziwe przyczyny tego, co się z nami dzieje, i rozbroić je.

Oj, a tu wakacje i chcemy się po prostu pobawić przy piwie czy winie. Nie robić tego?
Jeśli nic nas nie gryzie, to bawmy się i pijmy rekreacyjnie. Jeśli pijemy tylko po to, aby się bardziej wyluzować i otrząsnąć z napięcia generowanego przez nadmiernie represyjną kulturę i obyczaj ograniczający nasze spontaniczne, szczere, radosne wewnętrzne dziecko, to z pewnością nie wypijemy za dużo i nie grozi nam uzależnienie. A co najwyżej dobra zabawa. Lecz im wyżej i dalej zawędrujemy w rozwoju naszej świadomości i dojrzałości, tym mniej używek będziemy potrzebować, aby dobrze żyć i szczerze się bawić.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórcai dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii