fbpx

Nadzieja matką działania

Nadzieja matką działania
Nigdy nie możemy mieć pewności, że nasze wysiłki okażą się skuteczne, ale nadzieja wystarczy, by działać. (Fot. iStock)

Nie wierzcie, że nadzieja jest matką głupich, bo to nieprawda. Można tak powiedzieć o naiwności, ale nadzieja zasługuje na szacunek. Nie sposób przewidzieć, co się stanie w przyszłości, i ta niepewność może budzić lęk. Jednak jeśli mamy nadzieję, jesteśmy w stanie ryzykować i działać – przekonuje psycholożka Hanna Samson.

W chwilach zwątpienia w sens naszych wysiłków – i tych prywatnych, i społecznych, i zawodowych – sięgam czasem po książkę Irvina D. Yaloma „Kat miłości. Opowieści psychoterapeutyczne”. Jest w niej coś takiego, że budzi nadzieję. Znam ją dobrze, więc otwieram na chybił trafił i zaczynam czytać. Każda historia wciąga mnie natychmiast, nie mogę przerwać, nim skończę. Poruszają głębokie struny naszego jestestwa, nie umiem tego nazwać mniej górno-lotnie, bo te historie sprawiają, że czujemy udrękę i radość bycia człowiekiem, poznajemy uzdrawiającą moc więzi międzyludzkiej, która prowadzi do zmiany świadomości i własnego losu.

Ostatnio też sięgnęłam po tę książkę i otworzyła mi się na opowieści o Betty, która budziła odrazę Yaloma.

Ponad własnymi uprzedzeniami

Betty miała 27 lat, nie była wysoka, za to ważyła 113 kg. Yalom przyznaje się przed nami do swoich uprzedzeń w stosunku do otyłych ludzi, a szczególnie kobiet, znajduje kilka źródeł, z których te uprzedzenia mogą wypływać, ale co z tego, skoro nie może bez odrazy patrzeć na Betty. Sytuację pogarsza jeszcze sposób opowiadania Betty o swoim życiu – powierzchowny, rubaszny, przerywany chichotem – który śmiertelnie nudzi i irytuje autora. Sytuacja wyjściowa do rozpoczęcia terapii wydaje się beznadziejna. Yalom nie ma pewności, czy uda mu się przekroczyć własne ograniczenia, a przynajmniej nie pokazać ich Betty (ona oczywiście czuje niechęć i odrazę psychiatry, który w ogóle na nią nie patrzy i unika wszelkiego kontaktu fizycznego, powie mu o tym na końcu ich pracy), ale ma świadomość, że kobieta potrzebuje pomocy, a on jest terapeutą. Poprzedni zasypiał podczas sesji, o czym ona sama mówi ze śmiechem.

Yalom zastanawia się, czy uda mu się zobaczyć w Betty człowieka i odnosić do niej z empatią. Ma nadzieję, że tak, więc podejmuje ryzyko i zaczyna pracować nad sobą, czego pacjentka mu nie ułatwia, wciąż obwiniając świat za swoją sytuację i nie widząc problemu w sobie. Terapeuta stąpa bardzo ostrożnie, próbuje oddzielać uczucia, które wynikają z jego uprzedzeń, od tych, które wywołuje w nim Betty, uważa na każde słowo. I w końcu coś zaczyna się dziać. Betty schodzi w głąb, krok po kroku dociera do źródeł swoich lęków, a między nią a Yalomem powoli nawiązuje się prawdziwy kontakt, a potem tworzy się więź. On nie widzi już w niej odrażającej grubaski, tylko cierpiącą i waleczną osobę, zresztą Betty nie jest już taka gruba. Odkąd zmierzyła się ze swoimi lękami, zaczęła się odchudzać, wytrwale i konsekwentnie. Przestała grać rubaszną i zaczęła być sobą.

Dlaczego opowiadam tę historię? Bo gdyby nie nadzieja Yaloma, że uda mu się przekroczyć własne ograniczenia, nie podjąłby się terapii. Betty chodziłaby do kolejnych terapeutów, szukając pomocy, a on nadal czułby odrazę do grubych kobiet. Nadzieja sprawiła, że zaczął działać, choć sytuacja wyglądała beznadziejnie.

Historia z happy endem

Matylda ma 34 lata i dotąd nieźle układało jej się w życiu. Zaraz po studiach znalazła pracę, którą bardzo lubiła, ale po sześciu latach postanowiła ją zmienić.

– Czułam się komfortowo i dobrze zarabiałam, lubiłam ludzi, z którymi pracowałam, byłam przez nich ceniona, ale po kilku latach dotarło do mnie, że już się nie rozwijam, wszystko było mi dobrze znane, żadnych poważnych wyzwań – opowiadała mi na pierwszym spotkaniu. – Szybko poszłam do nowej firmy, jeszcze lepiej zarabiałam, wzięłam kredyt, kupiłam mieszkanie, pracowałam kilkanaście godzin na dobę i to zaczęło mi coraz bardziej przeszkadzać. Nie miałam czasu na życie osobiste, a w końcu poznałam chłopaka, z którym chciałam być, uznałam, że pora na życie. Znalazłam pracę, w której obiecywano mi, że będę mogła wychodzić o siedemnastej, ale szybko okazało się, że to mrzonki. W dodatku miałam inny zakres obowiązków niż ten, na który się umawiałam, atmosfera była fatalna, nie było miejsca na negocjacje, czułam się oszukana, wykończona, postanowiłam nie przedłużać umowy, choć bardzo mnie namawiali. I to był chyba największy błąd w moim życiu, ale wtedy o tym nie wiedziałam, byłam dumna, że zadbałam o siebie i nie uległam namowom.

Po odejściu Matylda odpoczęła kilka dni i wzięła się dziarsko do szukania nowego miejsca. Napisała CV i rozesłała po świecie, a świat – nic. W końcu doczekała się kilku reakcji odmownych, została zaproszona na dwie rozmowy kwalifikacyjne, z których nic nie wynikło, choć miała poczucie, że poszły nieźle. Matylda postanowiła nie tracić czasu, zapisała się na kurs doskonalący jej umiejętności informatyczne, dużo czasu spędzała z chłopakiem, ale już trochę zaczęła się niepokoić. Intensywnie ćwiczyła dla poprawienia kondycji i nastroju, w którymś momencie coś poszło nie tak, doznała urazu łąkotki, nie mogła chodzić z bólu, konieczna okazała się operacja. Operacja pochłonęła jej oszczędności, bo nie miała ubezpieczenia, potem doszła jeszcze rehabilitacja. Trzeba było spłacać kredyt, Matylda poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Nadal rozsyłała CV, odświeżała stare kontakty, ale z coraz mniejszym przekonaniem.

– Zawsze wierzyłam, że sobie jakoś poradzę, bo przecież tak dobrze mi szło, a teraz jestem w beznadziejnej sytuacji. Gdyby nie antydepresanty, chyba nie wstawałabym z łóżka – Matylda siedzi ze spuszczoną głową, całe jej ciało wyraża rezygnację.

Spotkałyśmy się jeszcze dwa razy, próbowałam ją wesprzeć i podnieść na duchu, ale nadal nie miała pracy i była coraz bardziej załamana. Czuła się niepotrzebna i wykluczona, straciła wiarę w swoje kompetencje. Odkąd była na utrzymaniu rodziców i chłopaka, jej poczucie własnej wartości legło w gruzach.

– Przestałam już odpowiadać na ogłoszenia, bo gdyby teraz ktoś zaprosił mnie na rozmowę kwalifikacyjną, to byłabym bez szans, nie umiem nawet zebrać myśli – wyznała na naszym ostatnim spotkaniu. Kolejne nie doszło do skutku, bo akurat wprowadzono stan epidemiczny i nasza fundacja została zamknięta.

Niepokoiłam się o Matyldę, bo w tych warunkach zawieszenia wszystkiego zdecydowanie łatwiej było stracić pracę niż ją znaleźć. Jak ona radzi sobie z tą świadomością? W końcu udało nam się porozmawiać przez telefon. Matylda brzmiała nadspodziewanie dobrze i szybko okazało się dlaczego.

– Zaraz po świętach zaczynam pracę – oznajmiła. – Wspaniale! Jak do tego doszło? – pytam uradowana. – Gdy wprowadzono stan epidemiczny, w pierwszej chwili się przeraziłam, że teraz to już naprawdę nie mam szans. A potem pomyślałam, że wkrótce może być jeszcze gorzej, bo kiedy pozwalniają ludzi z różnych firm, to dużo więcej osób zacznie szukać pracy. Poczułam przypływ nadziei, w końcu nie byłam w najgorszej sytuacji, mogłam działać od razu. Zaczęłam znów rozsyłać CV, odezwałam się do firmy, w której odbyłam rozmowę kwalifikacyjną, powiedziałam, że zrobiłam jeszcze ten kurs informatyczny, bo chyba tego im wtedy brakowało, i mnie przyjęli. Jeszcze tylko badania lekarskie i zaczynam – podsumowała Matylda.

Do świąt było jeszcze kilka dni, więc trzymałam kciuki, żeby nic się nie zmieniło. I nie zmieniło się, Matylda pracuje. Przebłysk nadziei sprawił, że znów wzięła się do działania, choć nie miała pewności, że się uda. Przyszłość jest zawsze niepewna, ale to, czy działamy, czy nie, ma znaczenie. Optymizm pozwala wierzyć, że będzie dobrze, niezależnie od naszych wysiłków. Pesymizm zachęca do bierności, bo tak czy inaczej będzie źle. Jedynie nadzieja jest tym uczuciem, które skłania nas do działania, choć sukces nie jest pewny.

Ukierunkowanie ducha

W książce Rebekki Solnit „Nadzieja w mroku” w tłumaczeniu Anny Dzierzgowskiej i Sławomira Królaka znalazłam słowa Václava Havla z 1985 albo 1986 roku, kiedy był skazany na więzienie, a nic jeszcze nie zapowiadało wyzwolenia Czechosłowacji spod dominacji Związku Radzieckiego. Havel pisał: „Przez ten rodzaj nadziei, o którym myślę (zwłaszcza w sytuacjach szczególnie beznadziejnych, takich jak zamknięcie w więzieniu), rozumiem przede wszystkim pewien stan umysłu, nie stan świata. Albo mamy w sobie nadzieję, albo nam jej brakuje; to wymiar duchowy; nie jest ona zasadniczo zależna od jakiegoś konkretnego spojrzenia na świat ani od oceny sytuacji. Nadzieja to nie rokowanie. To ukierunkowanie ducha, ukierunkowanie serca; wykracza ona poza świat bezpośrednio przeżywany i zakorzeniona jest gdzieś poza jego horyzontem. Nadzieja, w tym głębokim i potężnym sensie, nie jest tym samym co radość, że wszystko idzie dobrze, ani tym samym co wola angażowania się w przedsięwzięcia, które najpewniej rychło zakończą się sukcesem; jest to raczej zdolność do pracy na rzecz czegoś dlatego, że uważamy to za słuszne, nie tylko dlatego, że ma szansę na powodzenie”.

Nasz rozpędzony świat niedawno się zatrzymał, dając nam szansę na pomyślenie, w jaki sposób warto go zmieniać. Od nas zależy, czy z niej skorzystamy. Nie możemy mieć pewności, że nasze wysiłki okażą się skuteczne, ale nadzieja wystarczy, by działać.

Hanna Samson psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze