fbpx

Zagubione dzieci, zestresowani rodzice, przestarzała szkoła – edukacja w pandemii. Nie dajmy się zwariować!

Nauka przez internet - jak prowadzić i jak ułatwić dzieciom nauczanie online?
Nauka przez internet to przyszłość, warto się z nią oswoić (Fot. Getty Images)

Nauczanie zdalne w ostatnich miesiącach naprawdę może zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtuje taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda i powietrze. A co za problem powiedzieć: „połowę z tego wyrzucamy i już”. To naprawdę nie będzie miało żadnych negatywnych następstw – mówi psycholożka dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW.

Nauczyciele zadają lekcje na potęgę, rodzice pilnują, żeby dzieci je odrobiły, a one albo się podporządkowują, albo buntują. Wydaje mi się, że nauka online w polskim wydaniu dużo mówi o naszej edukacji w ogóle.
Całkowicie się z panią zgadzam. Ta wyjątkowa sytuacja pokazuje, nomen omen jak w zwierciadle, wszystkie słabości naszej edukacji, poczynając od tego, że zawsze spora część pracy związanej z opanowaniem treści była cedowana przez szkoły na rodziców – co teraz widać niezwykle wyraźnie – a kończąc na pruskim podejściu do nauczania. Rośnie mi ciśnienie, kiedy słyszę pana ministra opowiadającego, że 95 proc. szkół świetnie radzi sobie ze zdalną edukacją. Albo gdy słyszę wypowiedź jednego z kuratorów: „Nauczyciele narzekają na brak komputera? A przecież mają komórki, mogą uczniom wysłać SMS-em numery stron i zadań”. Całkowite niezrozumienie, czym jest edukacja!

A czym jest?
Edukacja to taki trójkąt równoboczny, w którym jedno ramię stanowią nauczyciele i wszyscy pracownicy szkoły, drugie – uczniowie, a trzecie – rodzice. I wszystkie te ramiona muszą ze sobą ściśle współpracować. My, rodzice, nie możemy wykazywać się potulnością i pokorą wobec absurdów, jakie ze szkoły płyną. Dziwię się też bardzo nauczycielom, że pozwalają na to, żeby odium tego zamieszania związanego z nauką przez internet spadło na nich.

Nauczyciele nie mają wyjścia, są rozliczani, w dziennikach elektronicznych widać, co zapisują. I zgodnie z teorią dziobania dziobią tego, kto niżej, czyli uczniów.
Ta teoria rzeczywiście dokładnie się tu sprawdza. Nauczyciele od dawna są zastraszaną i sponiewieraną grupą, w związku z czym gotowi są podejmować takie właśnie pseudoaktywności, byleby zwierzchnicy dostali informację, że ich zalecenia zostały wprowadzone w życie. Decydentom chodzi o to, żeby przebieg tego roku szkolnego nie był zakłócony, jeśli chodzi o terminy, i większość nauczycieli dała się w tę nieuczciwą grę wmanewrować. Bo naprawdę to tak pięknie wygląda wyłącznie w ministerialnych sprawozdaniach.

Dlatego rozsądkiem muszą wykazać się rodzice?
Tak, dobrze by było, żeby zweryfikowali przeświadczenie, że ich obowiązkiem jest wywiązywanie się z absurdalnych zadań narzuconych przez szkołę. Podam przykład: rozmawiam z kobietą, i to z Warszawy, więc wydawałoby się, że tu powinno być z techniką lepiej, samotną matką czwartoklasisty, która nie dysponuje ani drukarką, ani skanerem. W większości polskich rodzin są komputery, laptopy, ale nie ma drukarek i skanerów. I ta matka mówi mi, że właśnie skończyła przepisywać 12. stronę karty pracy, bo jak zaalarmowała nauczyciela, że jej dziecko nie może wywiązać się ze zleconych zadań ze względu na brak drukarki, to usłyszała: „To może wziąć pani kartkę i przepisać to, co wysłałam”. No to przepisała, a nawet przerysowała, bo na tej karcie były też rysunki, dziecko miało ją uzupełnić i potem ona musiała wysłać to do nauczyciela. To jakaś paranoja! Częściowo mogę usprawiedliwić nauczycieli, którym mówi się, że są obibokami, że mają trzy miesiące wakacji, więc oni robią wszystko, żeby się wykazać.

Rodzice powinni się zbuntować?
Tak, powinni się zbuntować, ja ich bardzo do tego namawiam. Powinni odmówić wykonywania nierealnych w takich warunkach zadań, które teoretycznie są zadaniami dla dzieci, ale dzieci z różnych powodów nie mogą ich wykonać bez udziału rodziców.

Pewnie rodzice mają ochotę, żeby się zbuntować, ale wiedzą, że zapłaci za to dziecko.
Tak, bo dostanie gorsze stopnie, zdobędzie mniej punktów na egzaminach. Ale nie ma innej rady. Możemy apelować też do dyrekcji szkół, choć dyrektorzy w ogromnej większości przypadków wchodzą w tę grę i zaczynają udawać przed zwierzchnikami, że jest świetnie. Rodziców powinien skłonić do tego zdrowy egoizm, bo przecież mają swoje obowiązki zawodowe, często teraz wykonywane zdalnie, a nie jest normą w polskich rodzinach, że każdy członek ma swoje narzędzie elektroniczne, natomiast bawienie się w odrabianie pracy domowej na smartfonie to koszmar. Zdarzają się dzieci, które same radzą sobie znakomicie, ale takich jest co najwyżej 1 proc., natomiast cała większość musi mieć dostęp i do narzędzi, i mieć obok siebie dorosłego, który będzie nie tylko wyjaśniał, tłumaczył, ale także zachęcał, motywował.

Ta sytuacja może generować mnóstwo napięć, pogłębiać niechęć dzieci do nauki?
Może. Nasze władze oświatowe mają cudowne zdolności do demotywowania dzieci. Ich poczynania zmierzają do tego, żeby nawet bardzo dobrzy uczniowie ziali nienawiścią do szkolnej nauki, co nie tłumi przecież zainteresowań poznawczych dzieci, natomiast powoduje, że coraz rzadziej kojarzą szkołę z miejscem, które odpowiada na ich zainteresowania. I to jest dramatyczne! Przecież w Centrum Nauki „Kopernik” każdemu dziecku błyszczą z zaciekawienia oczy, jeśli może samo coś odkrywać, ale na pewno nie stanie się to w trybie tak zwanej zdalnej edukacji, czyli w takim kształcie, w jakim to się teraz odbywa.

Przymusowe nauczanie online obnaża to, jak anachroniczna i przestarzała jest polska szkoła, jak schematycznie, odtwórczo uczy. A może, paradoksalnie, uświadomienie sobie tej prawdy to dobra strona nauczania zdalnego, bo zapoczątkuje jakieś zmiany?
Oby. Niestety, w nas, dorosłych, jest duża doza myślenia, że „za moich czasów to było świetnie, nikt się mną nie przejmował, nie zaszkodziło mi nawet to, że mnie lali, w sumie na dobre mi to wyszło”. Jest w nas zgoda na transmisyjny model funkcjonowania szkoły, gdzie wiadomości z głowy nauczyciela jak na taśmie przepływają do głowy uczniów, uważamy, że to świetny model, jedyny możliwy. Ciągle nie kupiliśmy – jako społeczeństwo, jako rodzice – prawdy, że edukacja to organizacja uczenia się, a nie mechaniczne przekazywanie wiedzy. Oczywiście, mamy garstkę nauczycieli zapaleńców i ja wierzę, że ta grupa będzie z każdym rokiem się powiększała. Mamy także światłych rodziców, co pokazał chociażby ruch wokół ukrócenia prac domowych. Jeszcze przed kryzysem prace domowe w większości polskich domów były zarzewiem konfliktów, sprawiały, że relacje między rodzicami a dziećmi nie układały się dobrze. A to, co się teraz dzieje, jeszcze bardziej może je pogorszyć. U rodziców mogą budzić się najprostsze mechanizmy obronne: „To nie moja wina, to dzieciak się nie stara, marnuje czas”. Tymczasem oskarżanie dzieci nie ma nic wspólnego ze wspomaganiem ich rozwoju, a przecież to właśnie powinniśmy robić.

Zawsze powinno się stanąć po stronie dziecka?
Może nie używajmy wielkiego kwantyfikatora „zawsze”, bywają różne przypadki, ale w większości jest tak, że opory dziecka są zasadne, że ono nie ma nic przeciwko zdobywaniu wiedzy w ogóle, tylko nie chce jej nabywać w taki sposób, takim kosztem. Rodzice, którzy zastanawiają się, jak dokręcić mu śrubę, tak naprawdę stają po stronie opresyjnego systemu. Symptomatyczne jest to, że jak jestem zapraszana na spotkania z rodzicami, to jednym z najbardziej pożądanych tematów do rozmowy jest to, jak motywować dzieci do nauki. Czyli tak naprawdę chodzi o to, jak zmusić dzieci do tego, żeby robiły to, co im się każe.

Może rodzice, widząc teraz, ile dzieci mają pracy, zweryfikują swoje wymagania?
Tak rzeczywiście mogłoby się stać, gdyby kierowali się uważnością na swoje dzieci, analizowali, w jakiej one znajdują się sytuacji. Wtedy tygodnie domowej edukacji mogłyby stać się dobrą okazją do obserwacji, jak nauczanie szkolne wygląda naprawdę. Ale ja się obawiam, że rodzice nie nawykli do tego, żeby cały dzień uczestniczyć w ciężkiej pracy dziecka, bo do tej pory uczestniczyli tylko w jego pracach domowych. Dlatego mogą odczuwać przede wszystkim narastające pretensje do własnych dzieci, oskarżać je, że się nie starają. Niedostatku intelektu raczej im nie zarzucą, bo sądzą, że dziecko odzwierciedla ich intelekt, więc tu na pewno mu niczego nie brakuje. „Zdolny, ale leniwy” to określenie funkcjonuje w większości polskich rodzin. Mówimy o uczeniu się, ale już sama obecność dziecka z rodzicami na niedużej przestrzeni sprawia, że relacje wewnątrzrodzinne mogą teraz być burzliwe.

Jak pomagać dzieciom przetrwać ten czas?
Rozmawiać o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, o trudnościach, które na nas spadły. Dzieci muszą wiedzieć, w jakim świecie funkcjonują, nie wolno ukrywać przed nimi prawdy, bo one potem w tym świecie muszą żyć. Ale, na Boga, w trosce o swoje dzieci i o komfort własnego życia powinniśmy się przeciwstawiać absurdom, a nie je w bierny sposób akceptować, zaganiając całą rodzinę do odrabiania lekcji. To niedobry pomysł.

No, ale zdać maturę trzeba, i to dobrze!
Wiele inteligentnych dzieci kwestionuje sens wkładania wielkiego wysiłku w to, żeby jak najlepiej zdać maturę. A rodzicom coraz trudniej znajdować argumenty, żeby je przekonać, że procent zdobytych punktów ma rozstrzygające znaczenie dla ich przyszłości. Bo może 40 lat temu ukończenie dobrej uczelni dawało pewne gwarancje dobrej pracy, ale dzisiaj nie daje. Dzisiaj lepiej radzić sobie w życiu, wykonywać ciekawszą pracę, wieść szczęśliwsze życie mogą ludzie, którzy potrafili w pewnym momencie odrzucić presję szkoły. Nie chcę powiedzieć, że tak trzeba robić, tylko uzmysłowić, że dzisiaj dobra szkoła i dobra edukacja nie gwarantują sukcesów zawodowych i dobrego życia. Dzieci to chyba zauważają częściej niż rodzice. A jakaż to tragedia będzie się wiązała z tym, że dziecko nie dostanie się do renomowanego liceum?

Taka, że nie dostanie się na dobre studia.
No to się nie dostanie, pójdzie na inne, a te wymarzone zrobi później, w trybie zaocznym. Dla wykonywania niektórych rodzajów pracy nie ma aż takiego znaczenia, jakie studia skończę. Mój syn przez wiele lat pracował w Hewlett Packard i miał szefową, która była po filologii klasycznej. Może ważniejsze od studiów jest to, żeby ukształtować człowieka o przydatnych w życiu umiejętnościach, który umie dostrzegać wokół siebie niespójności, realne problemy, umie krytycznie myśleć, a nie człowieka, który pokazuje dyplomy 18 kursów. Z przykrością muszę powiedzieć, że celują w tym nauczyciele, którzy łapią każde dodatkowe szkolenie, jeśli tylko wiąże z uzyskaniem certyfikatu, by potem wpisać je sobie do CV.

Świat wyglądałby inaczej, gdyby dzieci miały możliwość odkrywania w szkole swoich pasji, a nie wkuwały na pamięć?
Ludzie na pewno byliby wtedy zdrowsi psychicznie. Ze światowych badań dotyczących nerwic, chorób psychicznych wynika, że najwięcej kłopotów w tym zakresie bierze się stąd, że ludzie są niezadowoleni ze swojego życia, nieszczęśliwi. I zdarza się to wśród dobrze uposażonej klasy średniej. Więc jeśli o godzinie 22 dociera do dzieci na Librusie pięć zadań z chemii, które mają być zrobione na następny dzień (autentyczne!), to każdy normalny rodzic w takiej sytuacji prosi o zamknięcie komputera i pójście spać. Tymczasem co na ogół robimy? Nerwowo rzucamy się do podręczników, żeby zgłębić temat i zrobić zadania z dziećmi albo za dzieci.

Co powiedzieć tym wszystkim zestresowanym rodzicom?
Miejcie odwagę mówić „nie”. Oceniajcie, co w tych warunkach jest rozsądne i możliwe do zrobienia, a jeśli sądzicie, że nie jest, odmawiajcie, czyli informujcie nauczyciela, że tego wasze dziecko nie zrobi, bo nie ma takich możliwości. W ten sposób będziecie wspierać dzieci, ale – paradoksalnie – także nauczycieli.

Bo nauczyciele odważą się powiedzieć „nie” zwierzchnikom?
Tak, ale myślę, że ta odwaga powinna zacząć się od rodziców.

Co można zmienić od zaraz w nauczaniu online?
Gdyby szkoła działała racjonalnie i była nastawiona nie na usatysfakcjonowanie władz oświatowych, tylko na dzieci, to zdalna edukacja mogłaby być fajną okazją do rozwinięcia ważnych umiejętności. Można na przykład wyznaczać czteroosobowe grupki, których skład będzie się zmieniać co parę dni, i zamiast tych nieszczęsnych kart ćwiczeń, zlecać opracowanie zagadnień w grupach. Dzieci miałyby wtedy okazję nabyć kompetencje, które są w życiu ważne.

Na przykład?
Na przykład możliwości współpracowania z każdym, nie tylko z ulubionym kolegą, z którym dziecko zna się od żłobka. Bo to niezwykle ważne, żeby człowiek umiał pracować z każdym, kogo życie postawi mu na drodze. Przy okazji można realizować merytoryczne zagadnienia, ale nie jakieś bzdurne treści. No i byłaby, choć w części, zaspokojona potrzeba relacji z rówieśnikami, której dzieciom tak bardzo dzisiaj brakuje.

To dla nich chyba najbardziej dotkliwy brak. Słyszałam o świetnej inicjatywie nauczycieli pewnej szkoły społecznej, którzy skrzykują wieczorem na platformie komunikacyjnej swoich uczniów na tak zwane dobranocki. Polegają one na tym, że nauczyciele mówią o swoich pasjach, a uczniowie opowiadają, co u nich się dzieje, śmieją się, dowcipkują.
Cudowna inicjatywa! To muszę też pochwalić się, co robi szkoła mojego wnuka, ucznia trzeciej klasy. Otóż każdego dnia, dzięki aplikacji Zoom, mają kontakt pod wodzą wychowawczyni, który nie służy jednak realizacji treści programowej, ale rozmowie, opowiadaniu, co kto fajnego robił, z czym ma kłopoty. Nauczycielka pomyślała o tym, choć dla ośmiolatków potrzeba bycia w grupie nie jest aż tak silna jak dla nastolatków.

Co możemy zrobić, żeby w tym ciężkim czasie wspomóc dzieci?
Wesprzeć je w zaplanowaniu dnia, uwzględniając czas na rozrywkę i odpoczynek. Organizować wspólne dla wszystkich domowników ćwiczenia fizyczne, treningi. Zachęcać dzieci do kultywowania swojego hobby w warunkach domowych. Te miesiące naprawdę mogą zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtują taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i, nie daj Boże, do dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się te nieszczęsne podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda czy powietrze. A co za problem powiedzieć: „Połowę z tego wyrzucamy i już”, to nie będzie miało żadnych negatywnych następstw. O to rodzice powinni zabiegać.

Płynie dla nas z tych zdalnych lekcji coś pozytywnego?
Może to, że dzieci, rodzice i nauczyciele, przymuszeni sytuacją, przekonają się do idei zdalnej edukacji, zobaczą, że to kolejne narzędzie, które może wspomagać w nauce. Teraz ta forma jest źródłem utrapienia, płacimy za nią wysoką cenę, ale tak naprawdę potencjał nauczania zdalnego jest bardzo duży.

Aleksandra Piotrowska, psycholożka, dr psychologii na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze