fbpx

Nie będzie już jak dawniej

Nie będzie już jak dawniej
(ilustracja iStock)

To pewne. To powtarzają wszyscy. Świat się zmienia właśnie teraz, jesteśmy tego świadkami. Jakie będą efekty tych zmian, czy nas osłabią, czy może wzmocnią? I co dziś możemy zrobić, żeby sobie pomóc? Mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Kiedy zaczęła się pandemia, a z nią izolacja, zamknęliśmy się w domach. Niektórzy przyjęli to bez problemu, inni ledwo wytrzymywali. Jedni gotowali i piekli chleb, inni zaczęli ćwiczyć, nagrywać filmiki. Z czasem zaczęło się robić coraz trudniej. Ale niezależnie od tego, co czujemy teraz, czy możemy powiedzieć, jakie konsekwencje za parę miesięcy lub lat będzie mieć dla nas ten czas?
To zależy. Moja znamienita koleżanka Anna Król-Kuczkowska w książce „Psychoterapia dziś. Rozmowy” przywołuje eksperyment Daniela Siegela. Nagrał on film rejestrujący spacer po pięknej hawajskiej plaży. I opatrzył go dwiema zupełnie różnymi ścieżkami muzycznymi. W jednej wersji brzmiała spokojna klasyczna muzyka, w drugiej – soundtrack z filmu „Szczęki”. I każdy z filmików odbieramy całkiem inaczej. No właśnie – bo to zależy. Od tego, jaka muzyka w nas gra. Jeśli masz w sobie Bacha czy Monteverdiego albo choćby „Deszczową piosenkę”, będziesz reagować inaczej, niż jeśli gra w tobie muzyka z filmu „Szczęki” czy „Cienka czerwona linia”. Jeśli nosisz w sobie pewien rodzaj niepokoju, to sytuacja zewnętrzna tylko go potęguje. Lęk dotyczący zdrowia i przyszłości jest niezwykle intensywny i trudno go ukoić.

To, co jest bardzo szczególne dla sytuacji, w jakiej się znajdujemy, to to, że budzi ona zarówno lęk przed śmiercią, jak i przed życiem. To, co dzieje się teraz, zwłaszcza jeśli gra w tobie niespokojna muzyka, sprawia, że boisz się wszystkiego. Zarówno tego, że ty albo najbliżsi zarazicie się i umrzecie, jak i tego, że na każdym kroku, na każdej klamce do drzwi, przycisku do windy czy opakowaniu soku w sklepie czyha wirus. A to choroba albo śmierć. Trudno wyobrazić sobie inne zagrożenie, które daje takie szczególne położenie psychiczne.

W kimś, komu grają „Szczęki”, czyli nosi w sobie niepokój, ta sytuacja tylko ten niepokój zwiększa, spirala się nakręca, to rozumiem. Ale czy kiedy epidemia wygaśnie, taka osoba się wyciszy? Będzie umiała żyć jak dawniej?
Nie. Nie będziemy mogli żyć jak dawniej. To położenie, o którym mówimy, jest korzeniem depresji. Sądzę, że będziemy mieć do czynienia z falą tej choroby. Zarówno ze względu na samą sytuację zagrożenia życia, jak i na efekt domina, czyli rozmaite konsekwencje, jakie epidemia przyniesie. Także ekonomiczne.

Wydaje się teraz, że jeśli stosujemy się do pozostania w domu i niedziałania, to chronimy pewną grupę ludzi przed chorobą i śmiercią, a ryzykujemy jedynie pogorszenie sytuacji materialnej. To nieprawda. Ryzykujemy także zagrożenie życia. Zarówno jeśli chodzi o samobójstwo, które może być konsekwencją depresji, jak i w skali globalnej – taki rodzaj unieruchomienia potęguje głód na świecie. Więc to iluzja, że wybieramy między dobrem a złem. Zagrożeniem a bezpieczeństwem. Izolacja to także – choć z nieco innego powodu – zagrożenie życia.

Izolujemy ludzi starszych, ich udziałem często bywa jeszcze większa niż zwykle samotność…
Tak, robimy założenie, że osoby starsze należy chronić. Za wszelką cenę. Tylko nie pytamy ich o zdanie. Nie zastanawiamy się, czy większym cierpieniem nie jest dla nich przypadkiem samotność, odizolowanie od rodziny – nawet pod chwalebnym hasłem: „To dla twojego dobra”. Decydujemy za nich.

Taka sytuacja może też być okazją dla młodych, żeby traktować rodziców trochę tak, jak sami byli traktowani: „Dokąd idziesz? Po co? Zostań, siedź w domu!”. I często tak właśnie mówią. Bo, tak to teraz widzę, młodych łatwiej wystraszyć. Ci starsi, stare wróble, które stracha się nie boją, mają doświadczenie komunizmu i mają też w sobie ducha przekory i podziemia. Mogą być bardziej skłonni, żeby nie podporządkowywać się bezkrytycznie regułom, zakazom, nakazom. Ale młodszym, którzy większość albo całe życie przeżyli w demokratycznym kraju, łatwiej jest się nie buntować, nie kwestionować, być grzecznym.

To coś zmieni w międzypokoleniowych relacjach? Może rodzice inaczej spojrzą na dzieci? Może dotrze do nich, że nie takie one głupie i smarkate, że czasem warto ich słuchać, że da się od nich czegoś nauczyć? I to zarówno jeśli chodzi o obsługę Internetu, jak i postawy obywatelskie.
Nie wykluczam. Może obie strony spojrzą teraz na siebie inaczej.

Nie będzie już jak dawniej
Ilustracja Beata Śliwińska Barrakuz

Słowami, których często używamy, są „lęk”, „niepokój”, „stres”. Jakie mogą być konsekwencje długotrwałego stresu?
Kiedy mamy do czynienia z niepewnością, zagrożeniem, czujemy się bezpieczniej, kiedy możemy wskazać, kto za to odpowiada. W sytuacji doświadczania mocnych uczuć myślenie racjonalne i świadomość cierpią, bo górę biorą procesy nieświadome. A te nie rządzą się logiką arystotelesowską. Rządzą się, jak homeopatia, rodzajem podobieństwa. Jeśli jesteśmy nakłaniani do utrzymywania higieny, czystości, to odzywają się nurty nawołujące do utrzymywania czystości moralnej. Czyli od konkretu na poziomie mycia rąk przechodzimy do czystości zasad. I teraz jeśli to połączyć z szukaniem winnych, to najlepiej i najwygodniej, kiedy tym winnym jest inny – brudny, wykluczony, obcy. Izolacja, mniejszy wpływ na rzeczywistość – to rodzi frustrację. Frustracja łatwo może przejść w agresję – w dłuższej perspektywie będziemy mieć do czynienia ze znaczącym wzrostem zachowań agresywnych. Jeśli musisz zamknąć firmę, czujesz gniew.

I szukasz odpowiedzialnych.
Tak, i tu tylko krok od tego, żeby to byli ci „inni”.

Choć sama dbałość o higienę – tę fizyczną – to pozytyw. Niechby z nami została.
Tak, ta dbałość na poziomie mycia rąk. Co zresztą dla ludzi cierpiących na nerwicę natręctw może być, nie mówię tego wcale żartobliwie, pewnym rodzajem ulgi. Kiedyś byli dziwni, ciągle te ręce myli i nikt nie rozumiał dlaczego. Teraz będą w większości.

Czujemy niepokój, ale działania rządzących rozumiemy. Dziś trzeba podejmować decyzje odsuwające niebezpieczeństwo bezpośrednie. Zakażenie, chorobę. A co potem – zobaczymy. Wiemy, że będzie kryzys gospodarczy, że załamanie rynku, także że konsekwencje zdrowotne – bo teraz wiele chorób jest po prostu nieleczonych, odsuwamy terapię na lepsze czasy…
Jeśli komuś w duszy gra niespokojna muzyka, myśli pewnie nie tylko o koronawirusie, jego głowa produkuje rozmaite dramatyczne scenariusze, łącznie z utratą pracy, dochodów, zagrożeniem bytu…

Ale w wielu wypadkach te scenariusze się przecież nie ziszczą, może będziemy zarabiać mniej, ale jednak pracy nie stracimy, nie będzie tak źle. Czy ten czas przeżyty w lęku można z siebie tak po prostu zrzucić? Zapomnieć?
Sądzę, że to się nie uda. Że nie będzie już jak przedtem. To jest sytuacja graniczna. Dla części z nas dzisiejsza niepewność będzie podwyższać poziom lęku. Dla części będzie zmieniać hierarchię wartości. To akurat może okazać się pozytywne. Na przykład bardziej będziemy cenić kontakt z bliskimi, z rodziną, z przyjaciółmi. Zobacz, jaką wagę mają dziś spotkania, jak na nie czekamy, jaka to radość.

Bo na co dzień jesteśmy w tym samym, niewielkim na ogół, gronie najbliższych.
W sytuacji zamknięcia rzecz jasna dużo zależy od tego, z kim jesteśmy zamknięci. Jeśli w rodzinie ludzie są sobie bliscy, istnieje między nimi więź, w miarę dobra komunikacja, to takie bycie razem może w gruncie rzeczy być jakąś formą przyjemności. Jakąś nauką dostrzegania siebie nawzajem. Ale bywa różnie. Jeśli funkcjonujecie tak, że jesteście dużo poza domem, spędzacie większość czasu osobno, bywa, że żyjecie z wyobrażeniem tego drugiego człowieka niekoniecznie ściśle przylegającym do rzeczywistości. Freud mówi o zasadzie przyjemności i rzeczywistości. Czyli jeśli żyjesz w iluzji, to zasada przyjemności sprawia, że kreujesz pewne wyobrażenie partnera. Jeśli nagle jesteście razem nieustannie, to siłą rzeczy to wyobrażenie weryfikujesz. I teraz może być różnie. Może okazać się, że jesteś potwornie rozczarowana, że wizja, którą miałaś w głowie, nijak nie przystaje do tego, co widzisz na co dzień i cały dzień. Ale może też być odwrotnie. W ciągu lat narosły różne uprzedzenia – a teraz sobie myślisz: „To w gruncie rzeczy przecież całkiem fajny facet!”. Jak nie ma kontaktu, to wdzierają się rozmaite projekcje. Czas razem je weryfikuje. Może wyjdziemy z kwarantanny z większą wiedzą o sobie nawzajem?

Jednak dobrze od czasu do czasu pobyć chwilę samemu ze sobą.
Są rodziny z własnym domem, ogrodem, są takie, które mają duże mieszkania, wtedy bycie razem nie jest kłopotem, bo w każdej chwili można pobyć trochę osobno. Ale często ludzie żyją w mieszkaniach niewielkich, co w „normalności” nie jest specjalnym problemem, teraz już trochę tak. Wiele osób zaczyna szukać ogródków działkowych. Na Zachodzie obserwuje się ruch powrotu ludzi, którzy już odchowali dzieci, do miast. Żeby mieć wygodniej, bliżej do kina, do znajomych, do lekarza. Teraz widzimy, że może zacząć się ruch odwrotny, bo zobaczyliśmy, jak ważna jest bliskość natury, jak ważne jest miejsce, które może stać się twoim azylem. Własna przestrzeń, własny kawałek świata.

Mówi się o rosnącej fali przemocy domowej.
To, niestety, fakt. Ludzie bywają w różnych sytuacjach. Właśnie między innymi takich, że w rodzinie jest sprawca przemocy. Wiele mówimy o pozostających w samotności osobach starszych, ale często zapominamy o tym, że ci, którzy żyją w pełnej rodzinie, ale z osobą przemocową, też są samotni. To smutna, właściwie tragiczna konsekwencja epidemii.

Depresja, poczucie, zagrożenia, wzrost poziomu agresji – czy jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, czego doświadczamy, możemy to jakoś zniwelować? Jakoś sobie pomóc już teraz?
To, co jest oczywiste, to wspieranie się wzajemne, bycie razem. Szukanie pomocy, jeśli poczujemy się gorzej. Kontakt z ludźmi. Taki, jaki możemy teraz mieć. Rozmowy. Także kontakt z naturą. Spacery. Ale i sztuka. Słuchanie muzyki. Oglądanie pięknych filmów. Obrazów. Sztuka jest teraz dostępna choćby przez Internet, wiele muzeów organizuje wirtualne zwiedzanie. W jednym z krajów skandynawskich psychiatrzy przepisują na depresję wizyty w galeriach sztuki. To działa.

Natomiast tym, co niepokój wzmaga, jest język. Ten, którym się teraz posługujemy, głównie media, ale my to przejmujemy, to często język wojny, walki, frontu. A język wpływa na myślenie. Wojna to niebezpieczeństwo, zagrożenie. Potęgujemy je w sobie w ten sposób. Warto pomyśleć o słowach. Zmienić język. Nawet jeśli wydaje się, że to nieistotny drobiazg, tak nie jest. Pomoże.

Przypuszczasz, że jesienią ruch w gabinetach psychoterapeutów będzie większy?
Myślę, że tak. Choć pewnie będzie wiele osób, dla których prywatna terapia okaże się za droga, zwłaszcza teraz, a do tej finansowanej przez NFZ dostęp będzie jeszcze trudniejszy. Efektem pandemii stanie się cierpienie. Niektórzy mówią o tym, że możemy doświadczać nie tylko depresji, że naszym udziałem może stać się PTSD (posttraumatic stress disorder, czyli zespół stresu pourazowego). Prawdopodobnie najmocniej dotyczyć to będzie lekarzy czy w ogóle całego personelu medycznego, najbardziej narażonego na zakażenie.

Z drugiej strony – jest może coś pozytywnego. To, paradoksalnie, świadomość powszechności zagrożenia chorobą – wirus uderza w każdego, biednego, bogatego. Trochę jak średniowieczny taniec śmierci – przyjdzie po króla i po żebraka. Myśl o tym może powodować ulgę. To tendencja odwrotna do rosnącej agresji. Ci „lepsi” też mogą zachorować tak jak ja? I robisz się łagodniejsza.

Czy jeszcze jakieś pozytywne skutki widzisz na horyzoncie?
Jeśli gra w tobie Bach, jeśli niespokojna muzyka odzywa się rzadko – wtedy możesz pomyśleć o tym, że życie jest kruche, więc warto dbać o relacje, nie marnować czasu na bzdury, może nie ma sensu czepiać się dzieci, że mają czwórki, a nie szóstki.

U niektórych osób izolacja, zatrzymanie w codziennym biegu z przeszkodami, może prowadzić do skupienia się na życiu duchowym. Do rozwijania pewnego rodzaju praktyki wewnętrznej, do refleksji nad sobą, do zastanowienia się, czy to, co robisz, ma sens, czego byś chciała, o czym marzysz. Ale także do innego spojrzenia na siebie. Życie jest kruche? Przyszłość niepewna? To zrobię coś, co sprawi mi radość. A efekt takiej drobnej radości może okazać się nie tylko doraźny. Może być mobilizujący, by plany i pragnienia zacząć realizować właśnie teraz…

A te trudne emocje – długo będziemy musieli się z nimi zmagać?
To zależy. I od tego, co ci gra w głowie, i od tego, jak szybko to dostrzeżesz i zaczniesz sobie pomagać. Nie mówię tylko o psychoterapii. Bo ona pomaga, ale pomaga też życie. Z jednej strony doświadczamy traumy, z drugiej – także sytuacji, które będą tę traumę łagodzić. Kompensować. Wynagradzać. Jest taka chińska bajka o koniu. Wieśniakowi uciekł koń, wszyscy mówili: „Nieszczęście”. Na co wieśniak: „Szczęście, nieszczęście, kto wie?”. Koń wrócił z klaczą. Szczęście. Wieśniak zachowywał spokój. Syn ujeżdżał klacz, złamał nogę. „Nieszczęście”, uważali sąsiedzi. „Szczęście, nieszczęście, kto wie?”, powtarzał wieśniak. Przyszła wojna, pobór, syna wieśniaka nie wzięli, inni chłopcy zginęli… To w gruncie rzeczy taka sytuacja. Nigdy nie wiesz, jakie wydarzenie jest w twoim życiu szczęśliwe, a jakie nie. Choćby na początku wyglądało inaczej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze