Nie czekaj na odpowiedni moment. Po prostu zacznij działać

Bezruch niszczy, aktywność nas tworzy. Trzeba to sobie ciągle przypominać. (Fot. Getty Images/Gallo Images)

Są ludzie, którzy całe życie na coś czekają. I wciąż stawiają sobie warunki konieczne do rozpoczęcia działania: będę zwiedzać świat, jak będę miała z kim, założę te buty, jak będę miała gdzie w nich wyjść… „W ten sposób wiele rzeczy odkładamy na później, na specjalną okazję, która może nigdy nie nastąpić. A tymczasem każdy dzień naszego życia jest specjalną okazją”, mówi psycholożka profesor Katarzyna Popiołek.

 

Co jest do tego stopnia pociągającego w czynności czekania, że wielu z nas przyjmuje taką postawę życiową?
To, że nie musimy nic robić. Wystarczy karmić się nadzieją, że nastąpi coś, co zmieni na korzyść nasz los. To może mieć swój urok. Może nieść jakąś tajemnicę. Ale to tylko pierwsze skojarzenie. Naszą rozmowę o „czekaniu” musimy uporządkować, bo ono może pełnić różne funkcje, na różne sposoby możemy je realizować. I bywa, że jest to sposób, który nas dewastuje. Przede wszystkim ważny jest fakt, jak szeroki obszar naszego życia jest objęty owym czekaniem. Jeśli dotyczy jednej sfery, wybranego elementu, a w innych obszarach umiemy satysfakcjonująco działać i chwile bieżące dostarczają nam radości, to nic złego się nie dzieje. Ale jeśli jest inaczej i czekanie to ratunek, pomaga wytrzymać to, co dzieje się w naszym codziennym, niedobrym życiu, stanowi ucieczkę ze stanu, który nas dusi, jest urojeniem, jakiemu się oddajemy, żeby przetrwać, a poza nim w naszym życiu nie ma nic, to wtedy jest czynnikiem niszczącym. Proszę spojrzeć na „Trzy siostry” Czechowa, one cały czas czekają na wyjazd do Moskwy. Nie robią nic, by tam pojechać. Ale cały czas wzdychają: „Do Moskwy, do Moskwy, do Moskwy…”. Rzeczywistość, której nie mogą udźwignąć, osładzają tym mirażem; my zdajemy sobie sprawę, że on nigdy się nie zrealizuje, ale one o tym wiedzieć nie chcą. Gdyby siebie zapytały: „Co możemy zrobić, co zmienić?”.

Ale one nie pytają – żyją mrzonką…
A ta pozwala im egzystować dalej bez żadnych korekt. I to bywa fatalne w skutkach. Powiedziałabym, że czekanie, tak generalnie, może mieć dwa zabarwienia: zielony kolor radosnej nadziei – oparty na wcześniejszych dobrych doświadczeniach, że już nam się kilka razy w życiu coś fajnego przydarzyło – albo też szary kolor zwątpienia. Jest taka piosenka Jerzego Jurandota, którą śpiewała Kalina Jędrusik: „Wciąż się na coś czeka,/na coś, co nie chce przyjść./I znów nie przyszło dziś./Może jutro…/I wciąż się na coś czeka,/i wszystko jest nie tak./I wszystko nie ten ma smak./Smutno”.

I co z nami robi ten rodzaj czekania?
Stajemy się takim Kłapouchym, który już wszystko wie: „Raczej mi się nie uda”; „Po prostu jestem pechowcem”; „Nic z tego nie będzie” itd. Czekam, ale nie mam w sobie żadnej wiary. To demobilizuje, skłania do poddawania się, rezygnacji z aktywnej postawy kształtowania własnego życia.

Są ludzie, którzy żyją w takiej poczekalni. To znaczy, uważają, że ich „prawdziwe”, „właściwe” życie dopiero się zacznie. A to, co teraz, to tylko przedsionek, przygrywka.
I to jest niedocenianie upływu czasu . Bardzo długo mamy w życiu poczucie, że wszystko dopiero się zdarzy. Zresztą wszyscy wzajemnie siebie w tym utwierdzamy. Jesteśmy młodzi – słyszymy od rodziców, dziadków, świata: „Wszystko jeszcze przed tobą”. Jesteśmy w wieku dojrzałym – czytamy w gazetach, słyszymy w reklamach: „Życie zaczyna się po pięćdziesiątce!”. Aż przychodzi moment, kiedy się orientujemy, że guzik prawda – tyle już za nami, że przed nami zdecydowanie mniej… A my ciągle czekamy, że życie dopiero się zacznie. Po pierwsze, wtedy często okazuje się, że już na wiele rzeczy jest zwyczajnie za późno. Po drugie, czasem to siedzenie przez lata w poczekalni sprawiło, że trudno nam się już ruszyć. Po trzecie, „poczekalniany” stan umysłu, bo to jest stan umysłu, spowodował, że wiele wartościowych rzeczy, które nam się w trakcie czekania przydarzały, umknęło, bo nie potrafiliśmy ich uchwycić, marnotrawiąc całą energię na owo czekanie. W poczekalni odtwarzamy film zbudowany z samych mrzonek: fajnie byłoby zajmować się reżyserią, napisać książkę, zbudować dom, założyć rodzinę itd. Ale nie dzieje się nic, bo poczekalnia skłania do bezruchu. Siedząc w niej, zastygamy na przystanku, z którego nic nie odjeżdża. Tak żyjąc, jesteśmy uwięzieni w czasie wahadłowym: dzień – noc, dzień – noc. Widzimy siebie tylko w skali jednego dnia – jak się wyrobić. I kiedyś z pewnością nadejdzie dzień, w którym obudzimy się z ręką w nocniku.

Znam kobiety, które są wykształcone, mają dobrą pracę, więc i dobrze zarabiają, uwielbiają podróżować, ale… nie podróżują, bo są same. „Co to za przyjemność podziwiać świat w pojedynkę, więc poczekam na niego, wtedy wyruszymy w drogę wspólnie”, słyszę.
Są też tacy, którzy mówią: „Pojadę, jak będę miał pieniądze”. A czasem nie trzeba mieć ich dużo, by zaplanować coś taniego i skorzystać z życia. Ale my wciąż stawiamy sobie samym warunki, często na wszelki wypadek rozmyte: „Gdy się jakoś w życiu poukładam”; „Gdy będę miał środki”; „Gdy spotkam właściwego mężczyznę”… I te warunki prawie nigdy nie zostają spełnione.

Obrona?
Obrona przed wysiłkiem, ale też przed ryzykiem, przed porażką. A jak śpiewali Starsi Panowie: „Nie ma nic bez ryzyka./Tylko widz, tylko widz go unika/A kto chce być wewnątrz zdarzeń/– musi żyć wciąż z bagażem/Musi mieć walizeczkę i koc/i latarenkę na noc”. Trzeba ruszyć w podróż. A nie wciąż odsuwać zadania życiowe na później. Bo to jest trwanie w takim międzyczasie, w ciągłym zawieszeniu. Życie jest nam dane, ale trzeba je umieć realizować. Taka tendencja do ociągania się, odraczania, zwlekania jest określana przez psychologów mianem prokrastynacji i stanowi w miarę stałą charakterystykę osobową, traktowaną jako wada. Ostatnimi czasy jednak niektórzy badacze zwracają uwagę, że może mieć ona właśnie charakter obrony przed światem, w którym żyje się w biegu, w ogromnym natłoku wydarzeń i rosnących wymagań.

Czy jest tak, że my tego „czekania” uczymy się z biegiem lat? Myślę teraz o dzieciach – one nie lubią czekać. Potrafią za to doskonale i prawdziwie zanurzać się w tym, co dzieje się w danej chwili.
Można powiedzieć, że im jesteśmy starsi, tym bardziej z czekaniem jest nam „po drodze”. Dzieci żyją jeszcze krótko, dla nich każdy odcinek czasu jest ogromny, dla nas, dorosłych, godzina w perspektywie tego, co przeżyliśmy, to coś niewielkiego. Bagatelizujemy ją. Poza tym dzieci najczęściej czekają na coś fajnego – więc chcą, by było już. A my uczymy je od małego odraczania gratyfikacji – poczekaj dłużej, dostaniesz więcej. Ta umiejętność jest nam potrzebna w życiu, ale to się różni od tego czekania, o którym dotychczas rozmawiałyśmy. Na przykład: poczekać na obiad, a dopiero potem zjeść coś słodkiego, odrobić lekcje, a dopiero potem się bawić itd. Tego trzeba uczyć, bo to jest w życiu konieczne, ale byłabym ostrożna z uczeniem dzieci umiejętności czekania w ogóle, bo taka przesadna cierpliwość często w życiu obraca się przeciwko nam – może prowadzić do bierności, stagnacji, a w konsekwencji do poczucia bycia wciąż niespełnionym, nieszczęśliwym.

Niektóre osoby zamiast działać, zachowują się jak w poczekalni, w której trzeba biernie siedzieć aż do chwili, kiedy nas zawołają. (Fot. iStock)

To czekanie niektórzy z nas mają tak głęboko we krwi, że ujawnia się nawet w drobiazgach. Kobiety kupują sobie sukienkę, która bardzo im się podoba, i ona potem ląduje w szafie – będzie na zaś. Poczeka na ten ich lepszy czas, na to lepsze życie.
O tak, na specjalną okazję! Posiadanie i niekorzystanie – często popełniamy ten błąd. Czekamy na wyjątkowy moment. A ten moment może być raz w życiu albo nie będzie go w ogóle – bo to my go określamy, a poprzeczka dla tej wyjątkowości jest pod chmurami. Uczę tego moją wnuczkę, która mówi: „Babciu, ta sukienka jest na wyjątkowy dzień”. Mówię: „Ona jest taka ładna, noś ją częściej, bo jest możliwe, że specjalna okazja zdarzy się tylko raz w roku i nie zdążysz się obejrzeć, jak sukienka już nie będzie na ciebie pasowała”. Trzeba wyrzucić ze swojego słownika określenie „specjalna okazja”, używane w tym kontekście. Każdy dzień jest specjalną okazją! Przestańmy sobie i życiu wciąż stawiać warunki: jak schudnę, poszukam partnera, jak znajdę partnera, pojadę z nim do Lizbony itd. Nie zdajemy sobie sprawy, że przez te wszystkie „jeśli” tracimy chwilę bieżącą.

No właśnie, czy to ludzie, którzy nie potrafią żyć tu i teraz, zapełniają te liczne poczekalnie?
Tak, to ludzie, których trzymają wciąż jakieś obawy, oni czują się ciągle niegotowi. Z taką niegotowością trzeba się zmierzyć, bo ona paraliżuje życie.

Tylko jak to zrobić?
Trzeba przypominać sobie bez przerwy, że bezruch i bezczynność na pewno nas zniszczą, a aktywność i wychodzenie ku życiu nas tworzą.

Łatwo powiedzieć…
Ale próbować trzeba, od tego nie ma zwolnienia lekarskiego. Czasem gubi nas po prostu brak uważności. Nie patrzymy na to, co teraz nas otacza, co teraz, w tej chwili, może dać nam radość, co akurat teraz jest obok nas, w zasięgu naszego wzroku, coś naprawdę ważnego, lecz niedocenianego. Ciągle sądzimy, że te ważne rzeczy są za górami, za lasami. Teraźniejszość mamy za nic, wszystko lokujemy w przyszłości. A przyszłość się ciągle od nas odsuwa… I ta „zabawa” nie ma końca.

Pomyślałam teraz o takim natręctwie, które mają niektórzy z nas, to chyba wpisuje się w tę postawę wobec życia. Kiedy jesteśmy w podróży, obsesyjnie pstrykamy zdjęcia, żeby wszystko „zapisać”. Na przyszłość. Czy da się dostrzec, że coś jest piękne, jeśli myśli się tylko o tym, że trzeba koniecznie to uwiecznić?
To dobry przykład. Pstrykamy, bo przyszłą radość z oglądania przedkładamy nad pełne przeżywanie chwili obecnej, to pstrykanie może temu przeszkodzić. Zachwyt chwilą może zostawić zapis silniejszy niż ten w aparacie – zapis w głowie, sercu. Martin Seligman, przedstawiciel psychologii pozytywnej, mówi, że wtedy mamy udane życie, kiedy potrafimy uświadamiać sobie dobre chwile, których doznajemy, zatrzymać na nich uwagę, powiedzieć sobie: „To piękne, trwaj, chwilo, zapamiętam cię”. Dzięki temu, zatrzymując ulotne momenty, czujemy się spełnieni, szczęśliwi. Ludzie, którzy potrafią tak funkcjonować, nie trafiają do wspomnianej smutnej, szarej, nudnej poczekalni. To my meblujemy nasze życie. A jeśli ciągle mamy te meble dopiero zamówione i czekamy, aż ktoś je nam przywiezie, a może nawet podaruje… to nie ma ani na czym odpocząć, ani na czym śnić, ani przy czym zjeść.

Trzeba żyć świadomie. Jeśli uciekamy od tego, co się z nami teraz dzieje, nie wiemy, czego chcemy, a czego nie chcemy, co nas boli, a co cieszy, to wtedy nie my aktywnie popychamy nasze życie do przodu, lecz jesteśmy popychani przez nieubłaganie upływający czas. Taki stan trzeba przerwać i to wymaga odwagi. Odwagi życia. Warto też łapać się na takich myślach i wypowiadanych zdaniach: „Zdzwonimy się, jak będziemy mieć czas”. Często to mówimy. Nie, czasu nigdy nie będziemy mieć w nadmiarze. Tu i teraz trzeba postanowić, że spotkamy się w następny czwartek. Zbyt często też czekamy na ten mityczny święty spokój. „Nie mam teraz do tego głowy, jestem taki zagubiony(-a)”. I w tym zagubieniu może nam minąć całe życie!

Są też ludzie, którzy uważają, że nie ma na co czekać, bo mają poczucie, że wszystko w ich życiu już było…
Tak, dzieci są, małżeństwo jest, praca jest, podróże były – wszystkie rozdania dokonane. Filozof Viktor Frankl ludziom, którzy przyjmują właśnie taką postawę, powiedział kiedyś: „Zamiast pytać, czego jeszcze możesz oczekiwać od życia, zapytaj, czego życie oczekuje od ciebie”. I wtedy pojawia się nowe pole możliwości. I jeśli człowiek dokona w głowie takiego przewrotu kopernikańskiego, to zmienia się kompletnie perspektywa. A dla tych wszystkich, którzy nadal siedzą w poczekalni, mam jeszcze jeden cytat. To wiersz Andrzeja Poniedzielskiego: „To już tyle, tyle lat/jak do życia się przymierzam/nie wiem nic nie umiem nic/a zamierzam a zamierzam/Kreślę znów południk Greenwich/ i od nowa włączam czas/i jak dziecko na huśtawce wołam/ Panie – jeszcze raz”.