Nie umiem podjąć decyzji! Skąd biorą się problemy z dokonywaniem wyborów?

Podstawowym kryterium w procesie podejmowania decyzji jest znajomość celu, jaki chcemy osiągnąć. (fot. iStock)

Jola była na siebie zła o to, że w pracy z łatwością zarządza ludźmi i zadaniami, a w codziennym życiu waha się, co wybrać na lunch. To ją stresowało, a stres jeszcze bardziej utrudniał decyzyjność. Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz przygląda się naszym mniej lub bardziej powszechnym problemom z dokonywaniem wyborów.

Zadzwoniła do mnie o 13.00. Pacjenci zwykle dzwonią rano albo wieczorem. Spytałam, czy coś się stało, że dzwoni akurat teraz. – Dziś znowu nie zjadłam lunchu – odpowiedziała Jola. – Masz problemy z jedzeniem? – Nie, po prostu na nic nie mogłam się zdecydować – powiedziała. Umówiłyśmy się na sesję na przyszły tydzień. Powiedziałam, że w dniu wizyty wysyłam rano SMS potwierdzający… – Będę na pewno – odpowiedziała, zanim zdążyłam skończyć zdanie.

Kiedy pacjent dzwoni do mnie po raz pierwszy, żeby umówić się na sesję, zwykle pytam, czy możemy chwilę porozmawiać. Dla mnie jest to okazja, żeby poczuć kłopot (zawsze używam określenia „kłopot”, nie „problem”) pacjenta, a dla niego szansa na dopytanie o wszystko i opowiedzenie o swoich obawach. Po rozmowie z Jolą miałam dziwne uczucie, coś jak ciekawość połączona z niepokojem i jeszcze odrobiną niepewności, czy w ogóle dojdzie do spotkania.

KROK 1. Próbujemy dotknąć drugiego dna kłopotu Joli

Rano w dniu wizyty, zgodnie z umową, wysłałam do Joli SMS potwierdzający. Nie odpisała, choć pacjenci zwykle odpisują. Przyszła punktualnie, ale już w korytarzu powiedziała, że do ostatniej chwili się wahała; miała ochotę odwołać sesję, przesunąć termin albo przynajmniej godzinę. – Dlaczego tego nie zrobiłaś? – zapytałam. – No właśnie na tym polega mój problem.

Wydawało się, że Jola świetnie wie, z czym do mnie przyszła. Potrafiła nazwać swój kłopot, miała nawet hipotezy, skąd się wziął. Chodziło o podejmowanie decyzji; w pracy Jola nie miała z tym żadnego problemu, zajmowała kierownicze stanowisko, zarządzała zespołem ludzi, szybko podejmowała, często bardzo strategiczne, decyzje. Za to w życiu prywatnym… – Jak długo można wybierać jedzenie na lunch? Ile razy można odwoływać i „przywoływać” spotkanie z przyjaciółką? Dlaczego muszę tracić tyle czasu, gdy mam zdecydować w jakiejś błahej sprawie? Przecież w tych codziennych pierdołach nie chodzi o podejmowanie decyzji o wadze państwowej, tylko o coś, o czym pani z warzywniaka decyduje w okamgnieniu, pakując mi warzywa do torby – wyrzucała z siebie zdania z prędkością karabinu maszynowego.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, popatrzyła na mnie z uwagą i spytała: – Co by się stało gdybym odwołała dzisiejszą sesję? – Nic – uspokoiłam ją. – Zadzwoniłabyś do mnie? – Pewnie tak. – Wyznaczyłabyś mi nowy termin. – Gdybyś chciała, to oczywiście. – A gdybym znowu nie przyszła? – drążyła. – Pytasz mnie o to, jakie są możliwe konsekwencje braku decyzyjności pacjenta? – zrozumiałam.

Każdego dnia, od momentu wstania z łóżka podejmujemy całą masę decyzji. Począwszy od tego, co zjemy na śniadanie, o której wyjdziemy z domu, w co się ubierzemy, a na tym, jaką drogą pojedziemy do pracy, kończąc. Wydaje się, że rano nasza decyzyjność jest większa. Prawdopodobnie dla mózgu nie ma różnicy, czy chodzi o coś naprawdę ważnego, czy o drobiazg. Każda, nawet najdrobniejsza decyzja wymaga koncentracji, uwagi i siły woli, a te z upływem dnia zwyczajnie się wyczerpują. Dlatego ważne decyzje najlepiej podejmować rano, po odżywczym śniadaniu (głodny mózg jest mało decyzyjny).

Spytałam, czy Jola zna strategię 10-10-10. Chodzi o to, że kiedy długo zastanawiasz się, jaką podjąć decyzję, niezależnie od tego, w jakiej sprawie, warto pomyśleć, jakie konsekwencje będzie ona miała odpowiednio za: 10 minut, 10 miesięcy i 10 lat. Taka perspektywa zwykle pozwala znaleźć właściwy dystans do ważności naszego wyboru. Uświadamia, że większość naszych dylematów to tak naprawdę „problemiki”, które nie mają większego znaczenia i niepotrzebnie zajmują czas. Jola znała tę strategię, ale wcale jej to nie uspokoiło, wręcz przeciwnie. – Rozumiem, że śmieszne wydają ci się moje codzienne dylematy, jak ten, co zjeść na lunch, ale ja od miesiąca nie jadłam obiadu, bo na nic nie mogłam się zdecydować – prawie wykrzyczała.

Rzeczywiście, z jakiegoś powodu trudno mi było zrozumieć ważność problemu Joli. W kontekście odpowiedzialności, jaką ponosiła w związku z podejmowaniem decyzji zawodowych, trudność w wyborze: tuńczyk czy jajko sadzone – wydawała mi się przykrywką dla jakiegoś innego problemu. Ale kiedy powiedziałam o tym Joli, nadal uparcie twierdziła, że chodzi jej o brak decyzyjności na co dzień.

KROK 2. Próbujemy ustalić, dlaczego Jola nie może zdecydować się na wybór jednego z wielu

Kiedy próbowałam doprecyzować, w jakich konkretnie sprawach Jola ma problem z podjęciem decyzji, okazało się, że większość z nich dotyczy jedzenia: wyboru lunchu, zakupów na weekend czy zamówienia w restauracji. – W restauracji zwykle zamawiam po pół porcji kilku dań. Robi się tego całkiem sporo, a ja nawet kiedy już mam jedzenie przed nosem, nie mogę zdecydować, od czego zacząć. W rezultacie, jak śmieją się ze mnie znajomi, jem oczami i połowę rzeczy ląduje w koszu – tłumaczyła.

Podjęcie decyzji zawsze oznacza wybór: musimy wskazać jedną rzecz i odrzucić kilka innych. To wiąże się ze stratą, a nikt z nas nie lubi tracić. Dlatego łatwiej jest wybierać na przykład z dwóch opcji, a nie z dwudziestu.

Poczułam, że może to jedzenie będzie dobrym punktem zaczepienia. Spytałam, czego symbolem jest dla Joli odżywianie się. – Tak, tak, wiem, przyjmowanie jedzenia, trawienie, wydalanie to symbol przyjmowania ze świata. OK, pewnie jestem łakoma, chciałabym spróbować w życiu wszystkiego, tylko jak to się ma do mojego kłopotu? – spojrzała na mnie. – Może jesteś łakoma, a jednocześnie boisz się przytyć? – powiedziało mi się, zanim pomyślałam. – No może, ale co to oznacza?

Zaczęłyśmy fantazjować, co by było, gdyby Jola nie musiała wybierać, co zjeść na lunch czy na kolację w restauracji, tylko zamawiała wszystko, na co ma ochotę. – Zamiast jednego z wielu, mogłabym wybrać dziesięć z wielu? – upewniła się. – Tak. I co ty na to? – Teoretycznie byłoby to możliwe, w końcu chodzi o kilka dań a nie o kilka samochodów. – Myślisz, że to dobre rozwiązanie? – No nie wiem. Nie chodzi jedynie o przytycie, ale o to, że przecież nie dałabym rady zjeść tego wszystkiego. – Zabrałabyś do domu – podsunęłam.

Jola niby zgadzała się ze mną, ale nie była zadowolona. W wyobraźni analizowała sytuację, kiedy jest głodna, wychodzi na lunch, ma w ręku kartę dań i nie musi ograniczać się do jednego… – Już wiem – widzę, że dotarła do sedna. – Nie chodzi mi o to, żeby mieć więcej niż jedną opcję do wyboru, tylko o to, że ja nie jestem w stanie zdecydować się na jedną rzecz. Dlaczego inni to potrafią, a ja nie?

Podejmowanie decyzji bywa trudne dla każdego z nas. Dzieje się tak właśnie dlatego, że jest coraz więcej możliwości. Tak dużo, że w głowach nie mamy tylu gotowych schematów wyboru. Kiedyś ważnym kryterium wyboru, dajmy na to nowej pralki, była cena albo jakość. Dziś w tej samej cenie i jakości mamy kilkanaście pralek, więc jak tu wskazać tę jedną? Ponadto wielu wyborów dokonujemy po raz pierwszy i nie mamy żadnego punktu odniesienia. I co wtedy? Dziś decyzja jest matką wielu lęków: lęku przed zaangażowaniem, lęku przed określeniem się, lęku przed pomyłką, lęku przed pokazaniem światu swojej prawdziwej twarzy, lęku przed działaniem…

Poczułam, że nieumiejętność podjęcia decyzji mojej klientki w sprawie lunchu to jedynie czubek góry lodowej. Być może nie zdaje sobie z tego sprawy albo nie chce o tym mówić, ale z pewnością chodzi o poważniejsze decyzje aniżeli wybór: lody waniliowe czy pistacjowe. – Jak myślisz, co takiego, jaką umiejętność trzeba mieć, żeby szybko podejmować decyzję? – zapytałam. – Jak to robisz w pracy? – To proste; wiem, czego chcę – odpowiedziała bez wahania. Bingo!

KROK 3. Próbujemy ustalić, czy Jola zna swoje potrzeby

Zgodnie ustaliłyśmy, że podstawowym kryterium w procesie podejmowania decyzji jest znajomość celu, efektu, jaki chcemy osiągnąć, pewność, czego potrzebujemy, na czym szczególnie nam zależy. Zdajemy sobie z tego sprawę przy podejmowaniu poważnych decyzji, w sprawach błahych o tym zapominamy.

Jola uparcie trzymała się tematyki odżywiania. Twierdziła, że zależy jej na zdrowym jedzeniu, no i nie chce przytyć, ale kiedy wchodzi do restauracji, zwykle ma ochotę na węglowodany, zdarza jej się też skusić na fast food. – Może powinnaś skorzystać z konsultacji dietetyczki? – Próbowałam, nawet przez chwilę miałam dietę pudełkową, ale postanowiłam postawić na instynkt.

Osoby, które mają problem z podejmowaniem decyzji, zwykle są nadmiernie kontrolujące i trudno jest im komuś zaufać. W efekcie powoduje to impas: nie do końca znasz swoje potrzeby, ale nie pozwalasz, by ktoś inny ci doradził, presja, że musisz wybrać, zwiększa napięcie i dodatkowo utrudnia podjęcie decyzji. Myślę, że to coraz częstszy problem, który dotyka ludzi na kierowniczych stanowiskach. Konieczność mobilizacji w pracy jest bardzo energochłonna, zwykle nie starcza im już energii na skupienie się na bardziej błahych sprawach. Poza tym podejmowanie decyzji w sprawach zawodowych jest oparte na dokładnie ustalonych przesłankach.

Przyznaję, że już trochę dosyć miałam tego koncentrowania się na jedzeniu. Próbowałam namówić Jolę do rozmowy o jej innych potrzebach, typu: sen, odpoczynek, przyjemności. Twierdziła, że w tych sferach wszystko jest OK, a ja czułam, że OK jest tylko w pracy, gdzie ma jasno określone zadania i musi się rozliczać z efektów. Być może problem Joli sięga korzeniami dzieciństwa Ω nadopiekuńcza matka, która nie przyznawała dziecku prawa do autonomii, może przemoc albo inne traumatyczne wydarzenie. Nie miałam prawa drążyć tematu, zwłaszcza że pacjentka nie przejawiała na to ochoty. Powiedziałam jej, że problem podejmowania decyzji w codziennych, często błahych sprawach zawsze dotyczy tego, na ile znamy siebie i własne potrzeby, na ile dajemy sobie prawo do podkreślania swojej indywidualności, przedkładania swojego dobra nad dobro innych. Rozwojowo, kiedy małe dziecko mówi: „Ja chcę soczek, a nie wodę” – to jest to bardzo ważny moment, w którym zaznacza ono swoje prawo do samostanowienia i decydowania o sobie. Być może jest to również ten moment, kiedy ważny dorosły mówi dziecku: „Nie, dostaniesz wodę, ja wiem lepiej, co dla ciebie dobre”.

Nie dowiedziałam się, jak to było w przypadku Joli, ale czułam, że wewnętrznie podjęła jakąś ważną decyzję. I to jest właśnie cel Terapii Jednego Spotkania. Pacjent dostaje narzędzia do samodzielnej pracy. Jeśli potrzebuje pomocy, zawsze może umówić się na jeszcze kilka sesji, ale bywa, że jedno spotkanie wystarczy.

KROK 4. Koncentrujemy się na ciele

Poprosiłam, żebyśmy zrobiły bilans sesji; spytałam, czy sesja pomogła Joli w rozwiązaniu jej kłopotu. – Tak, myślę, że tak – odpowiedziała.

Czułam, że nie potrzeba więcej słów. Poprosiłam Jolę, żeby usiadła na piłce do ćwiczeń, zamknęła oczy, spokojnie oddychała. – Teraz spróbuj łagodnie się pokołysać na boki, w przód i w tył, tak jak ciało cię poprowadzi – poprosiłam.

Na początku Jola była bardzo spięta, ale siedzenie na piłce z napiętym ciałem nie jest wcale proste. Kiedy poprosiłam, żeby skoncentrowała się na oddechu, jej napięcie powoli zaczęło się obniżać. – Poczuj, która część twojego ciała jest najbardziej zaangażowana w momencie podejmowania decyzji – poprosiłam. – Chyba nogi – odpowiedziała po długim namyśle. – Powiedz coś więcej – poprosiłam. – Kiedy myślę o podjęciu decyzji, nogi się napinają. – Tak jakby szykowały się do pójścia w którymś kierunku? – Właśnie. – Spróbuj zrobić kilka kroków bez wstawania z piłki – poprosiłam.

W dalszej kolejności skoncentrowałyśmy się na doznaniach w rękach, potem w szyi, klatce piersiowej. Ważne były wrażenia pojawiające się na myśl o podjęciu decyzji. Chodziło mi o to, by Jola poczuła kontakt z ciałem, doświadczyła procesu wychodzenia z głowy. Następnie poprosiłam, żeby wyobraziła sobie moment wyboru lunchu i zamiast koncentrować się na menu, skupiła się na ciele, posłuchała, na co ma ochotę jej brzuch. – Wiesz, jestem pewna, że twój brzuch doskonale wie, co ma ochotę zjeść na lunch, to głowa kombinuje. Spróbuj zaufać swojemu ciału.

Po tym spotkaniu czułam pewien niedosyt. Po dwóch tygodniach napisałam do Joli SMS-a z pytaniem, jak się czuje. Odpisała, że coraz łatwiej decydować jej o tym, na co ma ochotę. Mam nadzieję, że nie chodzi jedynie o lunch.