Pracoholizm – jak się objawia? Jak go przezwyciężyć?

Mężczyźni byli przez wieki wychowywani w poczuciu, że muszą pracować, bo to świadczy o ich sile i męskości. (Fot. iStock)

Mężczyźni byli przez wieki wychowywani w poczuciu, że muszą pracować, bo to świadczy o ich sile i męskości. A zaradność życiowa to tak naprawdę zdolność do zarabiania pieniędzy. Tylko gdzie tu miejsce na spełnienie? Jak uniknąć pułapki pracoholizmu? O objawach i leczeniu uzależnienia od pracy mówi terapeuta Jacek Masłowski.

Jak ważna w życiu współczesnego mężczyzny jest praca?
Cechą, która jest najmocniej utożsamiana z męskością, jest siła. Czyli: niezłomność, zdecydowanie, stanowczość, rozwaga… W świecie, w którym nie ma wojen i nie naparzamy się po pyskach, bo jest to karane, tym atrakcyjnym miejscem, w którym można realizować męską potencję, jest właśnie praca. Sprawczość – czyli potencja i możliwość osiągania różnych rzeczy – gwarantuje ci, że będziesz miał w sobie siłę. Co ciekawe, okazuje się, że wartość mężczyzny na rynku matrymonialnym czy Tinderze w dalszym ciągu jest silnie skorelowana z jego pozycją społeczno-ekonomiczną. Zaradność życiowa, jak to się dzisiaj mówi, to tak naprawdę nic innego, jak zdolność do zarabiania kasy, do zabezpieczania bytu swojej rodziny.

Chodzi tylko o pieniądze?
Pytanie, które mi zadajesz, wynika ze sposobu myślenia charakterystycznego dla pewnej grupy ludzi. Odwołując się do słynnej piramidy Maslowa – osób będących w jej górnych rejestrach, na poziomie samorozwoju albo uznania i szacunku. Natomiast gros mężczyzn funkcjonuje na niższych rejestrach tej piramidy. Dopóki nie masz zapewnionego finansowego poczucia bezpieczeństwa, to nie zastanawiasz się nad tym, czy przypadkiem się nie przebranżowić i zostać wirtuozem pianina albo florystą. Bo zawsze chciałeś, ale nie mogłeś sobie na to pozwolić, bo musiałeś zarabiać.
W dodatku wielu mężczyzn w procesie wychowawczym nie było indukowanych takimi ideami jak samorozwój. Jeżeli wychowywali się w rodzinie robotniczej, a ojciec był górnikiem, to również szli do zawodówki. Nie zastanawiali się nad tym, czy lubią swoją pracę. Chodzili do roboty i tyle. A jeżeli posiadali stosunek emocjonalny do pracy, to w najlepszym wypadku był on obojętny. Na zasadzie: przetrwam, zrobię swoje, wezmę pieniądze i wracam do domu. Dopiero tam zaczynało się jakieś życie. Wypiję piwo i pobawię się z dziećmi. Wszystko zależy od poziomu świadomości mężczyzn, o których rozmawiamy.

Zatem porozmawiajmy o mężczyznach świadomych tego, że pracują w miejscu, w którym nie realizują swojego potencjału i stanowi to dla nich kłopot. Pragną zmiany. Chciałabym, żebyśmy pokazali im, że można dokonać takiego przełomu.
Sam po sobie wiem, że można i warto, bo to zrobiłem. Tymczasem wielu ludzi, nie tylko mężczyzn, myśli raczej w kategoriach dopasowania się. Jeżeli mężczyzna chciałby dokonać takiego przewrotu w życiu, o którym mówisz, potrzebne są dwa obszary. Pierwszy, to sprzyjające środowisko, w którym ten mężczyzna funkcjonuje. Krótko mówiąc, mężczyzna, który ma u boku wspierającą go kobietę, na pewno da sobie radę. Przydałaby się też akceptująca rodzina, przyjaciele… Trudniej jest, jeśli związek oparty jest na stereotypowej sytuacji, gdzie tylko mężczyzna zarabia na dom. Zakomunikowanie takiej zmiany żonie może wzbudzić w niej przestrach i próby sabotowania tego pomysłu.
Drugi warunek to odpowiednie przekonania. Niektórzy podejmują dodatkową edukację, sprzedają coś lub obniżają swoje oczekiwania finansowe. Potrzebne są wtedy określone przekonania, wspierające proces tej zmiany. Tymczasem wielu mężczyzn nie zdaje sobie sprawy z ograniczeń, które pielęgnują w swoich głowach. Jeżeli czujesz, że nie jesteś w tym miejscu, w którym chciałbyś być, pierwszą rzeczą jest to, żeby odpowiedzieć sobie dokładnie, gdzie pragniesz dojść. Jaką masz wizję siebie. Nie, czy możesz to zrobić, ale jak się za to zabrać. Dokonanie takiej zmiany, to niesamowity akt sprawczości.
Zresztą, wszystko wskazuje na to, że do lamusa odchodzi model, w którym wykonujemy jeden zawód przez całe życie. Zmieniająca się rzeczywistość powoduje, że w jednej chwili jesteś nauczycielem w przedszkolu, a zaraz będziesz programistą lub deweloperem w branży IT. Dlatego przywiązanie do strefy komfortu i radzenie sobie ze strachem przed nieznanym, są podstawowymi kompetencjami do tego, aby mężczyzna mógł dokonać tego rodzaju przebranżowienia.

Warto to zrobić?
Warto, jeżeli czuje, wierzy i ufa w to, że jest to jego życiowa misja. Poza tym warto jest testować rzeczywistość. Sprawdzać, jak jest naprawdę, a nie zatrzymywać się na poziome konceptów. Jednak w ostatnich latach obserwuje u mężczyzn tendencje do wycofywania swojej energii sprawczej ze świata i zamykania jej w swoich głowach. Widzę, że rezygnują z podjęcia działania, zanim jeszcze się za to zabiorą. Mimo tego, że wiedzą, czego chcą i w którą stronę trzeba pójść. A jednak tego nie robią.

Dlaczego?
Prawdopodobnie bierze się to z atawistycznego poczucia sprawczości, o którym mówiliśmy na początku. Mianowicie sprawczość jest kojarzona przez mężczyzn wcale nie z działaniem tylko z osiąganiem pewnych rezultatów. Dlatego wielu mężczyzn w obawie przed tym, że im się nie uda, ośmieszą się, a ich poczucie wartości spadnie – decydują się nic nie robić. Racjonalizując sobie, że w ich sytuacji „niedziałanie” jest korzystniejsze i bezpieczniejsze. Partnerka, która często stoi w opozycji do zmiany, paradoksalnie staje się ich największym sojusznikiem. Mężczyzna mówi wtedy: „ja to bym chciał, ale żona mi nie pozwoli”.

Jak wytłumaczyć partnerce, że to nie jest męski egoizm?
Tego się nie da wytłumaczyć. Dlatego, że to nie jest kwestia racjonalnego myślenia, tylko emocjonalnego przeżywania. Dla większości kobiet nadrzędną wartością jest poczucie bezpieczeństwa. A tego rodzaju ruch ze strony mężczyzny budzi w nich lęk. Więc zaczynają atakować. Że egoista, niemęski i tak dalej. Niestety każda zmiana w diadzie jaką jest para, wywołuje zmianę całego systemu. Partnerka również musi się zmienić. Tyle, że niekoniecznie tego chce lub jest gotowa na zmianę.
Wiele kobiet w dalszym ciągu nie jest przygotowywanych do tego, żeby funkcjonować na poziomie ekonomicznej odpowiedzialności za parę. Owszem, kobietom powtarza się dzisiaj, że mają być samodzielne. Ale nie mówi się: „idź się kształcić, żebyś miała pracę, która pozwoli ci utrzymać rodzinę”. Kobieta myśli: „mogę chodzić do pracy, ale nie chcę mieć tego wszystkiego sama na głowie”.

Tu już trochę przesadziłeś. Nie można winić kobiet za to, że nie chcą mieć na głowie utrzymania całej rodziny.
A widzisz, a mężczyznę edukuje się dokładnie w ten sposób. Masz mieć taką pracę, żebyś utrzymał rodzinę.

Co jeszcze przeszkadza mężczyźnie w tym, żeby dokonać takiego przełomu w życiu? Jeśli jego ojciec nie pracował i w oczach syna był nieudacznikiem, to na zasadzie antywzorca, taki mężczyzna uważa że przede wszystkim powinien zarabiać pieniądze?
Trzydzieści lat temu, mężczyzna który w naszej szerokości geograficznej nie pracował, zazwyczaj pił lub był chory. Tylko czasem mu się nie chciało. Dzisiaj mężczyznom nie chce się zdecydowanie częściej. Wiesz dlaczego mężczyźni, którzy osiągnęli sukces zawodowy, konsekwentnie dążyli do celu? Oni wcale nie próbowali czegoś udowodnić, nie chcieli imponować innym ludziom. Mówię teraz o dużej grupie mężczyzn, którzy nie emanują narcystyczną zajebistością. Z twarzy podobni do nikogo, nie kupują najlepszego samochodu. Okazuje się, że najważniejszą wartością jest dla nich poczucie bezpieczeństwa. To, że czują się bezpiecznie i zabezpieczają byt rodzinie. Ponieważ kiedyś doświadczyli w życiu jakiegoś braku, a nawet biedy. Teraz kompensują sobie to poczucie bezpieczeństwa, którego nie mieli, będąc małymi chłopcami. Ale też poczucia wstydu i odrzucenia.

Kiedyś mężczyźni uważali, że muszą pracować. Dzisiaj, młodzi mężczyźni nie chcą byle jakiej pracy dla zarobku, poniżej swoich oczekiwań. Co się stało?
To zjawisko nie dotyczy tylko facetów ale całego pokolenia. Młodzi mężczyźni funkcjonują dzisiaj na innych poziomach wartości. Współcześni Millenialsi versus pokolenie X, którego przedstawiciele są pracoholikami. O nich rozmawialiśmy wcześniej, czyli mężczyznach 40 plus. Utrata pracy jest przez nich przeżywana jako kastracja psychiczna. Tymczasem młodsi nawet nie poczują tej utraty pracy. Sami z niej zrezygnują. Powiedzą: „dosyć, nie idę do pracy i już”. To dotyczy również związków. Wiesz, kiedy pracuję z młodymi facetami, widzę, jak zmieniają kolejne partnerki bez żadnego poczucia straty. Dzisiaj jestem z tobą, ale właściwie to już mi się nie chce. Podchodzą do życia z wielką nonszalancją. To uprzedmiotowienie wszystkiego. Jakby pożegnać się ze starym telefonem. Był, sprawdzał się, ale już mam lepszy.

Porozmawiajmy teraz o sytuacji, w której praca jest świetna, prestiżowa, ciekawa i grozi zatraceniem się w niej. Co przede wszystkim kryje się pod męskim pracoholizmem?
Praca to bardzo prosty i skuteczny sposób wzmacniania poczucia męskości. To jest tak oczywisty wskaźnik, że nie ma w tej chwili żadnej konkurencji na rynku. Bo jeżeli jeżdżę zajebistym samochodem, jestem prezesem firmy, mam drogi zegarek, chodzę w szytych u krawca garniturach, wyjeżdżam na delegacje w świat – to naprawdę nie ma takiej możliwości, żeby ktoś mi powiedział, że jestem niemęski. A jeśli tak zrobi, to mogę powiedzieć wprost: „głupi, zazdrosny i tyle”. Mogę to olać sikiem jednostajnie przyspieszonym.
To tak jak ze sportem. Idziesz na siłkę po to, żeby napompować bicki i ciągle myślisz, że możesz mieć jeszcze większe, więc pompujesz dalej. Na dodatek wchodzą twoi znajomi i mówią: „ale masz bicki!”. No i wtedy odrazu czujesz się prawdziwym facetem. Masz sprzężenie zwrotne: im większe bicki, tym większy aplauz. A im większy aplauz, tym większą masz motywację, żeby mieć jeszcze większe bicki. Dlatego więcej czasu spędzasz na siłowni i pompujesz większe bicki. Proste. Tak samo jest z zarabianiem pieniędzy.
Druga sprawa to męski eskapizm. Mężczyźni zdecydowanie gorzej radzą sobie w sytuacjach emocjonalnych, szczególnie tych wzbudzonych przez kobiety. Facetom łatwiej funkcjonuje się w pracy, bo sytuacja domowa jest dla nich często emocjonalnie wyczerpująca. To takie pole minowe. Praca jest znakomitym miejscem, w którym można wylogować się z tego systemu. Przy jednoczesnym utrzymaniu poczucia, że jest się porządnym mężczyzną, ojcem rodziny. Taka bezpieczna przystań, w którą oddala się wielu mężczyzn.

Praca może być tą jedyną kochanką i towarzyszką dla mężczyzny. A nawet, dawać mu długofalowo szczęście. Co z artystami, samotnikami, malarzami, muzykami, którzy żyją swoją pasja i czują się spełnieni? Czy na pewno tylko relacje z drugim człowiekiem dają szczęście?
Dla wielu mężczyzn praca jest najważniejszą kobietą w życiu. I rzeczywiście są z tym szczęśliwi. Nawet dzisiaj rozmawiałem z mężczyzną, który ma rodzinę, ale prawie jej nie zna. Założył świetnie prosperujący biznes, który on kocha i rozumie. Spędza tam czas od godziny 5 do 22, codziennie. Żebyś nie wiem co robiła, to nie wyjmiesz go z pracy. To jest jego żona. Akurat ten konkretny mężczyzna, ale też wielu mu podobnych, swoje kluczowe potrzeby egzystencjalne realizuje poprzez pracę i w pracy. A nie w relacji z rodziną czy kobietą. I tak, owszem, może być szczęśliwy. Wielu mężczyzn ma podobną więź ze swoją pracą. Właśnie to lubią i to wybierają. Są także pracoholicy, którzy nie mogą żyć bez swojej pracy, ale to wcale nie jest tak powszechne zjawisko jak się wydaje. Jeżeli lubisz swoją pracę, to potrafisz się bez niej obyć i pojechać na urlop. Widzę bardzo wielu mężczyzn, którzy są po prostu pasjonatami swojej pracy, a nie pracoholikami.

W jaki sposób praca, wpływa na związek mężczyzny? Co jeśli kobieta realizuje się zawodowo, a mężczyzna nie, bo tylko zarabia. Czy wtedy musi osiągnąć sukces, żeby była między nimi równowaga?
Jest wielu mężczyzn, których to w ogóle nie dotyka. Z ich perspektywy partnerka uprawia hobby, a nie chodzi do pracy. Jest też grupa, która robi wszystko, żeby ich kobiety nie pracowały. Są też oczywiście mężczyźni, których to zwyczajnie wkurwia. Bo ona realizuje siebie i nie zwraca uwagi na przychody, którymi zasila rodzinę. A na jego głowie jest utrzymanie całej rodziny, bez względu na to, czy mu się podoba to, co robi czy nie. Dzisiaj wyłania się jeszcze jedna grupa mężczyzn, których to właśnie partnerki inspirują do ważnej zmiany w życiu.

Wróćmy jeszcze na chwilę do pokolenia X. Tacy mężczyźni mówią o poświeceniu się i zarabianiu na rodzinę w pracy, która nie sprawia im satysfakcji np. za granicą. Co kobiety widzą inaczej: nie było cię, nie byłeś obecny. Kropka. Jak to pogodzić?
To, że on wyjeżdża lub znika na dwanaście godzin dziennie, to jedno. Drugie to, że partnerka mówi o tym, że czuje się opuszczona emocjonalnie, a dzieci go nie znają. Ale ta kobieta najczęściej mówi coś jeszcze. „Ty wcale nie musisz przecież tyle zarabiać!”. I teraz, z której strony byś się nie rozejrzał, masz ryzyko rytualnego uboju. Bo odpowiedz mi, w jaki sposób ja jako facet mam określić, gdzie zaczyna się tak zwane: „zarabiam wystarczająco dużo”? Kiedy tak się dzieje? Moja kobieta przeważnie nie jest tu sprawcza na takim poziomie jak ja. Nie dlatego, że nie potrafi. Tylko dlatego, że moim zdaniem kobieta pracować może, a nie musi.
Po drugie, mamy przecież dzieci, które rosną a ich potrzeby się zmieniają. Przecież nie potrafię przewidzieć dzisiaj, ile będzie mnie kosztowała szkoła w przyszłym roku. Po trzecie: teraz mam kurę, która znosi złote jajka. Faktycznie wymaga tego, żebym ją dokarmiał i doglądał. Ale dzięki temu, codziennie mam złote jajko! To teraz co, mam tą kurę wypuścić? A jak się okaże, że jednak będzie za mało tych złotych jajek, to co ja wtedy zrobię? Powiedz, co w takiej sytuacji ma zrobić taki facet? Otóż wybierze pracę. Bo etos męskości jest ciągle związany z jego statusem ekonomiczno-materialnym. Nawet jak jego żona powie mu, żeby się bujał, to on znajdzie sobie kolejną partnerkę. A jeżeli zrezygnuje z takiego poziomu życia i po jakimś czasie jego związek się rozpadnie, to zostaje z niczym. Dlatego trzeba być niesamowicie silnym i pozostawać w dobrej relacji i komunikacji z partnerką, żeby być w stanie zmniejszyć tę ilość pracy. Zrezygnować z wysokich przychodów, żeby więcej czasu spędzać z rodziną i partnerką. Co ciekawe, to ciągle nie jest jeszcze premiowane społecznie. Raczej nie powiemy: „zobacz na niego, prawdziwy mężczyzna, codziennie chodzi z żoną za rękę na zakupy do Biedronki!”. A jak podjedziesz dobrą furą na ryneczek Lidla, to nie ma opcji, żeby się panny nie obejrzały. Bo co to za kozak, co taką furą jeździ? Możesz wyglądać jak tatar albo inny kotlet mielony, a i tak szacun będziesz miał.
A zatem moja droga, dopóki nie nastąpi przewartościowanie, że tak to nazwę wprost „wyceny” czy „wartościowania” męskości w oparciu o inny wskaźnik niż sprawczość mierzona ekonomicznie, to zapomnij o tym, żeby większość mężczyzn nagle zaczęła spazmatycznie rzucać się na wychowywanie dzieci czy spędzać czas na długich spacerach ze swoją żoną.