fbpx

Odzyskana solidarność – prawa kobiet to prawa człowieka

Odzyskana solidarność
Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)

Kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To ważne, że wyszły razem, ale też wielopokoleniowo, i że się podczas tych protestów wspierały – mówi psycholog Zofia Milska-Wrzosińska.

Jest pani jedną z sygnatariuszek petycji polskich psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów w sprawie niedawnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przestrzegają państwo przed konsekwencjami, jakie może ono mieć dla życia „indywidualnego, rodzinnego i społecznego”. Porozmawiajmy zatem o tych konsekwencjach i o tym, co wydarzyło się pod koniec października.
Oczywiście, konsekwencje będą się różnić w zależności od tego, o jakiej grupie mówimy, a mam tu na myśli różnice pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania czy życiowego doświadczenia. Ale jeśli miałabym uogólniać, powiedziałabym, że to orzeczenie było dla wielu bardzo głęboką, wręcz wstrząsającą ingerencją w prywatność. Okazało się, że tu właśnie przebiega granica, której przekroczenie wywołuje u nich natychmiastowy i silny sprzeciw. Przecież w ciągu ostatnich kilku lat demonstracje w Polsce były na porządku dziennym – w obronie wolnych sądów, gimnazjów czy instytucji kulturalnych – a jednak nie było widać, żeby tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, gromadnie uznało to za swoją sprawę. A tę uznali. Nie sądzę, by ktokolwiek wcześniej to przewidział, również rządzący.

W powszechnym przekonaniu, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, młodych przecież niewiele obchodzi.
Złośliwie mówiono, że oni wyszliby na ulice tylko wtedy, gdyby im zabrano dostęp do Internetu. Tymczasem wyszli w obronie swojej prywatności. Okazało się, że mamy aktywną, twórczą młodzież, która jak już się zaangażuje, gdy uzna jakąś sprawę za swoją – jest gotowa mocno i wyraźnie wyrażać swoje stanowisko. A przy okazji oni są inteligentni, dowcipni, odważni, z dystansem do siebie i świata.

Zgadzam się, październikowe protesty po raz pierwszy to, co prywatne, uczyniły publicznym. Widać to było w treści transparentów, ale też w internetowych postach znanych kobiet. Wiele z nich właśnie teraz publicznie opowiedziało o historii swoich poronień czy traumatycznych porodów.
Skoro strefa publiczna wkroczyła tak bezceremonialnie w najintymniejsze sprawy obywateli, to prywatność przestała być prywatnością. Gdy ktoś mówi kobiecie, że na przykład nie powinna stosować antykoncepcji, która na razie nie jest zakazana, albo że jak jest w ciąży, to musi urodzić, z wyjątkiem dwóch przypadków, które realnie rzadko kiedy były przesłankami do terminacji ciąży, czyli gwałtu i bezpośredniego zagrożenia życia matki – to w jakimś sensie ją obnaża, wdziera się w istotę jej kobiecości. I niektóre kobiety odpowiedziały: „Skoro chcecie zaglądać nam do brzuchów, to dobrze, my wam opowiemy, co tam jeszcze może się zdarzać”.
Nie jestem szczególną zwolenniczką odsłaniania prywatności, przeciwnie, uważam, że warunkiem równowagi psychicznej jest zachowanie dla siebie i najbliższych strefy intymności. Ale kiedy ta intymność jest atakowana, to nasza prywatność staje się publiczna. Można mieć tylko nadzieję, że w pewnym momencie nastąpi proces korekcji, czyli życie seksualne i kwestie prokreacyjne przestaną być argumentem politycznym, będą prywatnym doświadczeniem pary.

No właśnie, mówi pani „pary”. Czy to był tylko bunt kobiet? Na początku jak najbardziej tak, ale potem?
Oczywiście na początku dotyczyło to kobiet, które uznały, że władza im chce odebrać coś podstawowego. One mocniej zareagowały, bo poczuły obmierzłe totalitarne łapy w swoim wnętrzu. Ale trzeba pamiętać, że prokreacja, rodzicielstwo to obszar, w którym role genderowe bardzo się w ciągu ostatnich 50 lat zmieniły. Kiedyś, jak to bardzo ciekawie opisuje profesor Bogusław Pawłowski, mężczyzna był zaprogramowany psycho­biologicznie, żeby spłodzić jak najwięcej dzieci – bo wtedy są większe szanse, że któreś przeżyje, a on przekaże dalej swój materiał genetyczny. Z punktu widzenia kobiety było na odwrót, bo koszt biologiczny ciąży i urodzenia dziecka, a potem zajmowania się nim jest wysoki, więc biologicznie korzystniej było rodzić tych dzieci mniej, móc się nimi jak najlepiej i najdłużej opiekować w bezpiecznym gnieździe. Wtedy matka mogła dbać o potomstwo tak, by jej materiał genetyczny przetrwał. Historia zna wiele przykładów wybitnych mężczyzn, którzy nie byli zainteresowani swoimi legalnymi dziećmi, o nieślubnych już nie mówiąc. Z emocjonalnym przywiązaniem mężczyzny do potomstwa bywało różnie, niektóre przypadki z dzisiejszej perspektywy mogą szokować.

W ciągu ostatnich 50 lat dziecko również dla mężczyzny stało się czymś cennym. Ta rewolucja wydarzała się stopniowo, i to w dużej mierze dzięki kobietom, które dokonały procesu reedukacji mężczyzn. Kluczowe znaczenie miała antykoncepcja. Przestało być tak, że mężczyzna zapładnia, a kobieta, chcąc nie chcąc, zachodzi w ciążę. Od czasu kiedy kobiety zyskały kontrolę nad swoją płodnością, to również one decydują, z kim i kiedy mają dzieci. A decydują wtedy, kiedy uznają, że ich inwestycja w ten związek i tego mężczyznę jest sensowna. Dlatego też partner, który chce przekazywać swoje geny dalej, musi brać w tej kwestii pod uwagę także wolę i decyzję partnerki. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będzie chciała mieć tych dzieci piętnaścioro i wybierze kogoś, kto wesprze ją w urodzeniu i bezpiecznym wychowaniu dwójki lub trójki potomstwa.
Wracając do strajków, kiedy mężczyźni dowiedzieli się, że ich kobieta, z którą są teraz lub będą w przyszłości, może być zmuszona do donoszenia ciąży z bardzo uszkodzonym płodem, kalekim czy niemającym szansy na godne życie, od razu zrozumieli, że ich to też dotyczy – nie tylko w akcie współczucia, ale że to jest też w ich interesie, by kobiety chciały uprawiać z nimi seks, zachodzić w ciążę i mieć kolejne dzieci. Dostrzegli, że ta zmiana ustawowa jest też przeciwko nim, nie tylko przeciwko kobietom. Dlatego tak dużo młodych chłopaków pojawiło się na demonstracjach w całej Polsce.

Odzyskana solidarność
Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl

Na ulice wyszła nowa kobieta, ucieleśniona – z macicą, biodrami i waginą. Ale też kobieta wkurzona, niemówiąca językiem salonów. Zastanowiło mnie, jak wielkie oburzenie wzbudziła zwłaszcza kobieca agresja i wulgaryzmy. Czy można powiedzieć, że obudziła się dzika kobieta?
Nie wiem, czy się obudziła, czy tylko się ukazała. I nie sądzę, by tu chodziło o dzikość, bardziej pewnie o siłę. Oczywiście dzikość może być czasem wprzęgnięta w siłę – wtedy kiedy chce się coś pokazać w sposób ostry, bezkompromisowy. Na pewno okazało się jedno – że wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia.
A co do wulgarności, to aby ją lepiej zrozumieć, trzeba przywołać drugi aspekt orzeczenia Przyłębskiej. Pierwszy dotyczył głębokiego naruszenia prywatności, bo jednak życie intymne to jest sprawa najbardziej osobista, jaka może być. Drugi można opisać w kategoriach przemocy. Bo sam sposób wprowadzenia zmiany w system legislacyjny był zrobiony w sposób przemocowy, zresztą nie pierwszy raz. Od kilku lat władza wręcz demonstracyjnie nie liczy się z wolą sporej części społeczeństwa. A jeżeli lekceważy się ludzi w taki sposób, i to jeszcze z intencją upokorzenia i pokazania, kto może więcej – jest to przemocowe. Nie było debaty społecznej ani dyskusji parlamentarnej, tylko po prostu w jakimś momencie odmrożono zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego, które tam leżało i pewnie mogło sobie jeszcze leżeć, jak wiele innych wniosków.

W moim odczuciu wulgarność i to, co się działo w trakcie demonstracji, to była reakcja na przemoc. Schowaną pod płaszczykiem hipokryzji i podawaną jako coś, co się robi, bo ma się do tego prawo, albo rzekomo dla czyjegoś dobra.

Reakcją na przemoc były furia, złość i bunt. Bo jeśli jedna strona odmawia rozmowy, to drugiej pozostaje jedynie krzyknąć: „wypierdalać” – bo na to ludzie reagują, słyszą to i się temu dziwują. Przecież były tysiące grzecznych, racjonalnych petycji przeciwko rozmaitym zmianom, jakie wprowadzał rząd, i co? One były pomijane, nawet niebrane pod uwagę. Nie było żadnej rozmowy z protestującymi.

Stąd pojawiające się hasła: „Grzeczne już byłyśmy”.
Połowa społeczeństwa mogłaby powiedzieć: „Grzeczni już byliśmy – robiliśmy demostracje, żeby wspomnieć protest czarnych parasolek, pisaliśmy petycje, próbowaliśmy, pokazywaliśmy”. Ile było opracowań na temat tego, jak złe jest to, co dzieje się w Polsce z sądami! I nic. Przeciwnie, parę skompromitowanych posłów wpakowano do trybunału. U kobiet doszedł jeszcze czynnik sprawstwa: „Zaskoczę was. Pokażę wam, że nie da się mną rządzić tak, jak wam się podoba”. A skoro nas nie szanujecie, to jesteśmy gotowe do wojny. Stąd mocno rezonujące hasło z demonstracji: „To jest wojna”. Czyli: „Wy wypowiedzieliście nam wojnę, a my przyjmujemy wyzwanie”.

„Bo my też mamy siłę”.
Oczywiście! Bardzo dużo mówiło się niedawno, i to z niepokojem, o tym, że dziewczynki z gimnazjów czy liceów są coraz bardziej agresywne i „używają słów”. Sama czasem podsłuchiwałam na ulicy dyskusje między dziewczynkami w wieku 12–13 lat wracającymi ze szkoły: „I, kurwa, ten chuj mi powiedział, żebym wypierdalała”. Mowa była skądinąd o nauczycielu, który wyprosił dziewczynkę z lekcji. One się nie obrażały, nie kłóciły, one miały po prostu taki styl narracyjny. Już wtedy myślałam, że coś się zmienia, że to naprawdę jest inne pokolenie. Bo tak, jak prawie zawsze przy zmianie, wahadło odchyla się daleko, a potem stopniowo wraca bliżej środka. Młode dziewczyny patrzą na to, co się dzieje, i myślą: „Jak to jest, że im wolno, a nam nie? Jak to jest, że pijany ojciec może wyzywać matkę od kurew, a ona ani ja nie możemy odpowiedzieć, nazwać go chujem złamanym?”. Mam wrażenie, jakby to nowe pokolenie dziewczyn ćwiczyło, jak to się robi.

Czyli w tym buncie chodziło o pewne wyrównanie w prawach?
Proszę zauważyć, że przekaz rządzących był zbudowany w klimacie napominania małych dzieci przez mądrych rodziców: „To jest dla waszego dobra, tylko wy tego na razie nie rozumiecie”. I na przykład wykorzystywał do tego powstałą w kręgach kościelnych ideę „syndromu poaborcyjnego”, czyli arbitralne twierdzenie, że każda kobieta po dokonaniu aborcji przeżywa zespół chorobowy. Nie, że jest smutna czy żałuje, ale że ma zaburzenie psychiczne i trzeba ją z tego wyleczyć. To tak, jakby powiedzieć kobiecie: „Dziecko drogie, ty nie widzisz tej boskiej woli w swojej macicy, bo niewiele ogarniasz swoim malutkim rozumkiem, ale zapewniam cię, że to, o czym myślisz, to morderstwo, potem bardzo byś cierpiała, dlatego dla twojego dobra zakazuję ci tego robić, jeżeli nie chcesz być ukarana”. Poza tym stanowisko władz zakłada, że kobieta podejmuje decyzję o aborcji w emocjach, w panice, bo zobaczyła na USG uszkodzony płód, a dorosły mężczyzna o mentalności, powiedzmy sobie otwarcie, dziadersa, ma wiedzę, zrozumienie i mądrość, dlatego on będzie decydował. Jak ten dobry ojciec podejmie za nią decyzję. I to właśnie doprowadziło kobiety do furii.

Może dlatego, że od wieków mężczyźni za nas podejmują decyzje. Ojcowie, bracia, mężowie…
No więc teraz jest nad nami taki ojciec zbiorowy, który mówi, że to nie jest przeciwko nam, tylko dla nas, z troską o naszą psychikę i ciało. Myślę, że ten wyższościowy paternalistyczny ton, nieznośnie rodzicielski, to jest coś, czego kobiety biorące udział w protestach najbardziej nie akceptują w tym wszystkim. Można czasem założyć, że rodzic wie lepiej, ale to musi być rodzic, który ma autorytet. A dzisiejsza władza w Polsce dla wielu osób nie spełnia kryteriów mądrego rodzica czy ojca – autorytetu.

W moim odczuciu to był też bunt przeciwko patriarchatowi.
Ja bym powiedziała, że to był bunt dorosłych dzieci przeciwko ojcom, którzy są niezbyt mądrzy, niezbyt dobrzy, których trudno uznać za autorytet, bo się wielokrotnie skompromitowali, i trudno kochać, bo są okropnie niesympatyczni. Przy tym trzeba pamiętać, że niektórzy z tych ojców to niestety matki. I tacy rodzice traktują swoje dorosłe dzieci jak głupie i nieumiejące podejmować własnych decyzji. Próbują im narzucić wizję świata, nie mając do tego podstaw, bo nie są z nimi w dobrej relacji i nie mogą się powołać na mądrość inną niż taka: bo ja tak chcę i uważam. Czyli nie sam patriarchat jako przewaga mężczyzn był tu wrogiem – od tego odchodzimy już coraz bardziej. Byli nim fałszywi ojcowie, dziadersi (i dziaderki), którzy nie widzą, że dzieci wiedzą więcej i myślą inaczej. Nie słuchają ich, a wtedy one zaczynają mówić tak, by je usłyszano.

Myślę, że te protesty pokazały też, że siła kobiet jest w grupie. Nawet jeśli w tej grupie nie do końca mamy to samo zdanie.
Zgadzam się i uważam, że to bardzo ważne, że kobiety nie tylko wyszły razem, ale też wyszły wielo­pokoleniowo i że się podczas tych protestów wspierały – było tam wiele podnoszących na duchu obrazków, ukazujących kobiecą solidarność.
Kiedy zobaczyłam, jak ogromne liczebnie były te demonstracje, pomyślałam o czymś jeszcze. Przypomniały mi się zdjęcia z pierwszej pielgrzymki do Polski postaci przez lata bardzo idealizowanej, czyli papieża Jana Pawła II tuż po jego wyborze. Aby go powitać, na ulice wyszły tłumy Polaków, a władza komunistyczna patrzyła na to z pewnym wahaniem, wstrzymując się jednak od reakcji. Wtedy użyto określenia, że Polacy się policzyli. Czyli zobaczyli, ilu ich naprawdę jest, ilu z nich wyszło na ulice w tej samej sprawie. Teraz można powiedzieć, że protestujące kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To było ważne zwłaszcza w małych miasteczkach, gdzie nie można być anonimowym w tłumie, bo wszyscy się znają. Obyśmy tej odnalezionej solidarności nie straciły. 

Zofia Milska-Wrzosińska, psycholog, psychoterapeutka, współzałożycielka Laboratorium Psychoedukacji, w którym pracuje od jego powstania. Prowadzi psychoterapię w nurcie psychodynamicznym.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze