fbpx

Patchwork na wakacjach. Pomyślmy, co czują dzieci. Rozmowa z psychoterapeutą Wojciechem Eichelbergerem

Patchwork na wakacjach. Pomyślmy, co czują dzieci. Rozmowa z psychoterapeutą Wojciechem Eichelbergerem
Dzieci zawsze biorą na siebie odpowiedzialność i winę za emocje, zachowania i stan umysłu dorosłych. (Fot. iStock)

Jeśli na co dzień nasze relacje są udane, to mają szansę być udane także w czasie wakacji. Jeśli natomiast codziennie roi się od napięć, to wielce prawdopodobne, że na urlopie lepiej nie będzie. 

Rodzice patchworkowi mają nadzieję, że na urlopie porozwiązują i powyjaśniają różne sprawy, nagadają się z dziećmi i partnerem, słowem – nadrobią zaległości.
Złudzenie. Nie da się na urlopie załatwić problemów nagromadzonych w ciągu całego roku.

Wakacje są od czego innego? Od tego, żeby odpocząć, zregenerować się, nabrać sił?
No pewnie. Zauważyłaś, że wszyscy coraz więcej pracujemy? Taki system. PKB musi rosnąć. Większość członków rodzin patchworkowych żyje nadzieją, że nadrobią zaległości w wakacje. Ale niestety, jesteśmy wtedy najczęściej tak zmęczeni, że nie mamy siły nawet rozmawiać z najbliższymi. Chcemy odciąć się od nadmiaru kontaktów, hałasu, reklam, komercji i mieć trochę świętego spokoju.

Ale jednocześnie pragniemy pobyć z partnerem, dziećmi, zrobić coś, żeby nam wszystkim było fajnie. Czyli chcemy być razem, a nawet osobno. W jaki sposób pogodzić te sprzeczne oczekiwania? Może wszystko wcześniej precyzyjnie zaplanować?
To konieczność. Ale planując wakacje, pamiętajmy o zasadzie: maseczka z tlenem najpierw sobie, a potem dziecku, czy innym potrzebującym. Najpierw jedziemy sami, na kilka dni na ryby, do lasu, w góry, gdziekolwiek, gdzie będziemy mogli się zresetować. Wybieranie się na urlop z całą rodziną, będąc w stanie wyczerpania, zamiast naprawy patchworku, spowoduje jeszcze większą jego demolkę. Nawet najpiękniejsze miejsce na świecie temu nie zapobiegnie.

To ważny postulat: odpocznijmy, a potem zajmujmy się całą resztą patchworka.
Nie całą resztą. Całej reszty patchworka nigdy się nie da ogarnąć. Nawet gdy dobrze funkcjonuje, gdy nikt się na nikogo śmiertelnie nie obraził, nikt nie gra dziećmi, tylko wszyscy szlachetnie trudzą się zszywaniem i troską o dobro najmłodszych. Patchworki bywają tak duże, że spory pensjonat, by nie wystarczył, by taki tłum pomieścić. 

Trzeba robić to etapami, a nie chcieć mieć wszystkich naraz?
Najlepszą strategią na patchworkowe wakacje są wyjazdy integracyjne, wspólne dla dzieci z dwóch lub trzech podsystemów patchworku. Na przykład dzieci z poprzedniego związku partnerki plus dzieci z poprzedniego związku partnera plus ich nowe, wspólne dzieci.

Będą miały wtedy okazję lepiej się poznać.
A nawet polubić. Ale nie muszą, wystarczy jeśli się poznają i przerzucą pierwsze mosty, które kiedyś pomogą budować emocjonalne więzi na resztę życia. Czyli będą mogły korzystać z wyjątkowego potencjału i oparcia, jakie może dać rodzina patchworkowa w przeciwieństwie do wielu klasycznych, które są bardzo małe. No bo co to za rodzina, gdy mama jest jedynaczką, ojciec jedynakiem, ich dziecko też jest jedynakiem/jedynaczką, a w dodatku dziadkowie też są lub byli jedynakami.

Mało wujków, cioć i rodzeństwa.
No właśnie. Mamy teraz rodziny kilkuosobowe, co na przykład ludziom z mojego pokolenia nie mieści się w głowie. Moja rodzina liczyła co najmniej trzydzieści osób. Ale regres prokreacyjny jest zastraszający. Sumując z obu stron, miałem 13 wujków, stryjków i cioć spłodzonych przez zaledwie czwórkę moich dzielnych dziadków. Ale już ich dzieci razem, wraz ze swoimi partnerami – czyli 26 osób – dały im tylko 13 wnuków, czyli moich ciotecznych sióstr i braci. Ci z kolei wraz ze swoimi partnerami – razem 26 osób – dali życie zaledwie 12 moim  siostrzeńcom i siostrzenicom, którzy póki co w swoich związkach – razem 24 osoby- mają zaledwie siedmioro dzieci. Czyli wysiłek prokreacyjny kilku pokoleń sprowadził się do zaledwie 7 potomków w ostatnim.

Teraz duże rodziny to wyjątki.
Bo wychowanie dzieci jest drogie, bo rodzicom brakuje na nie czasu, bo muszą bardzo dużo pracować, bo państwo zapewnia na tyle dobrą opiekę seniorom, że dzieci nie są potrzebne jako polisa ubezpieczeniowa na starość. Tradycyjny model dużej rodziny nie odtworzy się nie tylko w kulturze wielkomiejskiej, ale myślę, że też w kulturze pozamiejskiej. Rodziny patchworkowe mogą wypełnić tę lukę, ale pod warunkiem, że nauczą się integrować i korzystać z tego, co mają zamiast tęsknić na próżno za tym, co bezpowrotnie minęło. Wracając do wakacji – niewątpliwie są one najlepszą okazją do takich integracyjnych zabiegów. Wreszcie jest na to trochę czasu.

A jeżeli w ich trakcie więzi się nie zadzierzgną?
Z moich patchworkowych doświadczeń wynika, że nie staje się to głównie dlatego, że gdy robi się trudno, to wszyscy mają pod ręką łatwą drogę ucieczki czyli tablet, smartphon albo jakiś inny ekran. Wtedy trzeba zaproponować wszystkim solidarny odwyk i wspólnie wymyślić coś w zamian, wnieść do planu dnia jakieś atrakcyjne pomysły na robienie czegoś razem. To może nie być łatwe. Przede wszystkim dlatego, że dzieciaki mają w pamięci te wszystkie okropne, niemądre teksty, które słyszały od dorosłych w trakcie rozwodu, kiedy ich rodziny przechodziły kryzys. Nic więc dziwnego, że wakacje ze znienawidzonymi i potępionymi członkami drugiej rodziny będą im się jawić jako coś trudnego. Nie wystarczy zaplanowanie wypoczynku pełnego atrakcji, angażującego dzieci we wspólne przedsięwzięcia, w kooperację i wzajemną lojalność. Aby taki integracyjny wypoczynek się udał, to powinien się zacząć od publicznego pojednania byłych partnerów i cofnięcia wszystkich oskarżeń i obelg, bo inaczej dzieci z różnych podsystemów się na siebie nie otworzą. 

Jakie pomysły na wspólne wakacje się sprawdzają? Jakie pomagają w integracji patchworka?
Na przykład żagle, tylko na dużym jachcie albo z rotacją załóg. Ale może być wspólna wyprawa w góry, rajd rowerowy, biwak, czyli sytuacje wymagające intensywnego roboczego kontaktu i współpracy.

Ważny jest wysiłek, aktywność? Kłopot w tym, że dorośli lubią podsycać ducha rywalizacji, a chodzi tutaj bardziej o ducha współpracy.
Jeśli konkurencja, to niech dzieci z różnych „wrogich” podsystemów będą w jednym teamie. Dobrze jest zastosować inną zasadę doboru rywalizujących grup niż rodziny. Na przykład dziewczynki kontra chłopcy. Albo blondyni kontra bruneci. Dzięki temu wszyscy członkowie obu podsystemów mają szanse być razem w drużynie z dotychczasowymi wrogami przeciwko drugiej drużynie skomponowanej na tej samej zasadzie. Taka procedura pomaga przełamywać dotychczasowe podziały i antagonizmy. 

Często między dziećmi pojawia się rywalizacja nie sportowa, tylko o rodziców: tata od nas odszedł, ma inne dziecko, czyli jest dla mnie tylko w połowie. Powalczę, żeby na wakacjach był dla mnie cały. Albo: tata jest taki smutny, martwię się o niego. Myślę, że rodzice mają wtedy okazję pokazać dziecku w praktyce, że nic się nie zmieniło w ich relacjach, że dzieci niepotrzebnie się o nich niepokoją.
Stwórzmy więc kolejną zasadę: dorośli powinni unikać sytuacji, które dzieciom każą się o nich martwić. W rodzinnym patchworku komunikat dorosłych adresowany do dzieci powinien brzmieć: nie martwcie się o nas, my potrafimy sobie ze wszystkim poradzić, tworzymy koalicję po to, byście ponieśli jak najmniejsze koszty tego zamieszania i jak najwięcej dobrego wynieśli z nowej sytuacji. To idealny, cudowny model zachowania dorosłych w patchworku. Niestety, idealne modele prawie się nie zdarzają, ale dobrze wiedzieć, do czego warto dążyć. 

Kolejna trudność – zazdrość dzieci o siebie nawzajem, która może oczywiście ujawniać się na co dzień, ale rozkwita szczególnie w czasie wspólnych wyjazdów. Wtedy jak na dłoni widać nieufność, podejrzliwość, rywalizację o uczucia rodziców. Jak aranżować zabawy, działania, żeby dzieci bardziej chciały się polubić niż szukać różnic?
Takie zazdrości są nieuniknione, szczególnie w młodych patchworkach. I jak zwykle wiele zależy od dojrzałości dorosłych, od ich kooperacji i kreatywności. Na dziecięcą zazdrość pomaga mieszanie dzieci z jednego podsystemu z dorosłymi z innego, szczególnie z nowymi partnerami taty i mamy. Niech mają okazję pokazać, jacy są i co potrafią. Dodałbym następny postulat: dorośli winni traktować wszystkie dzieci równo, unikać faworyzowania któregokolwiek z nich, szczególnie wtedy, gdy wszystkie przebywają razem, na przykład na wakacjach. W przeciwnym razie integracja będzie trudna, choć nie niemożliwa. Wakacje są takim powiększającym szkłem pokazującym wyraźnie wszystko, co w przeszłości zaniedbaliśmy. Ale z drugiej strony – właśnie to może bardzo pomóc w zszywaniu patchworka.

Bo gdy zobaczymy przez to szkło problemy i je zdiagnozujemy, to wtedy mamy szansę coś z nimi zrobić.
Tak, dobra diagnoza jest zawsze prawdziwym skarbem. Bo od niej zaczyna się powrót do zdrowia.

Opieka nad patchworkowym dzieckiem w czasie wakacji staje się częstym źródłem napięć. Wariant bezkonfliktowy polega na tym, że pewien czas dziecko spędza z jednym rodzicem, potem z drugim. Ale bywa, że rodzice przerzucają się dzieckiem jak kukułczym jajem. Mama mówi: cały rok się z nim męczę, niech teraz pomęczy się ojciec. Ojciec z kolei uważa, że ma prawo do odpoczynku, więc chce zostawić dzieci u dziadków. Ale są też postawy całkiem przeciwne – rodzice walczą o dziecko do ostatniej kropli krwi. Mama chce mieć je w wakacje na wyłączność albo chociaż zdalnie kontrolować. Ojciec podobnie – uważa, że dziecko w czasie wakacje należy się jemu.
Takie postawy mogą być zrozumiałe i dopuszczalne tylko w młodym, najwyżej rocznym patchworku, który na ogół nie spełnia podstawowego warunku jego przetrwania, czyli respektu dla zasady, że wszystkie dzieci są nasze, i że wszyscy dorośli troszczą się o ich dobro. Gdy patchworkowa rodzina staje się faktem, dorośli powinni jak najszybciej się ogarnąć i przestać walczyć z rzeczywistością. Nie ma sensu obrażać się na pogodę, trzeba się odpowiednio ubrać i korzystać w pełni z tego, co możliwe. Jeśli dorośli tego nie rozumieją, to patchwork stanie się mordęgą dla wszystkich. Na szczęście prędzej, czy później patchworki same izolują tych dorosłych, którzy im szkodzą, tacy osobnicy lądują na bocznym torze i nikt już od nich niczego nie chce. Bardzo smutne.

Pomyślmy, co czują dzieci. W wariancie, który polega na przerzucaniu się nimi jak gorącymi kartoflami, czują się balastem, no bo przecież nie są głupie i widzą, że nikt ich nie chce. Co się stanie, jeśli uwewnętrznią tę prawdę? Jak to może rzutować na ich przyszłość?
Może im to bardzo skomplikować dorosłe życie. Dzieci zawsze biorą na siebie odpowiedzialność i winę za emocje, zachowania i stan umysłu dorosłych. Tym bardziej, jeśli dorośli je w tym utwierdzają. Potem to poczucie niezawinionej winy staje się źródłem ich cierpienia. W ekstremalnych sytuacjach dzieci obarczane przez rodziców odpowiedzialnością za ich własne nieudane związki, złe decyzje, różnorakie cierpienia, uzależnienia, zły humor, a nawet za ich choroby, dochodzą do wniosku, że są podstawową przyczyną nieszczęścia rodziców i z miłości do nich, aby ulżyć ich losowi, wpadają w depresję lub/i popełniają samobójstwa. Nie jest to akt agresji przeciwko rodzicom ani próba ukarania ich, lecz w odczuciu dziecka jedyne rozwiązanie mogące przynieść ulgę nieszczęśliwym rodzicom. Trzeba bardzo uważać, żeby nie uruchomić w dzieciach tego niebezpiecznego mechanizmu, a więc robić wszystko, co możliwe, by nie obciążać ich problemami dorosłych. Dorosłość polega także na tym, że bierzemy odpowiedzialność za nasze emocje, uczucia nastroje, a nawet za przekonania, więc nigdy nie obwiniamy o to innych.   

Czyli co konkretnie patchworkowi rodzice powinni robić, żeby zbudować dobrą relację, nie tylko w czasie wakacji?
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Spotykać się także wtedy, gdy nie mamy na to wielkiej ochoty. Robić wszystko, co w naszej mocy, aby przekraczać swoje resentymenty i fałszywe przekonania, na bieżąco wyjaśniać nieporozumienia i nie plotkować. Wakacje to bardzo dobra przestrzeń na takie ćwiczenia, bo jesteśmy wyjęci z naszej codziennej rutyny, otoczenia i obowiązków. Możemy pokazać inną twarz. Mamy więcej luzu. Wtedy możemy odkryć, że: myślałem przez ostatnie lata o tobie jak o strasznej jędzy, a ty jesteś bardzo fajną osobą, z którą się dobrze gada. W patchworku nie wolno odpuszczać możliwości przebicia się przez niezweryfikowaną niechęć drugiej osoby. Trzeba pokazywać swoją otwartość na kontakt, zapraszać, pamiętać o ważnych datach, wysyłać skromne prezenty itd. Oczywiście należy robić to z taktem i umiarem, żeby nie zamienić się w prześladowcę, a z drugiej strony uważać na to, żeby nie stać się ofiarą patchworkowego psuja i nie narazić swojego poczucia godności na szwank. Na szczęście nie da się zbyt długo czekać z otwartym sercem i ramionami na kogoś, kto odwraca się do nas tyłem. Ale bywa tak, że przesadzamy z demonstrowaniem dobrych uczuć i będziemy kogoś zalewać naszą miłością. Umiar w tych sprawach jest bardzo wskazany.

Zagłaskać kogoś na śmierć” – jest takie określenie. Dotknąłeś tu uniwersalnego tematu, który dotyczy nie tylko patchworków, a mianowicie posługiwania się w kontaktach z ludźmi pozytywnymi wzmocnieniami, pochwałami. Tymczasem wszędzie – w domach, szkołach, pracy – panuje kult krytykowania. To dobry pomysł, żeby w patchworkach częściej mówić sobie nawzajem miłe słowa?
Absolutnie tak. Warto dostrzegać w innych to, co dobre i to wzmacniać. Miłe gesty bardzo pomagają budować dobre relacje i dobry klimat. Jeśli jeszcze dodamy do tego trzy magiczne słowa: dziękuję, proszę, przepraszam, to będziemy zaskoczeni, jak wiele w trudnych związkach i znajomościach udało się przekroczyć.

Wakacje stwarzają możliwości częstego używania owych magicznych słów, bo spędzamy razem więcej czasu.
Ale jest tu pewne ograniczenie. Pozytywne zwroty, uwagi, komentarze są bardzo ważne pod warunkiem, że z nimi nie przesadzimy. Bo dzieci bardzo szybko wyczuwają niespójność, nieszczerość i podlizywanie się. Jeśli postawimy sobie za cel wychwalanie dziecka z drugiego patchworkowego podsystemu przy każdej okazji po to, aby zyskać jego sympatię, to ono szybko dostrzeże w tym fałsz. W dodatku nasze pochwały się zdewaluują. Chwalmy tylko za rzeczywiste cnoty, czy osiągnięcia. Szczególnie, gdy dziecko zrobi coś, co wpisuje się w postulat budowania patchworkowej pozytywnej energii.

Nawołujemy tu do pochwał, bo to towar deficytowy. Bo co na ogół robią rodzice? Zwracają uwagę na to, co nie zostało odrobione, a nie na to, co dziecko wykonało: nie zrobiłeś porządku na biurku – mówią do syna. A nie zauważają, że poukładał rzeczy w szafie, odkurzył cały pokój.
Zauważmy najpierw: super posprzątałeś. A dopiero potem proponujmy: gdybyś jeszcze zrobił porządek na biurku, to byłby pełny profesjonalizm. 

Dlaczego ważna jest taka kolejność?
Bo pozytywne wzmocnienia działają na ludzi przyjaźnie, otwierają na kontakt. Jeśli pochwalimy, a potem jeszcze chcemy o coś poprosić lub podnieść poprzeczkę, to mamy większe szanse na to, że będziemy wysłuchani. Dla ludzi, których lubimy jesteśmy skłonni zrobić znacznie więcej niż dla tych, których się boimy. Ta zasada obowiązuje też w relacjach pomiędzy nauczycielami i uczniami.

Wróćmy do postaw rodziców wobec wakacyjnego podziału obowiązków.  Znam dużo przykładów przepychanek, walk, niepozwalania drugiej stronie na decyzje. Oczywiście dziecko może być wtedy dumne, że jest takie ważne, że rodzice o nie zabiegają. Pewna para ustaliła wszystko w sądzie, bardzo precyzyjnie, także to, ile, kiedy i komu przysługuje wakacji z dzieckiem. Czyli z wielkim wysiłkiem zbudowali jakieś porozumienie. Nie wolno go naruszać?
Takie porozumienie to minimum. Czasami interwencja sądu okazuje się potrzebna na początku, kiedy jest dużo wzajemnej niechęci. Dorośli sobie nie radzą, więc sąd zabiera im głos i występuje w imieniu dzieci. Broni prawa dziecka do kontaktu z matką i ojcem niezależnie od tego, czy rodzice chcą, czy nie chcą być razem. Ale potem i tak mama i tata muszą pójść po rozum do głowy i nawzajem sobie odpuścić, urealnić oczekiwania, przestać tęsknić za tym, co minęło raz na zawsze, a w zamian optymalizować to, co możliwe i na co mają wpływ. Na przykład nie trzymać się sztywno sądowych wyroków i zachowywać się elastycznie, kooperować ze sobą, ułatwiać sobie życie, a nie je utrudniać. Także zmieniać harmonogramy opiekowania się wspólnymi dziećmi, jeśli taka zmiana służy im i patchworkowej rodzinie.    

Pewna matka, kochająca synka ponad wszystko, przed wakacjami strasznie się stresuje, bo musi oddać go ojcu, a ten, tu cytat: „będzie siedział z nosem w tablecie, a dziecku w tym czasie coś się stanie, wymyśli jakąś głupią, niebezpieczną zabawę. Nie założy mu sweterka w zimne dni, nie ugotuje jego ulubionej zupy, nie poczyta ukochanej bajki i każe mu samemu się myć, a jakie czteroletnie dziecko potrafi się dobrze umyć?” Reasumując – synek będzie z ojcem głodny, brudny, narażony na niebezpieczeństwo. Inna walczy w sądzie o to, żeby pozbawić byłego prawa zabierania dwuletniej córki do swojego domu. Te mamy (i wiele innych rodziców) nie widzą nic dobrego w tym, że opiekę nad dzieckiem przejmie eks. A przecież dla dziecka to duża szansa na doświadczenie innych warunków, innych wymagań. No i szansa na to, żeby przyzwyczaiło się do różnych sytuacji.
Absolutnie się zgadzam. Nie chodzi jednak o to, żeby się przyzwyczaiło, tylko żeby uczyło się, jak wygląda życie, że relacje z różnymi osobami są różne, że z mamą jest tak, z tatą tak, jeszcze inaczej z wujkiem, z babcią, czy dziadkiem. I że trzeba umieć radzić sobie z różnorodnością.

To cenne doświadczenie może dać właśnie rodzina patchworkowa.
Tak. Bo każdy jej członek proponuje inną formę spędzania czasu, ma inny charakter, zdolności, mówi swoim językiem, czasem także dosłownie. To fantastyczna lekcja. Różnorodność jest jedną z tych bezcennych, pozytywnych cech rodziny patchworkowej. Więc matka, która usiłuje utrzymać dziecko tylko przy sobie, bo uważa, że jej opieka jest najlepszym dla niego rozwiązaniem, popełnia błąd. Świat, do którego maluch ma dorosnąć jest coraz bardziej zróżnicowany, a zadanie rodziców polega na tym, żeby jak najwcześniej go do tego przygotować. Lęki matek o niewydolność wychowawczą ojców są z reguły nieuzasadnione. Ogromna większość z nich świetnie potrafi zajmować się dziećmi. Szczególnie w rodzinach patchworkowych, kiedy się do tego przykładają, bo odczuwają presję poczucia winy i/lub obawiają się utraty emocjonalnej więzi z dzieckiem. To w rodzinach tradycyjnych rodzice często odpuszczają związki z dziećmi. Myślą: mamy czas, przecież są jeszcze małe. Pojedziemy z nimi w góry jak dorosną, wtedy bardziej się nimi zajmiemy, poświęcimy im więcej uwagi. To złudzenie. Bo jeśli nie zbudujemy wcześnie silnej, pozytywnej relacji z dzieckiem, to potem nie ma czego kleić. Z moich obserwacji wynika, że aktywność, kreatywność i odpowiedzialność patchworkowych ojców jest często na najwyższym poziomie. Można na ten temat znaleźć w sieci zabawne filmiki i zdjęcia pod hasłem „Creative fathers”.   

Uważamy, że dziecku stanie się okropna krzywda, jak tata w odpowiednim momencie nie założy mu czapeczki albo nie zdejmie, wszystko jedno. Sama przez to przeszłam, dlatego chciałabym, żebyśmy mocno podkreślili, że w większości przypadków żadna krzywda dzieciom ze strony ojca nie grozi.
Podkreślamy więc z całą mocą. Chociaż spotkałem też wiele rozwiedzionych matek, które bardzo doceniały to, co były partner wnosi w życie ich wspólnych dzieci.

Ja zaczęłam doceniać to później, po upływie pierwszych trzech lat życia dzieci.
Do trzech lat mama może brać całość, czyli zajmować się dzieckiem non stop. Ale potem powinna już dzielić się z ojcem pół na pół. Od siódmego roku życia natomiast, gdyby iść tropem tradycyjnego modelu, dziecko można oddać pod opiekę ojca. Tylko że, niestety, współcześni ojcowie są mało dostępni, zbyt zapracowani, aby ten zwyczaj miał jakiekolwiek szanse.

Rodzic nie powinien bać się oddania dziecka w czasie wakacji pod skrzydła byłego partnera, bo to dobre dla niego (odpocznie), ale przede wszystkim dobre dla dziecka. Dzięki innym członkom rodziny może ono zobaczyć całe spektrum życia. A część rodziców go tego pozbawia, o to zubaża. Znam ojca, który nie pozwala jeździć dzieciom do cioci (mamy siostry), bo ta w trakcie rozwodu wzięła stronę mamy. Powiedz coś temu ojcu, proszę.
OK. Drogi panie, to nie fair obciążać dzieci swoimi uprzedzeniami, zmuszać do lojalności wobec swoich resentymentów i karać za nie ich winy. Przecież to pan wybrał sobie żonę, to pan zdecydował się na potomstwo i to pan z jakichś powodów rozstał się z matką dzieci, za co jest pan z pewnością w połowie odpowiedzialny. Wszytko to razem jest dla pana dzieci ogromnym, niezawinionym kłopotem i wyzwaniem. Mając to na uwadze, niesprawiedliwe, a nawet okrutne jest dodawanie dzieciom stresu poprzez odmawianie im kontaktu z członkami pierwszej rodziny, z którymi nawiązały bliskie związki. Żeby niepotrzebnie nie dociążać dzieci warto przyjąć niepodważalną zasadę: patchworkowe albo porozwodowe dzieci mają prawo samodzielnie wybierać zarówno starych jak i nowych dorosłych członków patchworku. Mogą w ten sposób wyeliminować tych, którzy mają patologiczne cechy i/lub wykorzystują kontakty z dziećmi do kreciej, antypatchworkowej roboty.

Co powiedzieć dziecku, gdy nie chcemy posłać go do wujka alkoholika?
Na przykład: nie pojedziesz, bo mogłaby stać ci się jakaś krzywda. Bo wiesz, że wujek czasem pije za dużo i nie panuje nad swoim zachowaniem. W ten sposób dziecko uczy się życia. Będzie wiedziało, że ludzie, którzy nadużywają różnych toksycznych substancji tracą kontrolę nad swoim zachowaniem. I że takim osobom nie można do końca ufać. 

Czasem rodzice nie chcą dopuszczać malucha do tego typu informacji.
Jeśli to naprawdę maluch, czyli dziecko młodsze niż 10 lat, to niemówienie całej prawdy, a nawet zabranianie dziecku kontaktu z takim dorosłym, jest uzasadnioną strategią.

A zabranianie wyjazdu do rodziny byłego partnera bez wyraźnego powodu?
Dorosły, który chce tego dziecku zabronić, powinien zapytać siebie samego: co mi odbiło, że nie pozwalam dziecku na kontakt z rodziną ojca (matki), do której ma takie samo pełne prawo, jak do kontaktów z moją rodziną. To, że nie lubię brata mojego byłego męża/żony, to mój problem, a nie mojego dziecka.    

Wakacje mogą służyć skonsolidowaniu patchworku, pogłębieniu wzajemnych relacji, ale pod warunkiem, że ten proces spajania będziemy praktykować przez cały rok. Bo jak zostawimy sobie tylko na czas wakacji, to skutek będzie marny.
To tak, jakbyśmy chcieli raz w roku posprzątać dom.

Do zapamiętania:

  • Nie łudźmy się, że nadrobimy zaległości w budowaniu więzi w czasie wakacji. Trzeba na to pracować cały rok.
  • Urlop jest po to, żeby odpocząć, być razem, rozmawiać, poznawać się, a nie załatwiać zaszłości.
  • Dobrym pomysłem są wakacje integracyjne, czyli wspólne wyjazdy członków dwóch systemów rodzinnych.
  • Zaproponujmy reszcie rodziny: odkładamy telefony, tablety i robimy coś razem.
  • W czasie gier, zawodów, bardziej stawiajmy na współpracę, niż na rywalizację.
  • Gramy mecz? Podzielmy się na mieszane drużyny, a każda niech składa się z członków obu rodzin.
  • Chwalmy, jeśli jest za co, bo to bardziej motywuje do działania niż krytyka.

Więcej o tym jak żyć w rodzinach patchworkowych znajdziesz w książce Aliny Gutek i Wojciecha Eichelbergera „Patchworkowe rodziny”

Patchworkowe rodziny
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze