Po co nam pamięć?

fot. iStock

Po co nam pamięć? Pamięć rodziców? Numerów telefonów? Pierwszego pocałunku? Po to, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy, ale też jakie są nasze ograniczenia. Bo pamięć płata nam figle: zawsze subiektywna staje się filtrem, przez który widzimy świat. Dlatego żeby być szczęśliwi, czasem musimy ją „uzupełnić”, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pamiętam nasze pierwsze lato nad morzem. I czekam, kiedy razem będzie nam znów tak dobrze jak wtedy” – mówimy i tkwimy latami w złych związkach. No i po co nam taka pamięć?

Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy: „Ja to przeżyłem”, „ja to zrobiłem”, „ja to cenię”. Albo odwrotnie: „Ja tego nie zrobiłem!”, „dla mnie to nic niewarte”. Albo jeszcze: „Mnie tę krzywdę uczyniono”. To pamięć wpływa na to, co uznamy za ważne, a więc też na to, co uznamy za warte oczekiwania. Wpływa więc na nasze obecne życie, bo to filtr, przez który patrzymy na świat. Dlatego może przeszkadzać w przekraczaniu dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń i związanych z nimi przekonań. Mówimy czasem: „Wolałabym o tym zapomnieć”, a jednak chcemy pamiętać także to, co bolesne, bo utrata pamięci jawi nam się jako utrata siebie i budzi wielki lęk…

Bałabym się, że jeśli przestanę pamiętać, to zniknę!

No właśnie. Ale ludzie, którzy stracili pamięć, nie mają poczucia, że zniknęli. Spotykałem ich podczas moich praktyk na neurologii. Wprawdzie nie wiedzieli, jak się nazywają i skąd się wzięli, ale wiedzieli, że nie wiedzą. Mieli świadomość, że wymazało im się z pamięci całe poprzednie życie, że zaczynają od nowa. Ciekawe, że nie utracili umiejętności posługiwania się wyuczonym w dzieciństwie językiem ani umiejętności ruchowych, takich jak jazda na rowerze, ulubione tańce czy sporty. Zachowali także poczucie humoru, odruchy dobrego wychowania i wrażliwość moralną. Do dramatów dochodzi, gdy odnajdują ich bliscy. Okazuje się wtedy, że miłość i inne wyższe uczucia są sklejone z pamięcią. Jeśli nie pamiętamy twarzy ludzi, których kiedyś kochaliśmy, to nie odczuwamy wobec nich żadnych odruchów serca. A ich rozpaczliwe staranie o to, by być rozpoznanymi i kochanymi jak dawniej, stanowi niezrozumiały i bolesny spektakl. To oni przeżywają szok i traumę utraty ukochanego: partnera, rodzica czy dziecka. Traumę tym większą, że kochana osoba fizycznie istnieje w niezmienionej postaci – ma to samo ciało i język ciała, ten sam głos, te same oczy, ten sam zapach.

Bohater opartego na faktach fińskiego filmu „Człowiek bez przeszłości” traci pamięć po ciosie w tył głowy. Przygarniają go bezdomni, a on adaptuje się do nowej sytuacji, a nawet znajduje wśród nich jakiś wymiar szczęścia. Gdy po jakimś czasie odnajdują go bliscy, nie tylko nie rozpoznaje żony, z którą ma dwoje dzieci, ale w dodatku ani ciało, ani charakter tej kobiety mu się nie podobają. Nie może uwierzyć, że wybrał sobie taką żonę. Ze swoją pracą także się nie identyfikuje. Dziwi się, że był prawnikiem, a dom w bogatej dzielnicy jest dla niego obciachowy. Chce wracać do bezdomnych.

To tak jakby utrata pamięci wiązała się ze zmianą osobowości?

Tak właśnie się dzieje. Nie wiadomo, jaki jest tego mechanizm. Możemy podejrzewać, że kasuje się zawartość ego. Rozmawialiśmy niedawno o tym, czym jest ego, definiując je jako zbiór doświadczeń, emocji, przekonań, zasad i wartości asymilowanych w procesie wychowania i edukacji. Na ogół tylko niewielką ich część świadomie wybraliśmy. Większość przekonań czy wartości została w nas „zaprogramowana”. Często pod presją odrzucenia przez najbliższych czy wykluczenia z grupy, z którą się identyfikujemy. Mechanizm, który się za tym kryje, to konformizm, czyli dostosowywanie się do wymagań otoczenia wbrew swoim prawdziwym potrzebom, poglądom, a nawet zdrowemu rozsądkowi. A więc przygoda fińskiego prawnika może dowodzić, że utrata pamięci uwalnia nas od tego, co narzucił nam konformizm. Prawdopodobnie nasz bohater rozminął się ze swoimi prawdziwymi potrzebami, uczuciami i wartościami, ulegając presji otoczenia, gdy wybierał żonę, zawód, styl życia.

Dopiero kiedy stracimy pamięć, możemy być sobą?

No, może nie do końca sobą, ale na pewno bardziej sobą. Ten film jest przypowieścią, której przekaz warto sobie wziąć do serca: że być może żyjąc pod cywilizacyjną presją, manipulowani przez potężny konsumpcyjny, polityczny i religijny marketing, rozstajemy się ze sobą, nie żyjemy w swojej bajce, lecz gramy rolę z góry dla nas napisaną, często płacąc za to zdrowiem, smutkiem i rozpaczą. Jeśli to utrata tej konformistycznej nakładki pozwala nam odzyskać siebie, poczuć swoje prawdziwe potrzeby i móc je realizować, to warto tę część pamięci utracić, a na pewno zakwestionować. Zdecydowanie lepiej nie czekać z tym na to, by ktoś walnął nas w potylicę. Trzeba samemu puknąć się w głowę i odzyskać siebie, oddając się porzuconej pasji czy kreatywnemu działaniu. Albo pomocy innym. Dobrą metodą jest medytacja, bo nie usuwa pamięci zdarzeń, osób ani emocji z nimi związanych, lecz uwalnia od tego, co nie nasze.

Miłości może zagrozić nie tylko amnezja. Wystarczy, że partner nie pamięta o rocznicy ślubu czy o pierwszym pocałunku, by wzbudzić niepokój w partnerce: „Czy on aby na pewno kocha!?”.

Miłość jak każda inna relacja jest zbudowana na pamięci zdarzeń. Ale też każdy pamięta co innego, bo na inne rzeczy zwraca uwagę. Jeśli na przykład ktoś ma umysł paranoidalny, to selekcjonuje zdarzenia i informacje tak, by potwierdzać swoje przekonanie, że ludzie mu zagrażają i go nie lubią. Kiedy zakocha się w egzaltowanej, maniakalnej optymistce, która widzi tylko plusy i cuda świata, to nie stworzą udanej pary. Bo związki buduje się także na pamięci wspólnych doświadczeń. A tu ich zabraknie. Paranoik będzie pamiętał z wyjazdu na wakacje tylko wypadek drogowy, którego byli świadkami. A optymistka – tylko piękny zachód słońca nad morzem. A przecież spędzili lato razem. Sławny psychoterapeuta Milton Erickson, kiedy chciał sprawdzić, czy para ludzi w kryzysie ma jeszcze szanse, polecał im wybrać się na wspólną wycieczkę w góry. Potem mieli wrócić do niego i opowiedzieć o tym, co zapamiętali. Jeśli ich relacje były tak rozbieżne, jakby każde z nich było na innej wycieczce, radził: „Dajcie sobie spokój, żyjecie w dwóch różnych światach. Nie jesteście w stanie zbudować relacji, będziecie się stale kłócić”.

Czyli trzeba uzupełniać pamięć? To możliwe, sama tego doświadczyłam, kiedy na psychoterapii okazało się, że „zapomniałam” o wadach mojej matki.

Psychoterapia służy między innymi temu, by usuwać obronne filtry pamięci i przypominać sobie to, co z jakichś powodów odrzuciliśmy, zamietliśmy pod dywan. Gdyby dziecko przedwcześnie uznało, że na przykład jego matka jest okrutna, straciłoby poczucie więzi z nią. A to byłoby dla niego jednoznaczne z przerażającym uczuciem zagrożenia życia. Dziecko odruchowo broni się przed tym, zafałszowując swoje odczuwanie, a więc i przyszłą pamięć o rodzinnym domu. Robi to po to, by zachować więź i przetrwać, bo tak długo, jak istnieje więź, nawet niedojrzali czy patologiczni rodzice będą mitygować swoją agresję. No i kiedy dorastamy, z powodu tej naszej wybiórczej pamięci nadal mamy tendencję do idealizowania rodziców i dzieciństwa. Co, niestety, wpływa źle na nasze dorosłe życie, bo zniekształca i jego obraz.

I dlatego kobieta pozwala mężowi na przemoc, bo w dzieciństwie nauczyła się nie dostrzegać, że jest krzywdzona?

Tak może być. I dopóki sobie nie przypomni, co przeżyła w rodzinnym domu, nie nazwie tego po imieniu, trudno jej będzie wyzwolić się z przemocowej relacji. Idziemy na psychoterapię, bo z niejasnych powodów czujemy się nieszczęśliwi. Żeby zrozumieć powody naszego złego samopoczucia, przypominamy tam sobie bolesne epizody ze swojego życia i związane z nimi uczucia. Dzięki temu zaczynamy bardziej realistycznie postrzegać rzeczywistość i rozumieć, co się dziś dzieje w naszym życiu. Mamy dzięki temu większy wpływ na to, co nas spotyka, i popełniamy mniej błędów.

Czyli uzupełniona pamięć staje się drogą do szczęścia. I to główny cel psychoterapii?

Jeden z głównych. Pamięć jest nam potrzebna, żebyśmy wiedzieli, co nas ukształtowało, jakie metody obrony i zafałszowania musieliśmy wyprodukować, by przetrwać. Urealniona pamięć jest nam niezbędna do budowania więzi w dorosłym życiu.

Po co nam ten rodzaj pamięci, jakim są wychowanie, obyczaj czy wiedza?

Po to, byśmy w ogóle mogli żyć razem, tworzyć społeczności. Musimy dzielić z innymi jakiś obszar tzw. uzgodnionej rzeczywistości, czyli mieć wspólne kody kulturowe, wspólne symbole i metafory, wspólną historię i jej interpretację, wspólne zwyczaje i obyczaje. Wszystko po to, by dogadywać się w podstawowych sprawach. Do tego też niezbędna jest pamięć.

A pamięć dobrych chwil, przeżyć? Jak ta moja o pierogach z jagodami, które szykowała dla mnie babcia Marianna?

Pamięć dobrych chwil stanowi dla nas wewnętrzny wzorzec szczęścia. Dobrze, gdy takie wzorce zachowaliśmy. Dzięki temu możemy dążyć do tego, by nowe sytuacje w naszym życiu kształtować według tych wzorców. Ci, którzy pamiętają tylko to, co trudne, mają kłopot, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę ofiary albo mściciela. Ci, którzy pamiętają tylko to, co dobre, też są w kłopocie, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę szczęśliwego, rozkapryszonego dziecka. Dlatego warto pamiętać zarówno to, co było przyjemne, jak i to, co trudne oraz bolesne, aby w końcu zrozumieć, że jedno i drugie było korzystne i właściwe.