Podpowiadajmy sobie! – psychoterapeuta Michał Pozdał zachęca, aby komunikować o swoich pragnieniach

Oczekiwania trzeba werbalizować. A my nie umiemy o tym rozmawiać. (Fot. iStock)

Często słyszę: „Jeśli jestem dla niego naprawdę ważna, domyśli się, czego oczekuję”. Nie, nie domyśli się! Więcej – nikt nie ma takiego obowiązku. Oczekiwania trzeba werbalizować. A my nie umiemy o nich rozmawiać. Brakuje nam odwagi i treningu w rodzinnym domu, mówi psychoterapeuta Michał Pozdał.

Ludzie często podczas rozstania mówią, że związek czy partner nie spełnił ich oczekiwań, inaczej „sobie to wszystko wyobrażali”. I często deklarują to obie strony. Czy nie można ułatwić sobie życia i opowiedzieć sobie wzajemnie, czego się pragnie?!
Byłoby wspaniale, problem w tym, że ludzie – i dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn – bardzo często nie wiedzą, czego pragną, nie potrafią określić swoich oczekiwań. Tę pulę pragnień można roboczo podzielić na dwie części: są oczekiwania jawne, i te wymieniamy bez większego problemu, i te nieuświadomione.

Zacznijmy od tej pierwszej puli. Zatem czego kobiety świadomie oczekują od mężczyzn?
Czułości, zrozumienia, współczucia, szacunku. Kobieta chce być dla mężczyzny ważna. Ważna – to znaczy, że on jest w stanie z czegoś zrezygnować właśnie i tylko dla niej. Gotowość do poświęcenia czegoś, co mężczyzna lubi, na rzecz kobiety jest dla niej dowodem jego oddania, a jednocześnie jej wyjątkowości.

Czy jawne oczekiwania mężczyzn wobec kobiet są podobne? Od pewnego czasu mówi się na przykład, że współczesny mężczyzna oczekuje więcej czułości niż jego dziadek.
Z moich obserwacji z pracy terapeutycznej wcale nie wynika, że mężczyznom brakuje czułości. Potrzebują jej w określonych sytuacjach, ale generalnie raczej wciąż przeszkadza im jej nadmiar. Mówią natomiast, że potrzebują przestrzeni, niezależności, że brakuje im… ciszy! Ostatnio przeczytałem świetną rozmowę z Jackiem Masłowskim, powiedział coś, pod czym podpisuję się obiema rękami – mężczyźni oczekują świętego spokoju! I ja to rzeczywiście bardzo często słyszę w gabinecie. To prawdopodobnie wynika również z tego, że kobieta i mężczyzna w zupełnie inny sposób werbalizują myśli. Mężczyźnie wystarczy, kiedy coś zostanie głośno powiedziane jeden raz, kobiety lubią, potrzebują się powtarzać. Ale nie wykluczam, że ta kobieca przypadłość jest wynikiem tego, że mężczyźni mają kłopot z zakomunikowaniem, że coś usłyszeli. Może gdyby on stwierdził jasno: „Usłyszałem, co powiedziałaś”, ona nie powtarzałaby przez cały dzień tego samego…

A bywa tak, że to, co dla jednej strony jest ważnym oczekiwaniem, dla drugiej jest dokładnie tym, czego ona boi się najbardziej? Cisza wydaje mi się właśnie takim przykładem. Pan mówi, że mężczyźni jej bardzo potrzebują, a kobiety chyba często się jej boją…
Dokładnie to obserwuję na swojej kanapie w gabinecie. Kobiety z reguły mówią dużo, mężczyźni zdecydowanie mniej. Mężczyzna generalnie – choć, oczywiście, nie bez znaczenia są tu elementy osobowościowe – dobrze znosi ciszę, nie potrzebuje ciągłej afirmacji tego, że jest w relacji. Kobieta jej bardzo potrzebuje. Często słyszę: „On mi nic nie mówi”, „on ze mną nie rozmawia”. Na to mężczyzna odpowiada: „Ale co ja mam ci znowu powiedzieć i po co?”. Kobieta ciszę odbiera jako emocjonalne oddalenie. Kiedy on nie mówi – znika, a wtedy znika dla niej relacja.

Powiedział pan, że wbrew temu, co się sądzi, współczesny mężczyzna wcale nie potrzebuje więcej czułości niż jego dziadek. Czy to znaczy, że nasze oczekiwania wraz ze zmianą ról społecznych nie ulegają większym zmianom?
No właśnie nie. Zresztą my, psychoterapeuci, często podczas superwizji rozmawiamy o tym, że „nowe czasy” nieszczególnie „unowocześniły” nasze wzajemne, te jawne, oczekiwania. One wciąż mają wiele wspólnego ze stereotypowym spojrzeniem na rolę kobiety i mężczyzny. Nawet te silne, niezależne finansowo kobiety, które piastują wysokie stanowiska, wciąż od mężczyzny oczekują tego samego, czego oczekiwała ich przodkini – chcą, by partner był silny, odpowiedzialny i czasami także dominujący!

Rozumiem, że z kolei kobieta, niezależnie od tego, jak długo pracuje i ile wnosi do domowego budżetu, wciąż ma być tą, która dba o ciepło, o domowe ognisko?
Zdecydowanie tak. Co prawda ja od czterech lat pracuję jako terapeuta już wyłącznie na Śląsku, a Śląsk z pewnością jest pod tym względem specyficzny, ale z moich rozmów z kolegami wynika, że choć czasy się dynamicznie zmieniają, nasze jawne wzajemne oczekiwania pozostają dość staroświeckie.

Biologia to determinuje?
Tak myślę. Sądzę, że są pewne stałe, których nie ruszamy, bo zwyczajnie – i dotyczy to obu stron – nie chcemy ich zmieniać. Ten „atawistyczny porządek świata” jest nam potrzebny. Kobietę zawsze silniej będzie determinowała rola matki, niż mężczyznę determinuje rola ojca.

Prawdopodobnie bardzo dużą rolę w kwestii oczekiwań odgrywa nasza baza, czyli sposób, w jaki zostaliśmy wychowani. I tu dotykamy pewnie drugiej puli oczekiwań – tych nieuświadomionych.
Tu trzeba wspomnieć o teoriach, co prawda już bardzo leciwych, jednak one wciąż się sprawdzają w pracy terapeutycznej z parami, z małżeństwami – to znaczy, że my bardzo często nieświadomie oczekujemy właśnie reparacji naszych krzywd z przeszłości, z dzieciństwa: „Nie miałam uwagi – ty mi ją daj”, „nie byłem kochany – ukochaj mnie za wszystkie czasy”. O ile początek relacji daje nam nadzieję na taką kompensację, z czasem brutalnie przekonujemy się, że to niemożliwe.

I wtedy właśnie czujemy, że partner nie spełnia naszych oczekiwań? Chcemy uciekać i szukać lepszego…
Bardzo podobnie jest zresztą z oczekiwaniami wobec terapeuty. Ktoś oczekuje, że ja będę tą mamusią, która ukocha, czy tatusiem, który zabezpieczy. A ja nie jestem ani mamusią, ani tatusiem, nie taka jest moja rola. Moją rolą jest pomoc w przeżyciu straty po tej mamusi i w pogodzeniu się z tym, że ona była taka, jaka była, ale ja za nią nie przytulę. I nie przytuli za nią też partner. A ludzie tego bardzo pragną, to słychać nawet w ich języku podczas terapii: „Jesteś taki jak mój ojciec, on też nigdy nie zwracał na mnie uwagi”. Więc nie, partner nie jest taki sam jak nasz ojciec, choć może czasem podobnie się zachować. Ale nie jest odpowiedzialny za nasze krzywdy i nigdy ich nie zrekompensuje, czyli nigdy nie spełni tego arcyważnego dla nas oczekiwania.

Co jeszcze może być tym nieuświadomionym oczekiwaniem?
Posłużę się cytatem: „Tym, co pociąga nas w innych, może być nie tylko odmienność, ale też możliwość kontaktu na bezpieczną odległość z wypartymi aspektami samego siebie”. Ta koncepcja mówi o tym, że każdy z nas ma jakiś potencjał, ale w związku z tym, jak byliśmy wychowywani, socjalizowani, jakieś nasze zdolności zostały przez nas samych wyparte, bo nie mieliśmy możliwości ich rozwijania. I nagle poznajemy kogoś, kto ma cechy, których my albo nigdy nie mogliśmy ujawniać, albo nawet nie wiedzieliśmy, że je w sobie mamy. Ten człowiek jest dla nas szalenie atrakcyjny, bo dzięki niemu mamy łączność z tym, co wyparliśmy. Podam przykład: poukładany mężczyzna, który zawsze musiał mieć w swoim pokoju, zeszytach i myślach idealny porządek, bo tego wymagali od niego rodzice, spotyka kobietę, która jest bałaganiarą, żyje w kompletnym chaosie. On jest zachwycony tym jej artystycznym nieładem, związuje się z nią, ale po jakimś czasie zaczyna ją zupełnie inaczej postrzegać, ona potwornie go irytuje. Bo sam zaczął pod jej wpływem się zmieniać, ale jego wewnętrzne nakazy krzyczały: „Nie wolno!”. Każdy z nas potrafi pewnie przywołać taką sytuację, kiedy coś, co z początku w kimś bardzo nam się podobało, po jakimś czasie zamienia się w horror – nie możemy tego znieść.

Czyli, w myśl tego, co pan powiedział, podświadomie pragniemy czegoś zupełnie innego niż to, czego doświadczyliśmy, albo wręcz przeciwnie – bo są i takie sytuacje – oczekujemy powtórzenia zasad i reguł gry, które znamy z przeszłości?
Tak. I partner naprawdę nie może tego odgadnąć, bo my sami się w tym gubimy. Znałem pacjentkę, która nie miała żadnego kontaktu ze swoją rodziną – zero dobrych wspomnień, zero kultywowania tradycji w dzieciństwie. Przychodzą święta Bożego Narodzenia, ona ma partnera, są tylko we dwoje, powtarza wciąż, że nie chce żadnych świąt. Więc on organizuje wyjazd, lecą gdzieś daleko i kiedy przychodzi ten wigilijny wieczór, ona jest smutna, nieszczęśliwa. Okazuje się, że jednak chciałaby, żeby to był wyjątkowy czas, odświętny. Nieważne, że jest niewierząca, że opłatek i siano pod obrusem nie mają dla niej żadnego znaczenia. Okazuje się, że ona tak w głębi chciałaby przeżyć ten wigilijny moment. Wchodzimy w związki z zupełnie innych rodzin, czasem to odległe galaktyki, wchodzimy w związki z zupełnie innym przekazem transgeneracyjnym, z różnymi tradycjami, z różnym spojrzeniem na role płciowe…

Czasem sobie o swoich domach opowiadamy, ale chyba rzadko ustalamy, jak będzie u nas, w tej nowej relacji.
Bardzo rzadko. Dlatego my też często pytamy, na przykład w terapii systemowej, o strukturę tej rodziny, tego związku. To znaczy zadajemy proste pytania: Kto ile zarabia? Jak to rozkłada się procentowo? Ze stu procent obowiązków domowych kto ma ile procent i kto jest za co odpowiedzialny? A przede wszystkim – czy ci ludzie to ustalili, czy tak po prostu wyszło?

I rozumiem, że często dopiero na podstawie takiego wywiadu, który przypomina niemal ankietę GUS-u, ludzie odkrywają, jakie są te ich nieuświadomione oczekiwania wobec siebie?!
Tak. I bywają bardzo zdziwieni! A tego naprawdę można uniknąć.

Widzę przynajmniej dwie przeszkody. Pierwszą jest to, że sami nie do końca wiemy, czego oczekujemy, drugą – z zupełnie innego poziomu, ale chyba często występującą szczególnie u kobiet: „Gdyby mnie naprawdę kochał, wiedziałby, czego potrzebuję”. Wiele kobiet sądzi, że „podpowiadane się nie liczy”.
To straszna bzdura! Choć rzeczywiście często to słyszę: „Jak jestem ważna, to się domyśli”. Nie, nie domyśli się! Nikt się nie będzie domyślał i powiem więcej – nikt nie ma takiego obowiązku.

Kobiety mówią też czasem po latach związku: „Gdyby mnie znał, to wiedziałby, on nic o mnie nie wie po takim czasie razem. To gdzie on był przez te wszystkie lata, bo na pewno nie przy mnie?!”.
Mogę wtedy odbić piłeczkę i zapytać: „To co pani robiła przez te wszystkie lata, że on pani nie zna?”. Ale tak, to prawda, ludzie mają trudność w mówieniu o swoich oczekiwaniach, i to dotyczy obu płci. Ale tu znowu dużą rolę odgrywa to, z czego wyszliśmy. Czy my w domu rodzinnym mogliśmy mówić o tym, czego chcemy, czego pragniemy. Czy ktoś brał to pod uwagę.

Rozumiem, że część z nas jest nauczona, że nie ma sensu mówić, bo i tak nic z tego nie wyniknie…
Całkiem duża część. Przecież my żyjemy w kraju, w którym przez całe długie pokolenia bardzo popularne było powiedzenie, że dzieci i ryby głosu nie mają. I naprawdę wielu z nas wykształciło sobie taką strategię życia w rodzinie, że lepiej nie mieć żadnych oczekiwań, lepiej nie chcieć, lepiej nie mówić. Dopiero dziś młode pokolenie pokazuje, że można inaczej. Zresztą dlatego też bywa dla tych starszych takie drażniące, kiedy 18-latek mówi otwarcie: „Ja chcę!”, „ja chcę dużo zarabiać”, „ja chcę mieć superzwiązek”, „ja chcę mieć świetny seks” itd.

Roszczeniowy gówniarz!
Tak myślimy, ale kiedy głębiej się nad tym zastanowić, można tylko zazdrościć!

Bo to często są te nasze tęsknoty, nasze wyparte oczekiwania?
Dokładnie tak! Oczywiście, nie mówię o sytuacjach, kiedy ktoś jest rzeczywiście roszczeniowy czy wręcz w tym agresywny. Mówię o zdrowych oczekiwaniach. Miejmy je i je wyrażajmy! Kiedyś oczekiwania były trochę jak fanaberia, dziś – i to się zmieniło – młodzi ludzie poświęcają swoim oczekiwaniom, rozmyślaniom nad tym, jakie są, zdecydowanie więcej czasu.

Można z tym przesadzić? Pójść zbyt daleko, tym razem w przeciwną stronę?
Tak, bo bywa, że młodzi ludzie są tak nastawieni na własny rozwój, że wszystko i wszyscy stają się wyłącznie narzędziem do tego. Czyli głównym oczekiwaniem wobec partnera jest to, by nas rozwijał. To pokłosie faktu, że żyjemy w narcystycznych czasach, nastawieni na własne potrzeby, stajemy się mało skłonni do poświęceń. I koło się znowu zamyka, bo ciężko wtedy realizować oczekiwania drugiego człowieka. Kiedy tak znacząco przenosimy punkt ciężkości z „my” na „ja”, wtedy nie ma miejsca na żaden kompromis, nie ma negocjacji. Nie ma żadnej relacji.