fbpx

„Pokonałam wirusa, ale wcale nie czuję się zdrowa”

"Pokonałam wirusa, ale wcale nie czuję się zdrowa"
Ilustracja: iStock

Dla Agnieszki koronawirus był potężną traumą, która uruchomiła wszystkie zamrożone lęki z przeszłości. Dopiero w obliczu takiej granicznej sytuacji uświadomiła sobie, jak bardzo lokowała swoje poczucie bezpieczeństwa na zewnątrz… A właściwie pomogła jej to zrozumieć Ewa Klepacka-Gryz.

Miesiąc temu zadzwoniła do mnie była pacjentka i zapytała, czy przyjmę siostrę jej dobrej koleżanki Majki, która miała koronawirusa. To był mój pacjent zero, kompletnie nie miałam pojęcia, czego się spodziewać.

Krok 1. Konfrontuje się z własną bezradnością

Kiedy połączyłyśmy się przez Skype’a, na pierwszym planie siedziała Majka. Zaczęła opowiadać historię siostry. Agnieszka jest młodą copywriterką, pracuje w dużej agencji reklamowej. Na ferie wyjechała z przyjaciółmi na narty w Alpy. Po powrocie wszyscy poddali się obowiązkowej 14-dniowej kwarantannie. Jeden z kolegów dostał wysokiej gorączki i kaszlu. Wtedy Agnieszka po raz pierwszy się przestraszyła, że mogli z tych Włoch „coś przywlec”. Przyjaciele przekonywali, że jest młoda, silna, wysportowana, więc absolutnie nie jest w grupie ryzyka. Po dwóch tygodniach kwarantanny wróciła do normalnego życia w nowych warunkach: praca – dwa dni w firmie, trzy dni w domu, joga – studio jeszcze wtedy było otwarte. Kilka dni później w nocy poczuła, że ciężko jej się oddycha. Nie kasłała, nie miała gorączki. Do rana już nie zasnęła, zastanawiając się, co powinna zrobić. Rano zadzwoniła do rodziców, mama namówiła ją, żeby pojechała do szpitala. Test dał wynik pozytywny. Przez tydzień leżała w izolatce. Lekarze i pielęgniarki kontaktowali się z nią przez telefon. Jedzenie stawiano pod drzwiami.

Majka trajkotała jak katarynka. Szybko przestałam jej słuchać, za to nie mogłam oderwać wzroku od Agnieszki, siedzącej z tyłu, na kanapie. Wyglądała jak posąg: nadmiernie wyprostowana, z amimiczną twarzą, podczas długiego monologu siostry ani przez moment nie zmieniła pozycji czy wyrazu twarzy. Zupełnie jakby cała ta historia jej nie dotyczyła. Miałam fantazję, że kiedy Majka dobrnie do końca opowieści (jeśli to w ogóle możliwe), Agnieszka zniknie.

– Czy chcesz coś dodać od siebie? – skierowałam do niej pytanie. Nie usłyszała, musiałam powtórzyć trzykrotnie. Jakiś mroczny grymas przebiegł przez jej twarz. – Nie, niech ona mówi. – Skąd twoja siostra zna tę opowieść? Od ciebie? – pytałam dalej.

Dziewczyna popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, a potem wzruszyła ramionami. – Nie mam pojęcia. – Dlaczego chciałaś umówić się na sesję? – spróbowałam w ten sposób. Ale nie miałam okazji przekonać się, czy odpowiedziałaby na moje pytanie, bo Majka była pierwsza. – Ona nadal zachowuje się, jakby była chora. Potrzebuje pomocy – powiedziała zdecydowanie.

Agnieszka najwyraźniej znajdowała się w stresowej reakcji zamrożenia. Z pacjentem w takim stanie w zasadzie nie sposób pracować. Dwa tygodnie temu wyszła ze szpitala, po dwukrotnym teście z wynikiem ujemnym. Była zupełnie zdrowa, ale, zdaniem siostry, jej stan – fizyczny i psychiczny – był o wiele gorszy, niż kiedy chorowała.

– Chciałabym zostać z Agnieszką sama – poprosiłam. Agnieszka jakby obudziła się ze stuletniego snu, złapała Majkę kurczowo za ramię i wydusiła: – Chcę, żeby została. Mówiła głosem małej dziewczynki. Czułam jej cierpienie, potworny stres, bezradność, lęk. – Jak mogę ci zatem pomóc? – poczułam, że powinnam być bardziej w roli przyjaciółki niż terapeutki. Wszyscy teraz najbardziej potrzebujemy wysłuchania, pocieszenia, podzielenia się swoimi obawami.

– Zachorowałam – wyszeptała Agnieszka. Tym razem to był głos zrezygnowanej i zatrzymanej w cierpieniu osoby. – Jesteś już zdrowa, najgorsze masz za sobą i… – chciałam powiedzieć, że teraz już wszystko będzie dobrze, ale zdałam sobie sprawę, że wcale nie wiem, czy będzie dobrze, i nikt tego nie wie.

Po raz pierwszy w swojej karierze terapeuty zrozumiałam, że czuję się niemal tak samo bezradna jak pacjent. Postanowiłam o tym powiedzieć Agnieszce. – Też się boisz? – spytała. – Tak, boję się i inni ludzie także. Wszyscy – i to na bardzo szeroką skalę – zetknęliśmy się teraz z możliwością utraty życia i niepewnością jutra. Dla każdego z nas to jest przerażające.

Krok 2. Przyglądamy się głównemu objawowi choroby Agnieszki

Po raz drugi poprosiłam Majkę, żeby zostawiła nas same. Tym razem Agnieszka nie protestowała. – Gdzie jest twój lęk? Pokaż mi – poprosiłam. Bez wahania obiema dłońmi dotknęła klatki piersiowej: – Ta duszność ciągle wraca. – Teraz ją czujesz? – Teraz nie, ale rano, kiedy Maja powiedziała mi, że ona i rodzice są czyści, tak mocno mi się tu zacisnęło.

Widząc mój pytający wzrok, wyjaśniła, że rodzinie testy zrobiono dopiero kilka dni temu. – To dobrze, że są zdrowi. Zresztą ty również, skoro dwa kolejne testy dały wynik ujemny i jesteś już w domu. – Jestem naznaczona, nieczysta. Z całej naszej paczki tylko ja zachorowałam.

W rodzinie też nikt się nie zaraził. – Co to dla ciebie oznacza? – Nie mam pojęcia – Agnieszka robiła się poirytowana. – Wcale nie czuję się zdrowa. Boję się zostać sama w domu, nie mogę zasnąć, bo boję się, że się uduszę. Kiedyś praca była dla mnie ważna i moja ukochana joga, i spotkania z naszą paczką… – A dziś? – Firma pewnie padnie, nie mogę ćwiczyć, bo mam kłopoty z oddychaniem, nie wolno wychodzić z domu, a zresztą nawet gdyby było wolno, nie założę maseczki, bo się uduszę. Przypomniałam Agnieszce, że w szpitalu miała badane płuca i wszystko było okej. – Już nikomu nie wierzę. Przecież zachorowałam wcale nie po 14 dniach, a podobno tyle wynosi okres inkubacji wirusa, tylko prawie po miesiącu. Nie miałam kaszlu ani gorączki. – To oznacza, że twój organizm jest silny i doskonale poradził sobie z wirusem. – To oznacza, że nikt nic nie wie, jest mnóstwo sprzecznych informacji… Już im nie wierzę.

Dezorientacja, zagubienie, rozgoryczenie, brak oparcia w zewnętrznym świecie, brak sprawdzonych informacji i utrata zaufania – to chyba najbardziej dotkliwe skutki pandemii. Także totalny brak kontroli nad rzeczywistością, ale też nad własnym ciałem. U Agnieszki, podobnie jak u wielu innych pacjentów zakażonych wirusem, objawy pojawiły się nagle.

– Od 10 lat ćwiczę jogę, umiem prawidłowo oddychać, ale zupełnie nie potrafiłam sobie poradzić, jakby słoń mi usiadł na klatce piersiowej. A podobno młodzi ludzie nie chorują – relacjonowała.

Poprosiłam, by pokazała, jakie to doznanie. Położyła dłonie na klatce piersiowej i mocno nacisnęła. – To ciężar z zewnątrz? – spytałam. Chwilę się zastanawiała. – Właściwie to chyba bardziej sznur przewiązany wokół talii i coraz mocniej się zaciskający… No, jak to się zaczyna, to nie mogę do końca nabrać powierza, przy każdym kolejnym wdechu wędruje ono wyżej. – Jakby ten sznur kolejnymi zwojami coraz bardziej i coraz wyżej zaciskał się dookoła twojego ciała? – Tak, chociaż sznur jest na zewnątrz, a niemożność nabrania powietrza do końca jest bardziej ze środka. – Czy możesz coś zrobić z tym sznurem i tym coraz płytszym wdechem? – Ale jak? – Symbolicznie. Spróbuj to sobie wyobrazić.

Zauważyłam, że Agnieszka szybciej i płycej oddycha. – To się teraz dzieje? – Czuję się jak wtedy, zanim wylądowałam w szpitalu.

Poprosiłam, żeby zrobiła kilka pogłębionych wydechów: płytki wdech i wydłużony wydech. Jej oddech powoli się uspokajał. – Czy od momentu powrotu ze szpitala zdarza- ją ci się problemy z oddychaniem? – Tak silne jak wtedy nie, ale chyba nie było dnia, żeby mnie lekko nie podduszało. A podobno jestem już zdrowa. – Wiesz, ja myślę, że ten sznur to symbol nacisków ze świata, a spłycony wdech to symptom lęku. – Chcesz powiedzieć, że jestem hipochondryczką? – Chcę, żebyś mi opowiedziała o tych zewnętrznych naciskach. – Ale ja zachorowałam po dwóch dniach w pracy, po prawie miesięcznej przerwie. I to nie na wypalenie zawodowe, tylko na koronawirusa.

Objawy koronawirusa są rozmaite i ciągle pojawiają się nowe. Jestem przekonana, że duszność, uznana za jeden z trzech najważniejszych, jest w dużym stopniu symptomem lękowym. Ten lęk narastał od momentu, kiedy zaczęły docierać do nas informacje o pandemii.

Krok 3. Próbujemy skonfrontować się z traumą Agnieszki

Groźba zachorowania, niemożność pracowania albo praca w innych warunkach niż przed pandemią, lęk przed utratą pracy, pieniędzy, przyjaciół, utrudnienia w codziennym funkcjonowaniu, kwarantanna lub obowiązkowa izolacja – to wszystko niweluje nasze poczucie bezpieczeństwa prawie do zera. Dopiero w obliczu takiej tragedii uświadamiamy sobie, jak bardzo lokujemy je na zewnątrz – praca, konto w banku, pasje, aktywność ruchowa… A co z oparciem w sobie?

Kiedy lokujesz swoje poczucie bezpieczeństwa na zewnątrz, tracisz dostęp do wewnętrznych zasobów, nie potrafisz konfrontować się z uczuciami, a przede wszystkim z lękiem – wypierasz go, zaprzeczasz mu albo go zamrażasz, ale on nie przestaje istnieć. Ludzie najbardziej pewni siebie na zewnątrz trzymają fason, a w środku są jak małe, bezradne dzieci. Nie są osadzeni we własnym ciele i – tak jak Agnieszka – czują duszność, ucisk w klatce piersiowej, miękkie nogi, zaciskanie krtani – to typowe objawy lęku, a niekoniecznie choroby.

Koronawirus był dla Agnieszki potężną traumą, która uruchomiła w niej wszystkie nieprzeżyte, zamrożone lęki z przeszłości. Zresztą w przypadku młodych ludzi jest on mniejszym zagrożeniem dla zdrowia – chorują lżej, często bezobjawowo. Jednak konieczność wprowadzenia ograniczeń życiowych i konfrontacji z własnymi emocjami, wypieranie lęku i brak oparcia w sobie mogą mieć długofalowe konsekwencje dla ich psychiki.

Poprosiłam Agnieszkę, żeby wstała i przyjęła postawę kobiety pewnej siebie. Wykonała to zadanie podobnie jak większość osób o nie poproszonych: nadmiarowe napięcie w ciele, sztywne nogi, a w efekcie mrowienie w kończynach albo ich słabość. Powiedziałam, żeby zrobiła to w taki sposób, by jej ciało odpoczęło. – Jasne, zaraz wskoczę do łóżka i wreszcie odpocznę.

Majka powiedziała mi, że od powrotu ze szpitala Agnieszka budzi się w nocy od trzech do ośmiu razy. Potem przez cały dzień chodzi zmęczona, ma zawroty głowy, dreszcze kompletnie straciła apetyt. To typowe objawy syndromu po traumie, które wymagają systematycznej pracy w procesie długotrwałej terapii. – Sądzę, że choroba, a jeszcze wcześniej kwarantanna i obecne nienaturalne warunki życia są dla ciebie traumą, i to rozciągniętą w czasie, właściwie nadal trwającą. A w traumie tracimy poczucie wewnętrznej mocy, sprawczości. Dlatego warto jest dotrzeć do swoich wewnętrznych zasobów po to, by odbudować tę moc. – Mnie wirus zabrał wszystko: pracę, karierę, pieniądze, jogę, przyjaciół, czyli wszystko, co dawało mi siłę, szczęście. Nie mam nic. – To nieprawda, masz siebie. – Mam słabe ciało, męczę się, ścieląc łóżko. Mam też świadomość, że moje życie już nigdy nie będzie takie jak dawniej. – Moje także i wszystkich innych ludzi. – Wiesz, jako dziecko spadłam z dużej wysokości i nic sobie nie zrobiłam, ale bardzo długo bałam się nawet wchodzić po schodach, o drzewach czy drabinie nie wspomnę, ale… w końcu to mi przeszło.

– To, co ci się przydarzyło, to jest właśnie taki upadek z wysoka. Możesz poczekać, aż lęk sam ci przejdzie, albo spróbować się z nim skonfrontować – powiedziałam.

Nawet jeśli wydaje ci się, że straciłeś wszystko, to masz siebie; swoje ciało, swój oddech, ruch.

Krok 4. Proponuję, by Agnieszka skupiła się na sobie

Wiedziałam, że to są tylko słowa. Miałam świadomość, że traumę leczy się tygodniami, a czasami latami, a tak globalna pandemia zafundowała mniejszą lub większą traumę prawdopodobnie każdemu z nas. Dziś nikt z nas nie wie, jakie będą konsekwencje. Na pewno jedno, co możemy zrobić, to skontaktować się z samym sobą, robić to każdego dnia, coraz głębiej, nawet jeśli pojawi się lęk przed tym, co możemy poczuć, odkryć, doświadczyć.

Poprosiłam Agnieszkę, żeby stanęła przed lustrem i poszukała odpowiedzi na pytania: Kim jestem bez pracy? Kim jestem w chorobie? Kim jestem bez możliwości spotykania się z przyjaciółmi? Kim jestem bez maski na twarzy i gumowych rękawiczek?

– Gdzie mam ich poszukać? – W sobie, nie w świecie. Nie w pełnionych rolach, nie w relacjach z innymi.

Najpierw była przerażona, dłońmi zakrywała i odkrywała twarz, kręciła się, wybuchała nienaturalnym śmiechem. W końcu popatrzyła na siebie uważnie i powiedziała: – Chyba jestem jakaś lżejsza, prawdziwsza… Może silniejsza. Muszę zebrać się do kupy i na nowo wymyślić plan na życie. Przecież kiedyś doskonale to potrafiłam.

A gdyby tak niczego nie wymyślać, tylko cierpliwie poczekać, co będzie dalej?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze