fbpx

Pół żartem, pół serio o terapii: Klientów słucham i wspieram, ale żyję własnym życiem

Pół żartem, pół serio o terapii: Klientów słucham i wspieram, ale żyję własnym życiem
123rf.com

Gdzie leży granica między dystansem do Klienta a obojętnością? Jak być blisko emocji Klienta, często bardzo bolesnych i trudnych, a zarazem nie dać się im zalać? Jak być w pełni dla Klienta, kiedy umiera nam ktoś bliski, przechodzimy kryzys w związku lub mamy problemy z dziećmi? To jedne z trudniejszych wyzwań towarzyszących psychoterapeucie.

Dwóch znanych psychoanalityków pracuje w tym samym budynku. Pewnego dnia spotykają się w windzie. Czterdziestolatek wygląda na wyczerpanego, a liczący ponad siedemdziesiąt lat doktor czuje się świetnie i podśpiewuje pod nosem.

– Nie rozumiem – pyta go młodszy kolega po fachu. – Jak pan może wysłuchiwać tych wszystkich okropnych historii i po ośmiu godzinach pracy wyglądać tak dobrze? – To pan ich słucha?

Prawda jest taka, że psychoterapeuci są niczym beczka, do której Klient wrzuca hektolitry emocji, dawnych urazów, traum z dzieciństwa. Zadaniem terapeuty jest odebrać te emocje i jednocześnie nie dać im się zalać. Nie sposób pozostać całkowicie obojętnym w stosunku do Klienta i przecież nie o to też chodzi. Zdrowego dystansu uczymy się przez cały okres aktywności zawodowej. Z jednej strony, aby być blisko i być w tym autentycznym, z drugiej – aby żyć własnym życiem i nie dać się zalać emocjami Klientów. Łatwo zgadnąć, że najtrudniejsze są początki, kiedy nie mamy doświadczenia, a samo prowadzenie sesji jest jeszcze stresujące. Staramy się pracować jak najlepiej, czasem angażując się za bardzo.

Pamiętam, jak podczas mojej bodajże drugiej sesji terapeutycznej w życiu wysłuchałam wyjątkowo szczegółowej relacji z wypadku opowiedzianej przez siostrę zmarłej tragicznie kobiety. Przed oczami, klatka po klatce przesuwały mi się makabryczne obrazy. To było balansowanie na granicy. Z jednej strony historia wywoływała skurcze żołądka, z drugiej – nie sposób było przerwać mówiącej, gdyż potrzebowała to powiedzieć. Przedłużyłam wtedy sesję. Dziś wiem, że poprowadziłabym ją inaczej i mniejszym kosztem. Można sobie wyobrazić w jakim stanie dotarłam do domu – przytaczając słowa mojego partnera: „przyniosłam swoje zwłoki”.

Dziś po zakończonym dniu już nie wyglądam jak cień, nie strzelam też do bliskich z pistoletu. Potrafię być w pełni wrażliwa w gabinecie i zamknąć w sobie te przeżycia, kiedy wracam do domu. Czas dojazdu – zwykle około 40 minut – pozwala na oczyszczenie. I to wcale nie oznacza, że Klienci są mi obojętni. Ale nadal od czasu do czasu potrzebuję odreagować. odreagowania. Obecność innych terapeutów, z którymi można porozmawiać czy pośmiać się, jest bezcenna. Rozumiemy się bez słów. Takie spotkania pozwalają zachować równowagę, złapać dystans. To taki nasz wentyl bezpieczeństwa. Jesteśmy jak lekarze, którzy w trakcie operacji opowiadają dowcipy w stylu:

Do pacjenta po poważnej operacji podchodzi pielęgniarka i pyta:

  • Jak się pan czuje?
  • Dobrze
  • Ale widzę że jest pan czymś wyraźnie zaniepokojony.
  • Noo tak…
  • Czym?
  • Pewnym słowem chirurga podczas operacji.
  • Co to za słowo?
  • Ups!

Trzeba pamiętać, że terapeuci są też zwyczajnymi ludźmi i czasem po prostu mają swoje kłopoty, lepsze i gorsze dni. I mimo że zawsze staram się koncentrować na Kliencie, jestem nie tylko terapeutką, ale także kobietą, córką, przyjaciółką etc. Na co dzień nie mam z tym kłopotu, jestem w gabinecie całą sobą. Sporadycznie jednak zdarza się, że jest trudno. Bo zmarł mi ktoś bliski, bo mam trudność w relacji z partnerem… Ale odpowiedzialność terapeuty polega na tym, aby w gabinecie być w pełni dla Klienta, a zarazem pozostać autentycznym.

Bywają sporadycznie sesje, na których nie dzieje się nic przełomowego. Klient odczuwa wyraźną potrzebę wygadania się, porozmawiania o sprawach bieżących, lżejszego kalibru. Oczywiście staram się wtedy koncentrować na jego słowach, jednak czasem trudno o maksymalne skupienie. To paradoksalnie dobry znak, bo mogę sprawić, aby było to z korzyścią dla Klienta. Pamiętam sesję, na której permanentnie nie potrafiłam skupić się na słowach rozmówcy. Zaczęliśmy o tym rozmawiać wprost. Czułam, że coś mnie blokuje, lecz nie potrafiłam dokładnie określić, co to było. Może sposób, w jaki mówił… Okazało się, że wielu ludzi z otoczenia tej osoby miało identyczne wrażenie, a mężczyzna ciągle czuł się niesłuchany. To była cenna wskazówka dla naszej dalszej pracy. Mogliśmy przyjrzeć się, co takiego on wnosi do kontaktu z ludźmi, że trudno im zachować uważność.

Nawiązując jeszcze do samego żartu, punktu wyjścia do niniejszego tekstu, rzeczywiście zdarza się, że terapeuta sprawia wrażenie, jakby nie słuchał. Są osoby, które przez pół godziny praktycznie się nie odzywają poza pomrukiwaniem „aha”, „ehe”, „hm”. Towarzyszy temu monotonne kiwanie głową, które czasem nazywamy żartobliwie pingwinem. Warto tu podkreślić, że – choć nawyk ten jest kłopotliwy i daje wrażenie sztuczności – często wcale nie oznacza, że terapeuta nie słucha swojego rozmówcy. Poza tym Klient łatwo to może sprawdzić. Metoda Gestalt, którą pracuję, jest bardzo relacyjna. Nie ma w niej miejsca na „pingwinowanie”. W tej modalności terapeutycznej pracuje się na relacji, na tym co tu i teraz dzieje się między mną a Klientem i każda moja „ nieobecność” byłaby od razu zauważona.

Klienci skarżą się także dosyć często na to, że nic o mnie nie wiedzą. W relacji terapeuta – Klient zawsze będzie istniało swoiste okrucieństwo nierówności. I jest ono potrzebne. Terapeuta ma być białą kartą, na której Klient może projektować swoje wyobrażenia, doświadczenia, aby potem nad nimi pracować. Może się zdarzyć, że Klient myśli o nas częściej, niż my o nim. To nieuniknione i może być bardzo irytujące z Jego punktu widzenia. Bywa jednak i tak, że dany Klient „towarzyszy” nam po godzinach, że jego historia szczególnie nas porusza. Zwłaszcza, gdy jest zbliżona do sytuacji znanej z doświadczenia własnego lub kogoś bliskiego. Profesjonalny terapeuta powinien pójść w takiej sytuacji na superwizję.

Jedno jest pewne. Misja terapeuty nie może trwać całą dobę, bo jaką energię otrzymaliby Klienci przychodzący następnego dnia? Bycie psychoterapeutą jest dla nas pracą, ale ta praca jest niezmiernie pasjonująca. A terapeuta Gestalt bardzo mocno „pracuje sobą” i dąży do bycia autentycznym w gabinecie i poza nim.

źródlo: gabinet-psychoterapii.wroclaw.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>