fbpx

Poświęcenie, czyli miłość a miłość własna

Poświęcenie, czyli miłość a miłość własna
Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. (Fot. iStock)

To dziś tabu. Tymczasem w życiu bywa pod górkę, bo ona albo on traci pracę, zdrowie, rodzi im się dziecko, które wymaga opieki. Co wtedy z naszym rozwojem, ambicją, związkiem? Czy czas na stare dobre poświęcenie, czy nowoczesne: „Żegnaj, kotku, świat czeka na mnie!” – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W ostatnich latach nieźle się dostało idei poświęcenia. Modne jest: „myśl o sobie”. Ale tylko do miłości własnej nie trzeba nam nikogo. Gdy jednak obok nas pojawi się druga osoba, to ryzyko, że coś zakłóci nasze plany, dwukrotnie wzrasta.
Życie to nie zakupy w galerii. Niestety, hedonistyczno-konsumpcyjna ideologia infekuje nasze związki. Tu warto jednak wskazać najważniejszych sprawców kryzysu miłości. Należy do nich powszechne i fałszywe przekonanie, że życie z kimś ma służyć wyłącznie temu, by było fajnie, ciekawie i miło. Gdy więc odczujemy, że ten projekt nie realizuje się, wypowiadamy umowę. A nawet żądamy odszkodowania za sponiewierane nadzieje i złudzenia. Jesteśmy oburzeni i rozczarowani, że nasz kontrahent nie wywiązuje się z obietnic. Nie dostarcza produktu Piękne Miłe Życie (nazwa handlowa PIMIŻ). Myślę, że to jest główna przyczyna tak częstych rozstań i rozwodów.

Może jest nią też powszechność nieformalnych związków?
Nie przypisuję magicznej mocy ceremoniałom i publicznym przysięgom. Tym bardziej że dzisiaj przysięgi, papiery i podpisy już prawie nic nie znaczą. Liczy się tzw. skuteczność w osiąganiu celów. Po trupach innych – a nawet po swoim własnym moralnym trupie. Ale jednak podczas tych ceremonii można usłyszeć paragraf mówiący o tym, że zobowiązujemy się nie zrywać zawieranej umowy nawet wtedy, gdy druga strona z jakichś powodów nie będzie dostarczać nam PIMIŻ-u. Ten paragraf – jeśli go usłyszymy i zrozumiemy – może nas urealnić i sprawić, że tak łatwo nie wymiękniemy w trudnych okresach. Ale też większość z nas w czasie ceremonii znajduje się w stanie maniakalnego odlotu. Niewiele słyszy i widzi. Nie do końca rozumie, o czym mówi małżeńska przysięga. A jeśli nawet rozumiemy, to i tak jesteśmy przekonani, że komu jak komu, ale nam z pewnością nic nie zakłóci stałej dostawy PIMIŻ-u.

Ale kłopoty, a nawet nieszczęścia to najbardziej demokratyczna forma ingerencji losu w nasze życie. Mają je wszyscy.
Odporność związku na kryzysy wzmocni pojmowanie go jako skojarzonego przez tzw. siłę wyższą. Ale to wymaga mocnej wiary. Czasami niefortunnie mylonej z całkowitym wyrzeczeniem się odpowiedzialności za swoje wybory i decyzje. Bycie w długim związku wymaga nieustannej uwagi i odwagi, a także odporności, siły, cierpliwości, elastyczności, zaufania i wzajemnego szacunku. Tak wyraża się miłość – szczególnie w czasach kryzysu. Siła wyższa tego za nas nie załatwi. Co więcej, jeśli jedna lub obie strony całkowicie zaprzestały dostarczania PIMIŻ-u, a w zamian uporczywie dostarczają cierpienia, upokorzenia i destrukcji, to nie należy się wahać przed wzięciem odpowiedzialności za rozwiązanie umowy.

Wiemy, że w złym związku nie warto być. Ale co robić, gdy po prostu nie mamy czasu dla siebie i swoich ambicji, bo zbyt wiele energii pochłania pomoc bliskiej osobie? Gdzie jest granica rezygnacji z siebie?
Miłość musi nam wtedy pospieszyć na ratunek. Związek jest umową dwóch osób na wspólne życie. Osoba to znacznie więcej niż jej atrakcyjne atrybuty i okoliczności. Trwa nawet wtedy, gdy te znikają. Jeśli prawdziwie kochamy, to kochamy osobę – niezmienną esencję wybranego sercem człowieka. A wtedy darujemy siebie, swój czas i swoją pracę bezinteresownie, bez poczucia poświęcania się. O miłości możemy mówić tylko wtedy, gdy mamy związek z osobą. To osobę kochamy i tylko osobę możemy kochać wbrew wszystkiemu i mimo wszystko. Gdy los sprawi, że będzie potrzebować naszej obecności, pomocy i wsparcia, to ofiarujemy jej to bez poczucia powinności i poświęcenia. Tak jakby jedna z naszych rąk biegła na pomoc drugiej. Nie ma to nic wspólnego ze znojem i udręczeniem wpisanym w rolę matki Polki. Te nie wynikają z potrzeby serca, nie są więc darem. Są odbieraniem sobie i budzą poczucie krzywdy. To, co nie jest darowane, jest złym poświęceniem. Zaprawione żalem i goryczą bardziej szkodzi, niż pomaga adresatowi.

Czyli kiedy kochamy, nie czujemy, że to poświęcenie, gdy musimy zrezygnować z jogi czy awansu, bo ten, z kim jesteśmy, wymaga pomocy?
Z odruchu serca, niemalże bezwolnie, robimy to, co jest do zrobienia w tej sytuacji. Jednak ci, którzy są w związku transakcyjnym, na ogół nie wytrzymują takiej sytuacji i wymiksują się jak z nieudanej imprezy. Choć i kochający osobę mogą nie dać rady. Zwłaszcza gdy kochana osoba przestaje być sobą czyli o-sobą. Znika lub zamienia się w kogoś innego, kto nas nie pamięta i jest wrogo nastawiony. Wtedy dopiero nawet prawdziwa, osobowa miłość zamienia się w poświęcenie.

Bo miłość rodzi się w związku i nim się karmi. Jak tu pokochać nieznaną osobę, która nagle zawładnęła ciałem tej kochanej? By się nią opiekować i żyć pod jednym dachem – musimy się poświęcić. To trudne, szlachetne i chwalebne. Z drugiej strony jednak – brak odczucia związku z tą nieznaną osobą otwiera w nas emocjonalną możliwość przekazania jej pod opiekę innym.

Czy można nauczyć się kochać, czyli nawiązywać osobową wieź z drugim człowiekiem?
Wielu z nas nie ma skąd czerpać wzorca, bo nawet rodzice nie nawiązali z nimi osobowej relacji. Jako dzieci słyszeli: „My zapewnimy ci przyzwoity standard życia i dobrą szkołę, a ty masz się świetnie uczyć. Jeśli nie będziesz, to wyprowadzasz się z domu, jak tylko skończysz 18 lat”. To nie miłość – to umowa o pracę. I gdy dzieciak nie dostarcza wyniku, jest mobbingowany jak nieprzydatny pracownik, którego trudno się pozbyć. W ten sposób zalicza się pierwszy stopień wtajemniczenia tzw. korpoludka. To, co dalej proponuje system postkapitalistyczny, już nie dziwi ani nie boli. Wiadomo, że – pod karą wykluczenia – trzeba efektywnie pracować, kupować, zdobywać, rywalizować i wykorzystywać ludzi do budowania kariery i wizerunku. Zanika wtedy potrzeba miłości, bo też miejsca i czasu na miłość zwyczajnie nie ma. Jeśli ktoś jeszcze czuje się osobą, a nie swoją urodą ani tym, co zdobył, i potrzebuje kochać – musi zapisać się do kontrkultury i zacząć żyć w opozycji do systemu.

Miłość jako hasło antykorporacyjne?
Tak, bo przestrzeń wartości, w której na co dzień żyjemy, jest schizofreniczna. Państwo zachęca do rywalizacji, pracy ponad siły, chciwość nazywa cnotą. Religia apeluje o miłość, miłosierdzie, empatię i pokorę. Niewielu potrafi to tak wyważyć, by nie znaleźć się na marginesie, a zarazem uchronić przed frustracją swoje najważniejsze ludzkie potrzeby. Trafił do mnie kolejny młody człowiek na krawędzi wyczerpania nerwowego i energetycznego. W szkole był prymusem, więc i w pracy jest liderem. Przyszedł, bo się zreflektował, że coś jest nie tak. Oboje z partnerką są po trzydziestce. Czas na dzieci. Zapytał, jak mają stworzyć rodzinę, skoro zasuwają oboje po 12 godzin dziennie?

Ktoś mógłby powiedzieć: „Wystarczy, żeby zmienili pracę”.
To nie takie proste. Wspieram go w pogłębianiu przebudzonej zdolności do refleksji nad życiem. Zainteresowałem go pytaniem, co go ukształtowało na żołnierza systemu. Dlaczego myśli, że tylko tak może wyglądać jego życie? Dlaczego nie widzi innej opcji niż zarobienie się na śmierć w tej korporacji? Czy pracując tam, znajdzie czas i siłę na miłość? Są przecież korporacje, które działają na zasadzie up or out. Mają w statucie, że co roku muszą wymienić 15 procent pracowników. Przypominają sekty: „Możesz kochać tylko mnie. Jeśli zdradzisz, to się rozstaniemy. I nie licz na moją lojalność”. Taki kontrakt mogą przełknąć tylko ci, którzy przeszli dziecięce wtajemniczenie w transakcyjną relację z rodzicami. I najbardziej ofiarni żołnierze systemu to kiepsko kochane dzieci. Akceptowane i nagradzane tylko za osiągnięcia. W dorosłym życiu dalej jadą tą koleiną. Nie jest więc łatwo sprawić, by korporacyjny żołnierz i korporacyjna żołnierka pokochali się na zawsze, na dobre i na złe. Nie ma zaklęcia, które by to sprawiło. Tym bardziej że nie jest łatwo zaryzykować zaangażowanie w miłość, gdy żywi się fałszywe przekonanie, że nie zasługujemy na to, by być kochanym. Ci, którzy tęsknią do prawdziwych, osobowych związków, szukają pomocy psychoterapeuty. Wiele wskazuje też na to, że gdy rozpoznamy miłość jako najważniejszą wartość naszego życia, musimy mieć odwagę, siłę i determinację, by przeciwstawić się systemowi, temu, co konsumpcyjne, hedonistyczne i transakcyjne.

Masz coś pocieszającego dla tych, którzy pragną miłości na dobre i na złe?
Jak Pan Bóg albo los chce, aby człowiek zmądrzał, to zsyła na niego nieszczęście, czyli np. nagłą chorobę, utratę pracy. Dojrzewamy przez kryzysy. Ów młody człowiek pojawił się u mnie, bo był na krawędzi poważnego zagrożenia zdrowotnego. By się uratować, musiałby dokonać szybkiej i gruntownej zmiany. A przynajmniej zaryzykować niezadowolenie pracodawcy. Nie wiem, czy się na to zdobędzie. Wie, że jest źle, ale jeszcze w kościach i w duszy tego nie czuje. Być może opamięta się dopiero, jak mu organizm odmówi posłuszeństwa. Tak, niestety, dzieje się w życiu większości ludzi, którzy zgubili siebie. Wiele muszą zmienić i unieść, by odważyć się sięgnąć po miłość.

Kobiety rejterują rzadziej, gdy wydarzy się nieszczęście. Statystyczny mężczyzna ucieka prawie zawsze, kiedy na przykład rodzi się mu chore dziecko. Dlaczego?
Bo sam był opuszczony przez ojca. Bo jest niedojrzały. Bo jest leniwy. Bo jest cyniczny. Bo nie potrafi kochać. Bo się wstydzi, że spłodził niedoskonałe potomstwo – co w jego przekonaniu świadczy o tym, że jest nie w pełni sprawnym samcem, i to go kompromituje. Wszystkie powody mogą o takim zasmucającym postępowaniu decydować. Zatrzymać go w rodzinie może uświadomione współczucie dla dziecka, miłość do jego matki, a w ostateczności poczucie przyzwoitości. A to uczyniłoby go bardziej dojrzałym i świadomym, a w dodatku wolnym od skutków nadwyrężenia sumienia. Życie z nadwyrężonym sumieniem nie jest łatwe. Trzeba to sumienie albo zapić, albo zapracować na śmierć. Albo jakoś inaczej znieczulić i zagłuszyć.

Słuchajmy więc sumienia, jeśli brak nam miłości?
Jeśli sumienie się odzywa, trzeba go słuchać. Może są ludzie, którzy go nie słyszą, ale to nie znaczy, że go nie mają. Często boimy się je usłyszeć, bo wtedy albo musimy zreformować swoje życie, albo spędzić jego resztę na zagłuszaniu sumienia, czyli na autodestrukcji. Jeśli zdamy sobie jednak sprawę, że nasze szczęście nie zależy od okoliczności zewnętrznych, to nie będziemy więcej nadwyrężać sumienia. Szczęście razem (jak też osobno) staje się możliwe dopiero, gdy nauczymy się kochać. Trafnie i ładnie opowiada o tym film „Wielkie piękno”. Bohater żyje w estetycznie wysmakowanym otoczeniu, w pięknym miejscu, ale nie jest w stanie tego dostrzec, bo ma zatrzaśnięte serce. Prawdopodobnie kiedyś przestał słuchać swego sumienia i gdyby otworzył się na piękno świata i życia oraz na szczęście, jakie może ono nieść, to musiałby też otworzyć się na wszystko, co wcześniej zamiótł pod dywan, wyparł i czemu zaprzeczył. Jeśli się na to nie zdecyduje, to miłość, szczęście i piękno pozostaną dla niego niedostępne. Zamykając serce, tracimy bezcenną wrażliwość, empatię i zdolność do zachwytu, bez których nie sposób budować trwałych związków z innymi ludźmi ani być szczęśliwym samotnie.

Miłość na dobre i na złe – jakie ma szanse w naszym świecie?
Wygląda na to, że dobrobyt oparty na konsumpcjonizmie nie sprzyja miłości. Bo rywalizacja i chciwość wydają się nie mieć końca. Paradoksalnie, w trudnych warunkach, gdy nie wystarcza dla wszystkich dóbr podstawowych, jesteśmy bardziej skłonni do współpracy, empatii i miłości. Gdy nasze przeżycie zależy od zdolności do kooperacji, to miłość i związki mają większe szanse. Trwała rodzina i rozbudowane, kooperujące systemy klanowe stają się wtedy solidną polisą ubezpieczeniową. Miłość źle więc znosi atmosferę konkurencji i bogactwa. Pozwala nam za to wiele przetrwać. A gdy doświadczy nas los i stać nas na radosne i bezinteresowne czynienie tego, co konieczne, by wesprzeć kochaną osobę, nasza świadomość dojrzewa i przenosi się na wyższy, współczujący poziom. Stajemy się zdolni do osobowych, miłosnych związków.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>