fbpx

Prawda ma długie nogi. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Prawda ma długie nogi
Według Wojciecha Eichelbergera, prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. (Ilustracja: Paweł Jońca)

Cenimy prawdę. Nie zawsze jednak chcemy ją znać: jeśli ona nie zapyta, to on nie skłamie. Dla kogo prawda jest dobra – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Kłamstwo tak jak komplement bywa pomocne – mówią psycholodzy. Z badań wynika, że sięgamy po nie dwa, a nawet sześć razy dziennie. Czyżby więc prawda nie zawsze była najlepszym rozwiązaniem?
Prawda zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, ale niekoniecznie cała, komunikowana natychmiast, każdemu, wszędzie i w nieprzemyślanej formie. Zanim więc ją zastosujemy, odpowiedzmy sobie na parę pytań. Pierwsze: Czy to, co mam do powiedzenia, rzeczywiście jest prawdą? Sprawa się komplikuje, gdy rzecz dotyczy uczuć, motywów, przekonań. Drugie: Czy prawda, którą chcę przekazać, stawia w trudnej sytuacji mnie, czy osobę, której ją komunikuję? Trzecie: Jaki czas, miejsce i forma będą najlepsze, by zakomunikować moją prawdę? Wielu szczyci się tym, że są szczerzy i bezkompromisowi, bo walą prawdę prosto z mostu – natychmiast, bez namysłu mówią innym, co o nich myślą. Na ogół nie zdają sobie sprawy, że ich przekonania, lęki i obsesje zniekształcają obraz świata, jaki widzą. A więc ta niby-prawda opisuje przede wszystkim stan ich umysłów, a nie rzeczywistość. Dlatego surowego, bezpardonowego sądzenia nas nie warto brać sobie do serca.

Czytałam w „Czterech umowach…” Don Miguela Ruiza, potomka Tolteków, żeby niczego, co inni mówią na nasz temat, nie brać do siebie, bo zazwyczaj są to projekcje ich własnych, jak to nazywa, snów. Autor obiecuje, że jeśli nam się to uda, unikniemy niepotrzebnego cierpienia i poznamy o sobie prawdę.
Ci, którzy walą w nas swoją niby-prawdą, zazwyczaj nie znają prawdy o sobie – nie wiedzą, kim są, jakie mają ograniczenia, ukryte lęki i motywy. Dlatego mistrzowie życia powtarzają: „Dopiero gdy poznasz prawdę o sobie, poznasz prawdę o innych”. W międzyczasie lepiej nie oceniać, pamiętać, że jesteśmy w stanie mówić tylko o sobie, o tym, jak odbieramy zachowania i emocje innych.

Jest prawda, którą trzeba wyznać. „Mam kochankę”, powinien powiedzieć partnerce mężczyzna. Tak radzą nam poradniki psychologiczne.
Oczywiście. Ale mówmy o faktach. Gdy więc ona go dopyta: „Od kiedy masz kochankę? Ile razy się z nią przespałeś?”. „Raz” – odpowie, bo na to pytanie odpowiedzieć umie, ale kiedy ona dopyta: „Czy ją kochasz?”, będzie miał już kłopot. „Nie wiem. Chyba nie…”. Ona dalej: „To po co z nią spałeś?”. On jest już całkiem zagubiony: „Nie wiem”. Dlatego zanim się powie komuś prawdę, warto najpierw ją poznać, odpowiedzieć sobie na ważne pytania. No bo jeśli jemu zdarzył się erotyczny incydent, a teraz tego żałuje i postanowił, że następnych razów nie będzie, to lepiej, żeby jej o tym nie mówił.

Ma ukryć skok w bok? Skłamać?
Nie skłamać, ale przemilczeć. Zapewne poczułby się lepiej, mówiąc, co nawywijał. Ona jednak pod ciężarem jego prawdy ledwo by zipiała. On, nie mogąc poradzić sobie z wyrzutami sumienia, wymógłby pewnie na niej przebaczenie, a przy okazji przerzuciłby małodusznie na nią część odpowiedzialności, mówiąc np. „Bo ty tylko mnie krytykujesz”. I cóż ta kobieta miałaby z tym pseudobohaterskim wyznaniem zrobić? Dałaby mu pewnie jeszcze jedną szansę po wielu nieprzespanych nocach. On, zachwycony swoją uczciwością, spałby spokojnie jak dziecko. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w sytuacji osoby zdradzającej czy zdradzonej, gdy zdarzy nam się popełnić jakieś głupstwo, którego żałujemy, warto rozważyć, czy przypadkiem nie byłoby właściwiej dźwigać go w pojedynkę, zamiast w imię iluzorycznej cnoty mówienia prawdy przysparzać cierpienia najbliższym. Wtedy też mamy szansę na uniknięcie recydywy, bo niewyznany i niewybaczony grzech potrafi uwierać długo, nawet dożywotnio. I tak powinno w takich wypadkach być.

Cierpi wiarołomca, bo nie ujawnił swojej wiarołomności. Co jednak z prawdą?
Będzie cierpiał, pod warunkiem że jego sumienie jest świadome i wrażliwe. Zbytnia łatwość wyznawania grzechów i uzyskiwania rozgrzeszenia jakoś nie zmienia grzeszników w świętych. Najistotniejsze dla ewentualnej transformacji jest odczuwanie szczerego, głębokiego żalu. Jak ktoś nie ma wrażliwego sumienia, to żadna spowiedź ani wybaczenie nic nie zmienią. A prawda? On poznał tę najważniejszą i najbardziej niewygodną – prawdę o sobie. A mianowicie, że jest zdolny do złamania przysięgi. I z tą prawdą będzie musiał żyć i sobie jakoś radzić. Ma dwie drogi: albo zrobi wszystko, żeby nie powtórzyć zdrady, albo ma przechlapane, bo zacznie zdradzać notorycznie. Jeśli ma uniknąć tego drugiego rozwiązania i czegoś się nauczyć, musi z determinacją szukać odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego zdradziłem?”. Wyznanie typu: „Wiesz, kochanie, przespałem się z jedną dziewczyną, ale to nie ma znaczenia i więcej się nie powtórzy. Nie gniewaj się, proszę” – zbyt łatwo zamyka sprawę, jest ucieczką przed trudną rozmową z samym sobą. Jeśli zaś przyjmie nową, niewygodną prawdę, ma szansę lepiej poznać siebie. Żeby się zbliżać do prawdy o sobie, trzeba się od czasu do czasu z czymś boleśnie zderzyć.

Jakaż to ukryta motywacja może drzemać w zdrajcy? Zdrada to zdrada. Nie ma w czym grzebać.
Problem z kochankami można porównać do problemów dietetycznych: dopóki nie doświadczymy innej kuchni, nie zdamy sobie sprawy, że tradycyjna od dawna nam szkodzi. Czasami nawet przeczuwamy, że dotychczasowa dieta nam nie służy, ale nie potrafimy o tym rozmawiać z partnerem albo z góry przekreślamy szansę na jakąkolwiek modyfikację. Niełatwo jest nam dostrzec nawet palącą potrzebę zmiany, zanim nie doświadczymy alternatywy. Ba, nawet gdy obie strony uświadamiają sobie martwotę i toksyczność ich związku, to brakuje determinacji i odwagi niezbędnych do jego zakończenia. Więc tkwią w tej sytuacji dla świętego spokoju z lęku przed nowym, przed samotnością – bo lepszym nam się jawi znane piekło niż nieznane niebo. Dopiero gdy pojawi się kochanek czy kochanka, łapiemy się go, jej jak tonący łodzi ratunkowej i uciekamy z tonącego statku.

A czy nie bywa tak, że ktoś, kto ukryje prawdę, poczuje się bezkarny i zacznie notorycznie kłamać, bo to da mu poczucie przewagi i władzy nad „naiwniakami”?
Na dłuższą metę ukrywanie prawdy w bliskim związku możliwe jest tylko wtedy, jeśli druga strona nie chce jej poznać. Wtedy partnerzy po cichu solidaryzują się w jej ukryciu: „Ja ci nie będę mówił, a ty nie pytaj”. Czasami ktoś nawet porywa się na szczerość: „Chciałem ci powiedzieć, że poznałem pewną kobietę i dobrze nam się …”. Na co ona: „Przepraszam cię, kochanie, ale muszę wyłączyć gaz pod zupą”, i wybiega z pokoju. Wraca po dziesięciu minutach: „Trochę to trwało, bo zadzwoniła twoja mama, że wpadnie jutro na obiad… to o czym mówiliśmy?”. „Eee, nic ważnego” – usłyszy. Tak zawierane są w związkach niepisane umowy. Można z nimi żyć latami, bo w istocie nikt nikogo nie oszukuje. Ludzie szukają różnych kreatywnych rozwiązań, by ratować swoje stałe, długie związki.

Można dobrze żyć i oddychać pełną piersią w przemilczanej prawdzie?
To byłoby psychologicznie trudne, a mogłoby się nawet niekorzystnie odbić na zdrowiu obojga. Więc skoro ona wie o kochance (lub on wie o kochanku), lepiej będzie dla niej i dla niego, gdy wyrazi jasno swoje uczucia i decyzje, np. „Zrywasz z nią natychmiast i mówisz jej, że to była pomyłka. A jeśli zdradzisz mnie jeszcze raz, to z nami koniec”. Albo: „Twoja zdrada kończy nasz związek. Żegnaj”. Albo: „Skoro ty masz kochankę, to ja sobie wezmę kochanka i zobaczymy, co z tego wyniknie”. Wtedy on dostaje jasny komunikat i może podejmować swoje decyzje. Jeśli uzna, że związek z kochanką jest dla niego ważniejszy, to od niej odejdzie. Jeśli związek z kochanką/kochankiem jest nade wszystko związkiem serc i dusz, to ani sumienie, ani zmowa milczenia tego długo nie uniosą, sprawa się wyda i dotychczasowe związki obojga kochanków się rozpadną.

Dorośli mają więc szukać prawdy o sobie też dla zdrowia. A co z dziećmi? Są rozwiedzione pary, które nie mieszkają razem, ale mimo to ukrywają przed dziećmi, że każde z nich kogoś ma. Takie kłamstwo w imię dobra dziecka.
To zupełnie niepotrzebne i niedobre dla dziecka. Bo kiedy się dowie, a się dowie, bo kłamstwo ma krótkie nogi, to rodzicom nie wybaczy, że było oszukiwane. Bardziej bolesne będzie dla niego to, że tak długo kłamali, a nie to, że już dawno przestali się kochać. Największą krzywdą, upokorzeniem i rozczarowaniem jest świadomość, że byliśmy latami oszukiwani. Więc pewnego dnia dziecko im to wygarnie: „Przez tyle lat mnie oszukiwaliście?! To jak ja mogę wam wierzyć?!”. Co gorsza, gdy dorośnie, trudno mu będzie uwierzyć komukolwiek.

Prawda dorosłych zawsze robi dobrze dzieciom?
Prawda jest dla dzieci szczególnie ważna, bo od rodziców i opiekunów uczą się siebie i świata. Jeśli nie będą obcować z prawdą, to nie nauczą się ani siebie, ani świata, ani tego, jak w nim żyć, nie będą odróżniać kłamstwa od prawdy, nie będą miały zaufania ani do innych, ani do siebie. Prawda jest bowiem najlepszą i jedyną glebą dla rozumu, serca i ducha.

„Mam czyste sumienie, więc śpię spokojnie i mam się dobrze” – mówiła moja babcia. Badania potwierdzają: prawda to spokój i zdrowie. Z eksperymentu prof. Anity E. Kelly z Uniwersytetu Notre Dame wynika, że po pięciu tygodniach niekłamania mijają bóle głowy, gardła, rozdrażnienie. Nie ma też lęku, bo nie mamy czego się bać, nikt nas nie przyłapie na nieuczciwości.
Kiedy kłamiemy, poziom hormonów stresu wzrasta, szybciej oddychamy, silniej się pocimy, bo obawiamy się kompromitacji. Prawda to wielka ulga. Tylko trzeba wtedy z uniesioną głową przyjąć konsekwencje i spłacić do końca dług zaciągnięty kłamstwem. A to – w skrajnych wypadkach – może znaczyć, że zostajemy bez kochanki/kochanka, bez pieniędzy, bez domu i bez dzieci. Rekompensatą jest to, że nasze życie się urealni i uspójni – niczego nie będziemy musieli udawać, niczego bać, nikogo oszukiwać, będziemy mieli więcej czasu i energii na sprawy najważniejsze i będziemy zdrowsi.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze