Przyszłość Boga

Przyszłość Boga
123rf.com

Czy będziemy dobrymi ludźmi, jeśli kościoły zostaną zamienione na galerie? Czy niewierzący mają dusze? Co się stanie, gdy przestaniemy wierzyć w to, że to Bóg podyktował Mojżeszowi Dziesięć Przykazań? Czy to możliwe, że jak świat się zlaicyzuje, ludzkość wytworzy nową formę duchowości? Co w sprawach ducha czeka nas w przyszłości – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Zacznijmy od anegdoty z książki współczesnego francuskiego filozofa Andre Comte’a-Sponville’a „Duchowość ateistyczna”. Dwóch rabinów całą noc rozmawia o tym, czy Bóg istnieje. Dochodzą do wniosku, że nie i idą spać. Jeden z nich budzi się rano i widzi, że ten drugi się modli. Zdziwiony pyta: „czemu się modlisz, przecież ustaliliśmy, że Bóg nie istnieje?”. „A co ma jedno do drugiego?” – odpowiada modlący się. Hm, może coś w tym jest i laicyzacja nie zniszczy duchowości i tradycyjnych wartości?

To bardzo mądra przypowieść dająca właściwą odpowiedź na z pozoru bluźniercze pytanie ukryte w tytule naszej rozmowy. Wiele wskazuje na to, że kończy się czas religijnych korporacji monopolizujących duchowe aspiracje ludzi. Ale to nie znaczy, że zanika ludzka potrzeba poszukiwania prawdy, sensu, dobra i miłości, którą w skrócie nazywamy duchowością. Może być nawet odwrotnie. Rozpad religijnych imperiów już teraz inspiruje ludzi do poszukiwania własnych dróg zaspokajania powszechnych duchowych potrzeb.

Co to znaczy „własnych dróg”?

Wzrasta liczba tych, którym już nie wystarczają gotowe, teologiczne odpowiedzi na pytanie o miejsce człowieka we wszechświecie. Którzy nie chcą przyjmować na wiarę, lecz sami, przez własne doświadczenie i na własny rachunek – dowiedzieć się, jaka jest ich tożsamość duchowa. I coraz częściej odkrywają, że modlitwy, kontemplacji czy medytacji nie praktykuje się po to, aby podobać się jakiemukolwiek Bogu, ani po to, aby sobie coś u Niego załatwić, lecz po to, by doświadczyć prawdy i pełni swego ludzkiego istnienia.

Ale w naszej tradycji pełni istnienia możemy doświadczyć, właśnie poszukując Boga, i to za pośrednictwem Kościołów, obrzędów, symboli itd.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Mam nadzieję, że religijność przyszłości będzie nastawiona na poszukiwanie Prawdziwego Człowieka/Boga w człowieku, a nie abstrakcyjnego Boga w przestrzeniach wszechświata. Religijność przyszłości będzie nas kierować ku przekraczaniu naszych intelektualnych i emocjonalnych ograniczeń (ku transpersonalności, a nie transcendencji). A ponieważ „Bóg stworzył człowieka na wzór i podobieństwo swoje” to te poszukiwania powinny stać się możliwe dla każdego i niewymagające pośrednictwa. Anegdota Comte’a-Sponville’a ilustruje te założenia, sugeruje, że odwieczny spór o istnienie Boga to problem zastępczy, odwracający uwagę od najważniejszego, czyli: co człowiek sam ze sobą ma do zrobienia na tej Ziemi? Bo nie jest ważne pytanie: czy i w co wierzę?, lecz: kim jestem? Kim w istocie jest ta poszukująca wiary, prawdy, nadziei i miłości istota zwana człowiekiem?

Humanistyka zawsze stawiała człowieka w centrum. Ale też łatwo ta idea może zmienić się w konsumpcyjny narcyzm, gdzie miejsce Boga zajmuje „ja” pędzące na oślep do materialnego sukcesu.

Praca nad sobą, zapomnienie się i zapomnienie o sobie – w modlitwie czy medytacji – wyzwala nas z odziedziczonego po Adamie i Ewie narcyzmu. Widzimy wtedy jasno, że ego, jak każdy uzurpator, musi stroić się, wywyższać, gromadzić rzeczy, tytuły i zaszczyty. Dostrzegając to, stajemy się wolni także od pokusy egotycznego konsumowania religijności czy duchowości.

To dobrze, że nie zanika w nas głód duchowości. Ale jak można mówić o niej bez wiary w istnienie Wyższej Istoty?

Myślę, że lepiej. Zakładanie istnienia Wyższej Istoty nieuchronnie budzi postawy bałwochwalcze i roszczeniowe. Podsyca nadzieje na boską interwencję w nasz los i skazuje na rozczarowanie, gdy ten los nie układa się po naszej myśli. Wiara w to, że ktoś lub coś decyduje o naszym życiu, skłania nas do zabiegania o pozytywne nastawienie do nas tego kogoś lub tego czegoś. Umieszczamy tym samym centrum kontroli naszego życia na zewnątrz, wyrzekamy się poczucia wpływu na własny los. A to nas osłabia, a także czyni zbędnymi wszelkie wewnętrzne poszukiwania i wysiłki związane z pracą nad sobą.

Ale czy będziemy uczciwi bez straszaka w postaci kary za grzechy? Comte-Sponville pisze, że co prawda nie wierzy w życie po śmierci, ale wierzy w życie do śmierci. I to jego zdaniem wystarczy, by być dobrym człowiekiem.

Nic nie wskazuje na to, że ludzie niewierzący zachowują się mniej moralnie niż wierzący. Wystarczy popatrzeć na historię naszej cywilizacji, na to, jak zachowali się wyznawcy różnych religii: wojny, rzezie innowierców, zdobywanie wyznawców przemocą i gwałtem. Dni panowania tradycyjnych religii wydają się policzone. Ale to nie znaczy, że z naszą powszechną moralnością będzie gorzej, niż jest. Może być zdecydowanie lepiej. Wskazują na to choćby analizy przedstawione w książce „Poza wiarą. Jak wychować etyczne, wrażliwe dzieci w świeckiej rodzinie” pod redakcją Dale’a McGowana. Wynika, z nich, że wielu ludzi, którzy prowadzą działalność charytatywną, to ateiści.

Czy wraz z końcem religii instytucjonalnej czegoś nie tracimy? A co z duszą? Bez niej można sprzedawać samochody, ale czy można być w pełni człowiekiem?

Prawdziwa duchowość zaczyna się wtedy, kiedy naprawdę bierzemy odpowiedzialność za swoje życie. Gdy sami stajemy się sędziami naszych czynów. Gdy przestajemy udawać, że ktoś może nas uwolnić od odpowiedzialności i poczucia winy za krzywdy, jakie wyrządziliśmy sobie lub innym. A to dopiero może przywrócić nam poczucie większej moralnej odpowiedzialności za nasze czyny i decyzje. I obudzić świadomość, że to my sami kształtujemy nasz los.

A więc czeka nas tylko uniezależnienie duchowości od religii?

Dokładnie o to chodzi i dobrze, że tak się dzieje, bo większość ludzi, którzy wchodzą we współczesne życie religijne, gubi swoją duchowość. Często stają się członkami jakiejś sekty, wielbicielami kogoś, kto się dziwnie ubiera i twierdzi, że ma kontakty z Wyższą Istotą. Być może obecny kryzys cywilizacyjny zdarza się właśnie po to, by dojrzalsza duchowość się w nas obudziła? Uwierzmy przynajmniej w to, że Pan Bóg, jeśli istnieje, z pewnością marzy o tym, żebyśmy wreszcie zaczęli używać swojej inteligencji, wolnej woli i sumienia i dali Mu święty spokój. Byśmy przestali obciążać Go odpowiedzialnością za to, że przychodzi nam doświadczać skutków naszych własnych czynów.

Choinka, bombki, pisanki – to powinno nadal być dla nas ważne. Tak pisze Comte-Sponville i proponuje zamiast wiary – wierność. Wierność tradycji i tradycyjnym wartościom: sprawiedliwości, współczuciu, miłości.

Wiele wskazuje na to, że moralność nie jest objawiona, nie jest unikalnym przesłaniem pochodzącym od Wyższej Istoty. Zasady etyczne spisane na kamiennych tablicach pojawiły się wprawdzie w skoncentrowanym na modlitwie umyśle Mojżesza, ale z pewnością już w społecznościach pierwotnych zachowywaliśmy się zgodnie z jakąś formą moralności. Bo zasady regulujące życie społeczności zdecydowanie zwiększały szanse przeżycia.

 

Ale jakoś tak się stało, że od kiedy kościoły zaczęły świecić pustkami, chęć bogacenia się przestała mieć granice.

Niestety, wiele organizacji religijnych doskonale wpisuje się w promocję konsumpcjonizmu i pogoń za bogactwem. Czy sposób odzyskiwania utraconego majątku przez Kościół katolicki w Polsce nie jest promocją chciwości? Z drugiej strony tradycyjny protestantyzm jest tak ascetyczny i mroczny, że też traci duchową atrakcyjność. Mądry film „Uczta Babette” próbował rozprawić się z religijnym nieumiarkowaniem zarówno w bogactwie, jak i w ascezie. Do wioski rybackiej, skutej protestanckim etosem, gdzie wszyscy chodzą smutni i przerażeni, że nie dość się starają, by zadowolić surowego Boga, przyjeżdża kobieta, która w Paryżu prowadziła restaurację. Patrzy na tych ludzi i zastanawia się, co może dla nich zrobić. I robi to, co potrafi najlepiej, wydaje wyrafinowaną ucztę dla całej wsi. Ofiarowuje im prawdziwą symfonię smaków, zapachów, faktur i kolorów. Zaprasza na nią swojego przyjaciela, światłego człowieka, który wznosząc toast, trafia w sedno: „obyśmy doczekali takiej religii, która sprawi, by cnota i rozkosz wpadły sobie w ramiona”.

Fajnie, tylko skąd my teraz weźmiemy cnotę?

Z ludzkich serc i umysłów. Ludzie wiedzą sami z siebie, że prawdziwe szczęście nie jest możliwe bez cnoty umiaru i uwagi. Chciwość, zawiść i rywalizacja niosą cierpienie. To człowiek jest twórcą wszystkich religii i kodeksów. Ludzki umysł i ludzki duch je stworzył. To, co teraz się dzieje, to jedynie kolejna transformacja naszej religijności, przejście ku jej wyższym formom. Rozstanie z dotychczasową religijnością można porównać do opuszczenia domu przez młodego człowieka. Nadchodzi dzień, gdy mówi: „do widzenia, mamo, do widzenia, tato, dojrzałem już do tego, żeby żyć na własny rachunek”. I gdy zaczyna żyć samodzielnie, staje się bardziej odpowiedzialny. Gdy mieszkał u rodziców, to oni decydowali, co miał robić i jakich dokonywać wyborów. A on buntował się przeciwko nim w niedojrzały, destrukcyjny sposób. Mam nadzieję, że wychodzimy powoli z fazy niedojrzałego buntu i zaczynamy zachowywać się bardziej odpowiedzialnie. Przestaniemy liczyć na to, że w razie czego wszystko, co zepsuliśmy, Pan Bóg naprawi. Ten niedojrzały sposób myślenia jest w dużej mierze odpowiedzialny za obecny stan świata.

W naszym usamodzielnianiu się ważne jest jednak to, co wynieśliśmy z domu. A jak dobrze wychować dzieci bez religii?

Jeśli rodzice będą brać odpowiedzialność za swoje życie, to nauczą tej odpowiedzialności dziecko. Jeśli dorosły zrozumie, że od niego zależy jego los, to jego dzieci będą też tak myślały. Moralni są ci, którzy wiedzą, że odpowiadają za wszystko. Jeśli tak żyjemy, to tak wychowamy nasze dzieci. W poczuciu odpowiedzialności nie będą wtedy krzywdzić innych ani siebie.

Dziś ze złymi uczynkami, poczuciem winy itd. pomaga nam poradzić sobie psychoterapia. Może ona zajmuje miejsce religii?

Psychoterapia i inne dziedziny zajmujące się rozwojem ludzkiego potencjału są dziś zdecydowanie bardziej potrzebne niż niedojrzała popreligijność. Tym bardziej że pokolenia, które teraz wchodzą w życie, nie są już skłonne akceptować tradycyjnych form religijności. Młodzi usiłują żyć w zgodzie z nową wizją świata. A według niej wszechświat jest energią, a nie jak zakładano – materią. A więc jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś o sobie czy o świecie, musimy widzieć całość, wszystko oglądać w kontekście. Bo wszystko jest jednością. Od wieków mówili o tym mistycy, a teraz dołączyli do nich fizycy. Takie przeżywanie świata spowoduje narodzenie się moralności, która nie będzie nakazem zewnętrznym, lecz naturalnym odruchem sumienia, zrodzonym z poczucia odpowiedzialności za wszystko. Będziemy bowiem świadomi, że jesteśmy jak motyl z metafory używanej przez fizyków, by przybliżyć nam sposób funkcjonowania świata: gdy motyl zatrzepocze skrzydłami w Brazylii, może spowodować huragan na Syberii.

A więc to nauka i etyka laicka będą w przyszłości bronić uniwersalnych wartości, których miały nas uczyć tradycyjne religie.

Religijność przyszłości będzie świadoma swego uniwersalnego, bezimiennego źródła – niedającego się nikomu zmonopolizować. A więc stanie się przekazem wspólnym. Jednoczącym nie tylko ludzi ze sobą nawzajem, lecz także ludzi z Ziemią i ze wszechświatem. Jest nadzieja, że katastrofalny stan planety, którą skolonizowaliśmy, sprawi, że zdamy sobie sprawę z tego, iż to, co uczyniliśmy sobie, uczyniliśmy też innym, i w końcu zaczniemy żyć w zgodzie z naszą głęboką, uniwersalną potrzebą miłości bliźniego. A nawet uznamy za bliźnich wszystkie ożywione i nieożywione istoty. Brzmi to abstrakcyjnie i patetycznie, lecz w realnym doświadczeniu jest proste i oczywiste.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>