fbpx

Wojciech Eichelberger: Czy masz już modną pasję?

Wojciech Eichelberger: Czy masz już modną pasję?
123rf.com

W życiu człowieka sukcesu musi być na nią miejsce. Powstają dziesiątki poradników, jak ją odkryć, a potem użyć do sukcesu w pracy. Ale czy pasja ma temu służyć? Czy nie pozwalamy okradać się z czegoś naprawdę cennego?
Jak ją mieć, a nie ulegać modzie na jej posiadanie – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.



Widziałam ostatnio bieżnię, którą montuje się przy biurku. To pewnie ma być idealne rozwiązanie dla tych, których pasją jest i jogging, i praca.

Musimy chyba zdemistyfikować to, co uznajemy dziś za pasję. Choć nie jestem do końca pewny, że i w tej sprawie powinniśmy odbierać ludziom złudzenia. Ale skoro prawda wyzwala, to nie mamy wyjścia. Zacznijmy od tego, co dobrze robi pasji. A więc dobrze jej robi, gdy skromnie i dyskretnie służy swojemu entuzjaście. Gdy nie obnosimy się z nią i nie wykorzystujemy jej do transakcji towarzyskich, marketingowych czy finansowych. Gdy nie służy do wywierania wrażenia na własnej lub przeciwnej płci. Pasji szkodzi natomiast wykorzystywanie jej do budowania pozycji zawodowej, traktowanie przedmiotowo. Prawdziwa pasja jest jak cudowna kochanka lub kochanek – wybrana/y sercem, a nie rozsądkiem czy z wyrachowania. Afiszowanie się i rozgłos ją unicestwiają. Najwięcej mamy z niej radości, gdy dyskretnie i bezinteresownie oddajemy się jej w pełni, nie szczędząc darów, ofiar ni pieniędzy.

Ale się rozmarzyłeś…

Chyba tak, bo coraz trudniej o taką pasję. Zabawę i satysfakcję psuje nam konsumpcyjne rozpasanie i powszechny, agresywny marketing pasji. Rynek dobrze wie, że na tym można zarobić – więc kto nie ma pasji, niech się wstydzi i nie pokazuje w towarzystwie. Teraz już nie musimy szukać pasji pośród mglistych tęsknot w głębi naszych serc i trzewi. Mamy je podane na talerzu, do wyboru. Bo media i szeptany marketing podpowiedzą nam, jakie pasje są w modzie i jaki sprzęt należy nabyć, aby sprawiać wrażenie autentycznie zaangażowanego pasjonata. W efekcie nasze pasje stają się często pseudopasjami; przymusową, kosztowną udręką naśladowczego i bezdusznego kolekcjonowania gadżetów.

Dlaczego dajemy się na to nabrać? Czemu „kupujemy pasję”, zamiast poszukać jej w sobie?

Marketing pasji trafia najszybciej do tych, którzy swojej pracy nie lubią, bo na przykład stawia ona w trudnej sytuacji ich poczucie godności lub sumienie. Wtedy każda pasja – choćby ta kupiona w supermarkecie – kompensuje frustrację związaną z pracą: „Zarabiam na tym, czego nie lubię i nie cenię, ale przynajmniej wydaję na to, co kocham”. To przynosi zrozumiałą ulgę.

Pasja jako alibi? Kup złote kable, nazwij się audiofilem, a usłyszysz wszystko poza sumieniem?

Ale jesteś bezkompromisowa! Ludzie muszą z czegoś żyć. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Jak ktoś twierdzi, że czerpie głęboką satysfakcję, odpoczywa i rozwija się – słuchając tak muzyki, to dobrze, niech słucha. Pozwólmy sfrustrowanym pracą czerpać ukojenie i nową, lepszą tożsamość ze słuchania muzyki czy robienia czegokolwiek, co ich bardziej zajmuje niż nierozwijające zarabianie. Milej nam się definiować i przedstawiać jako np. audiofil, kolekcjoner czy koneser niż jako np. gospodyni domowa czy dziennikarz tabloidu. To zrozumiałe i naturalne.

Czyli prawdziwa pasja daje nam odpoczynek, satysfakcję i rozwój, a nawet wspiera poczucie tego, kim jesteśmy?

Jak najbardziej. To powszechne ludzkie doświadczenie: to, co robimy dla odpoczynku, rozrywki czy satysfakcji, bardziej nas rozwija niż praca służąca wyłącznie zarabianiu. Pod wspomnianym już warunkiem, że pierwszym i podstawowym powodem zaangażowania się jest szczera miłość oraz szacunek połączony z dyskrecją. Jakże trudno temu dziś sprostać! Wystarczy rzucić okiem na to, co dzieje się w sieciowych komunikatorach, gdzie na setkach forów i portali założonych przez różnych pasjonatów – prócz pożytecznej wymiany doświadczeń – trwa nieprzerwany konkurs narcystycznego lansu: kto więcej na swoją pasję wydaje, kto więcej swojej pasji poświęcił, kto więcej o niej wie itp.

Jest jeszcze jedno zagrożenie, szef mówi: „Dostaniesz coacha, nie nadążasz”. Coach pyta: „jaką masz pasję?”. „Gotowanie”. Więc uczy, jak sięgać w pracy do tego, co czujesz w kuchni. Pracuje ci się lepiej, ale czy gotowanie nadal jest twoją pasją? Może lepiej powiedzieć: „łapy precz od mojej pasji!”. Pieniądze można zarobić choćby na pazerności…

Nie wiem, czy gotowanie nadal będzie pasją tej osoby. Może nie? Ale nie wykluczam, że pasja może być użyteczną metaforą dla zmiany stosunku do pracy. Jeśli coach chce pomóc komuś, kto przeżywa pracę jako przymus i znój, to może nakłaniać go, by dokonał połączenia pasja – praca i przeniósł część swojego zaangażowania z pasji na pracę. To zabieg pożyteczny, acz nie zawsze skuteczny ze względu na obiektywne przeszkody, np. niemądrego szefa, złośliwych współpracowników, przeciążenie czy brak pozytywnej misji organizacji, na rzecz której pracujemy. Bo pasja ma to do siebie, że naturalnie – bez żadnego przymusu – ku niej dążymy, gdyż realizowanie jej daje nam radość i satysfakcję. Czyli oferuje to, czego praca większości z nas nie dostarcza.

Znajdź swoją pasję, a potem zacznij na niej zarabiać i nigdy już nie będziesz musiał pracować – takie słowa znajdziemy w wielu poradnikach.

Święta prawda – ale niełatwa w realizacji. Najłatwiej jest tym, którzy mają jakiś szczególny talent i potrzebę realizowania go. Jeśli to robią, mają satysfakcję, a przy okazji pieniądze. I nie myślę tylko o artystach. Podobnie rzecz się ma ze sportowcami, psychoterapeutami, nauczycielami itd. Ilość talentów, które można zamienić w pracę, jest nieograniczona. I wtedy rzeczywiście pasja staje się zawodem. Ale i tu trzeba zachować umiar, bo jak ktoś się uprze, to wypali się ukochaną pasją tak samo jak niechcianą pracą.

Czyli przyznawać się do swoich pasji?

Hm. To zależy od tego, jak bardzo chcemy chronić intymny obszar naszego życia. Myślę, że w czasach zaniku barier i granic warto się zatroszczyć o zachowanie intymnej i dyskretnej relacji ze swoją pasją. Ale potrzeba internetowej ekspozycji jest obecnie tak wielka, że trudno nie ulec pokusie, by – przykładowo – nawet z masturbacji próbować czynić szacowną pasję, którą można rozwijać i rozwijać… Przesadzam? Zajrzyj do sieci. Bo też dziś – pod chlubnym terminem „pasja” – często ukrywamy wstydliwe uzależnienie. Pasja nie ma nic wspólnego z uzależnieniem, czyli z przymusem. Bywa silnym pragnieniem, lecz takim, nad którym panujemy. To my zarządzamy pasją, a nie pasja nami. Co więcej, ona winna być okazją do rozwijania nowych zasobów, umiejętności i cnót charakteru, których nie mamy okazji rozwijać gdzieś indziej. Jeśli naszą pasją jest szydełkowanie, to poświęcając mu czas i tworząc wartościowe i piękne przedmioty, rozwijamy sprawność manualną i zarządzające tą sprawnością rejony mózgu… Przede wszystkim jednak kształcimy cnotę koncentracji, zaangażowania i cierpliwości. A więc gdy to, co nazywamy pasją, staje się przymusem, źródłem destrukcji dla nas samych i naszych związków – to znaczy, że mamy do czynienia z groźnym uzależnieniem.

Moja teściowa Anna miała wystawę zrobionych przez siebie serwetek…

Sukces powinien być co najwyżej produktem ubocznym pasji – nigdy celem. Pasje są po to, abyśmy mogli wypocząć od przymusu odnoszenia sukcesu. Pasja jest działaniem samowzmacniającym się, wartością samą w sobie. W realizowaniu pasji droga jest celem. Pasja ma prawo być bezużyteczna i bezsensowna z punktu widzenia wszelkich praktycznych kryteriów. Możemy na przykład czerpać niewymowną satysfakcję z gry na fortepianie, mimo że artystyczny poziom naszej gry jest do przyjęcia tylko dla tych, którzy nas kochają. Użyteczność pasji może być co najwyżej przypadkowa. Dlatego pasja z założenia wprzęgnięta w budowanie naszej wartości w oczach innych traci wymiar samodoskonalenia, niezamierzonej pracy nad sobą – i przestaje być pasją… Ale rozumiem też tych, którzy w nielubianej pracy nie osiągają sukcesów. Oni też chcą gdzieś wygrać: choćby w wyścigu kolarzy amatorów. Każdy z nas potrzebuje jakiegoś – choćby minimalnego – sukcesu i pasja może być dla niego przestrzenią, gdzie upragniony sukces się wydarza.

W korporacyjnych small talkach dobra, modna pasja jest jak znalazł.

Jeśli kolejność jest taka: muszę sobie znaleźć pasję, żeby mieć o czym rozmawiać z szefem na lunchu – to niedobrze. Kolejność powinna być odwrotna: najpierw wciąga nas fizyka kwantowa i teoria strun, a potem dopiero, gdy ktoś zapyta: „jaką masz pasję?”, możemy go odpowiedzią zastrzelić. Pasjonaci mówią o swoich pasjach, bo je kochają, a nie po to, by zrobić wrażenie. Naśladownictwo i konformizm z reguły narażają nas na kłopoty i śmieszność.

Jak bohatera „Czterdziestolatka”, który gdy został dyrektorem i dowiedział się, że pasją dyrektorów jest polowanie, wybrał się do lasu. A tam postrzelił ministra i zgubił psa…

Ale też może się zdarzyć, że poprzez naśladownictwo odkryjemy coś, co nas naprawdę zacznie pasjonować. Często jesteśmy pogubieni, chaotyczni, powierzchowni – zwłaszcza gdy zbyt ciężko nam się żyje i pracuje. Doszukać się wtedy swojej pasji nie jest prosto, nie wystarczy usiąść i pomyśleć. Trzeba szukać przez doświadczenie. Np. dać się wyciągnąć na wyprawę na pustynię albo w góry, albo na koncert. Próbować tego, co nowe i nieznane. Może w pewnym momencie poczujemy: „To mnie naprawdę kręci – tego mi brakowało”. Ale uwaga, uwaga! Często naszą pasją staje się to, co na początku wydawało się trudne i nieatrakcyjne. Nie zawsze jest tak, że do nierozpoznanej pasji od razu nas ciągnie. Miewamy do niej ambiwalentny stosunek. Na przykład marzymy, by chodzić po górach, ale okazuje się, że po 500 m realnej wspinaczki mamy dość, bo brak nam kondycji. Przy sportowych pasjach musimy dawać sobie czas, by organizm za nimi nadążył. Jeśli przeczuwamy, że to ma być muzyka klasyczna, to też musimy nauczyć się jej słuchać.

A może w czasach konsumpcji i pracoholizmu brak nam prawdziwej pasji życia, tak twierdzą niektórzy, i dlatego wymyślamy sobie pseudopasje?

Ważnym wskaźnikiem tego, że realizujemy prawdziwą pasję, są pojawiające się od czasu do czasu chwile szczęścia, czyli poczucie – często nie do końca jasne – dotykania ważnego, wręcz podstawowego wymiaru życia. Jeśli zabraknie nam szczęścia lub determinacji w pełnym realizowaniu naszej pasji, to nieświadomie będziemy szukać pośrednich lub zastępczych, czasami destrukcyjnych dróg jej realizacji. Tak jak mężczyzna, który nie zrealizował swojego talentu i pasji do boksu, więc by poprawić sobie samopoczucie i niskie o sobie mniemanie, szuka przeciwników w barach i sprawdza się w rozróbach. Albo jak ktoś z niezaspokojoną pasją podróżowania i zwiedzania świata spędzający połowę życia na obserwowaniu pociągów na dworcu czy samolotów na lotnisku.

No to mamy dziś pasje czy nie?

Jeśli pytasz o pasję zdefiniowaną w taki wymagający sposób, jak to zrobiliśmy, to mało kto ją ma. Większość ma pasję, bo wypada ją mieć, albo by kompensować swoje gorzkie bytowanie w pracy czy żeby błyszczeć w towarzystwie i mieć co powiedzieć HR-owcowi podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Prawdziwa pasja – jak powiedzieliśmy podobna zakochaniu – wpływa na nasze życie z mocą kochanka/kochanki. Boimy się w nią w pełni zaangażować, bo może przewrócić do góry nogami nasze życie i wydawałoby się ustalone priorytety. Może skłonić nas do porzucenia fałszywego splendoru miasta i kariery, by zająć się permakulturą czy prowadzeniem schroniska dla zwierząt, albo skłonić do tego, by narażać zdrowie i życie w obronie ekosystemu w bataliach Greenpeace’u. Z pasją nie ma żartów. Ale z tego właśnie powodu warto prawdziwej pasji pragnąć i szukać. Może się okazać naszym wybawieniem, najwłaściwszą z dróg i najlepszą przystanią.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze