fbpx

Wojciech Eichelberger: Mitologia ever greenu

Wojciech Eichelberger: Mitologia ever greenu
123rf.com

Żyjemy 15 lat dłużej niż w latach 50. Myślimy, że unikniemy starości, ubierając się młodzieżowo, farbując włosy i jedząc sushi. Czy to mit? Wiemy już, że dieta, ruch i pozytywne myślenie to podstawa zdrowia. Ale jak tę wiedzę wykorzystujemy? Jak naprawdę jest z naszym zdrowiem
– pyta Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Moja koleżanka, gdy jadłyśmy swojskie gołąbki, roztkliwiła się: „moje dzieci nie znają tego smaku”. Zdziwiłam się: „babcia nie gotuje niedzielnych obiadów?”. „Nie. W sobotę chodzi na jogę, nie na targ. A my w domu jemy sałatki, płatki…”. Czy nowoczesne menu, kremy, suplementy diety itp. zapewnią nam młodość i zdrowie na zawsze?

Nie ma co się śmiać z koleżanki. Ruch, naturalna, nieprzetwarzana żywność i spokojny sen to podstawa zdrowia. Mądrze dobrane, używane z umiarem suplementy też w tym pomagają. Ale czy Polacy są ogólnie zdrowsi, czy bardziej chorzy, pozostaje pytaniem otwartym. Statystyki potwierdzają obie tezy. Gdy popatrzymy na wskaźnik średniej przeżycia, to można odnieść wrażenie, że jest znakomicie. Ale gdy wejdziemy w szczegóły, okazuje się, że na tę wspaniałą średnią składają się sukcesy medycyny w ratowaniu życia bardzo chorych noworodków i przedłużaniu życia bardzo chorych, starych ludzi. Większość tych, którym udało się przekroczyć średnią, jest w złym stanie ciała i umysłu. A w grupie 50+ aż 30 proc. cierpi na różne chroniczne dolegliwości, jest na rentach, wcześniejszych emeryturach itp. Albo to sygnał ogólnego przeciążenia, albo powszechnego braku umiejętności dbania o zdrowie. Inne wskaźniki też nie świadczą o dobrej kondycji Polaków: 30 proc. z nas choruje na depresję, 30 proc. par w wieku prokreacyjnym ma kłopoty z płodnością i seksem. Wzrasta zachorowalność na nowotwory, cukrzycę, otyłość, nadciśnienie i wyczerpujące alergie. A to znaczy, że potencjał twórczy i biologiczny narodu słabnie, a może już spadł do niebezpiecznie niskiego poziomu.

Siła biologiczna słabnie?! Są badacze, jak prof. Tom Kirkwood, autor „Czasu naszego życia”, który uważa, że organizm zachowuje zdolność samonaprawy nawet w podeszłym wieku. A więc możemy być evergreen, ale wykreślenie z menu gołąbków to chyba za mało?

Niestety, wszystko na to wskazuje. Toksyczne środowisko oraz wyniszczający styl życia zbierają swoje żniwo. Statystyczny Polak niebezpiecznie balansuje na granicy wydolności organizmu. Na szczęście tworzą się nieliczne enklawy ludzi mądrze dbających o siebie i swoje dzieci, ale skutków ich poczynań w skali społecznej doświadczymy dopiero za kilkanaście lat, gdy te dzieci dorosną. Na razie o podejrzanie dobrym samopoczuciu narodu w sprawie zdrowia i odporności decyduje odurzona farmaceutyczno-medycznym marketingiem, konserwatywna i dogmatyczna większość. Są to ludzie gotowi raczej umrzeć za swoje szkodliwe przekonania i nawyki, niż cokolwiek zmienić lub w czymkolwiek się ograniczyć. Chociaż – jak się ostatnio okazało – zdają sobie sprawę z konsekwencji takiego życia, bo zgodnie uważają, że po 65. roku życia nie będą się nadawali do jakiejkolwiek pracy. Niestety, przyczyną takiej postawy wobec reformy emerytalnej jest wiara w to, że intelektualna i fizyczna zapaść po 65. roku życia jest nieodwołalnie zadekretowana mocą boskich i genetycznych wyroków. To samosprawdzająca się przepowiednia. Nieświadomie robimy wszystko, aby się spełniła. Wolimy nie wiedzieć, jak wiele zależy od nas…

Nie do końca tylko od nas. Po dwuletniej pracy w pewnej redakcji, codziennie po 12 godzin, wszyscy się pochorowaliśmy: nadciśnienie, cukrzyca itp. Miałam zamiar wtedy napisać o chorobach korporacyjnych, ale nikt takiego tekstu nie chciał…

Nie lubimy tych, którzy pozbawiają nas złudzeń. Ale skoro jest tak dobrze, to dlaczego tak katastrofalnie spadł wskaźnik urodzeń? Dlaczego nas ubywa, choć umieramy coraz później? Powodów jest wiele, ale najważniejsze z nich to wysoki przeciętny poziom zmęczenia i stresu wśród tych, którzy powinni być najbardziej zainteresowani prokreacją, niechęć do samoograniczania się i powściągnięcia konsumpcyjnych apetytów („dzieci to nieopłacalna inwestycja”), a także – ślepa, naiwna wiara w nieskończoną, finansowo-opiekuńczą wydolność państwa i służby zdrowia.

Choroby stały się też tabu, bo świadczą o braku sukcesu.

Pamiętam samobójczą propagandę sukcesu komunistycznego totalitaryzmu – a teraz okazuje się, że kapitalizm jest tak samo dogmatyczny i niepodatny na zmiany. Jedną z konsekwencji tego jest los Polaków 50+. Na szkoleniach z zarządzania zasobami życia opowiadam ponury dowcip ilustrujący powody buntu Polaków przeciwko przesunięciu wieku emerytalnego: Czym się różni polski emeryt od francuskiego i angielskiego? Otóż Francuz zrywa się o świcie leciutki i żwawy, podśpiewuje, pogwizduje, goli się, perfumuje, zakłada czystą koszulkę, wiąże apaszkę, uważnie modeluje berecik i sfruwa po schodach ze swojego poddasza. Wpada po drodze do sklepiku po butelkę wina i udaje się na bulwar podziwiać świat i piękne kobiety. Emeryt angielski zrywa się wcześnie, energicznie ćwiczy pompki i przysiady, podciąga się na drążku, bierze prysznic, podśpiewując „God Save the Queen”, goli się, perfumuje, wskakuje we flanelową koszulę i samodziałową marynarkę, łapie kaszkiet, kalosze, wędkę i zbiega po schodach. Wpada do sklepiku po piersiówkę whisky – i jedzie na ryby. A polski emeryt? Ledwo wstaje, kwęka, stęka, nie myje się, nie goli, ubiera się w byle co, bierze butelkę moczu i idzie do lekarza.

Smutne i śmieszne! Ale może to się zmieni, bo z raportu „Ja i moje ciało. Zdrowie i dobre kaisamopoczucie w dzisiejszych czasach” (EURO RSCG SENSORS, marzec 2012) wynika, że coraz więcej wiemy o tym, jak zachować zdrowie, dbać o dietę, ruch, unikać stresu itp.

Zmiana zaczyna się od wiedzy. Jest nadzieja, że pokolenie, które za 20 lat będzie pracować do 67. roku życia, zachowa sprawność, szczupłość i radość – żyjąc z satysfakcją do setki. Aby tak się stało, muszą już teraz postępować w zgodzie z tą wiedzą. Z amerykańskich statystyk wynika, że aż 54 proc. tzw. czynników ryzyka przedwczesnej śmierci jest związanych ze stylem życia. A więc mówiąc biznesowym językiem, każdy z nas ma większościowe udziały w firmie „moje życie”. Z tych badań wynika także, że tylko 18 proc. wpływu na przedwczesną śmierć ma biologia i środowisko. Ale uwaga: 10 proc. czynników ryzyka jest związane ze służbą zdrowia (zakażenia szpitalne, pomyłki diagnostyczne, uboczne skutki intensywnych terapii itp.). Ciekawe, jak ten wskaźnik wygląda w Polsce?

No właśnie: nasenne tabletki zażywane zaledwie kilkanaście razy w ciągu roku aż o 35 proc. zwiększają ryzyko śmierci! Tak wynika z badań naukowców z amerykańskiego ośrodka Scripps Clinic Viterbi Family Sleep Center w Kalifornii.

Wiara Polaków w leki i apteki chyba nie ma sobie równych. Jest ona podtrzymywana szkodliwą reklamą, która wmawia ludziom, że usunięcie objawów jest równoznaczne z wyzdrowieniem. Tymczasem otwiera drogę do dalszego szkodzenia sobie: „Połknij pigułkę, przestanie boleć i będziesz mogła dalej żyć/jeść/pracować/trenować tak niemądrze jak dotychczas”. A powinno się postępować dokładnie odwrotnie: „Chcesz żyć długo i szczęśliwie, zdążyć skonsumować owoce swojej ciężkiej pracy? Żyj dobrze i mądrze już teraz, czyli jeśli coś cię boli lub niedomagasz, zainteresuj się przyczyną. Biorąc leki usuwające objawy, zamiatasz problem pod dywan. Poznaj potrzeby swojego ciała, zacznij je uwzględniać, a szybko przekonasz się, że nie są różne od tych, które uznajesz za własne”.

Mówisz o tym, że jeśli się przełamiemy i zamiast oglądać kolejny serial, pójdziemy pobiegać, to się okaże, że bardziej lubimy wysiłek fizyczny niż bierne ugniatanie fotela. No, ale z raportu wynika, że nie dajemy sobie szansy, by doświadczyć tych prawdziwych potrzeb, skoro aż 48 proc. Polek, 61 proc. Polaków i 10 proc. dzieci ma nadwagę.

Oprócz ruchu najważniejsze dla naszego zdrowia są dziś jakość żywności i styl odżywiania się. Badania pokazują, że zawartość istotnych substancji odżywczych w ziarnach zbóż, warzywach, owocach i w mięsie sięga zaledwie 60 proc. zawartości sprzed 50 lat. Powodem jest jałowienie zasilanej chemicznie gleby i intensywne metody uprawy roślin. Mamy coraz więcej jedzenia, ale coraz gorszej jakości. Aby więc nasze organizmy dostały tyle składników odżywczych, ile potrzebują, musimy bardzo dużo jeść – przy okazji zjadając mnóstwo bezużytecznego śmiecia, które organizm magazynuje w złogach tłuszczowych. To jedna z hipotez dotyczących powodów epidemii otyłości.

 

Wiemy, że żywność ekologiczna jest lepsza, ale też droższa.

Jest droższa, ale nie obciąża organizmu toksynami, potrzebujemy jej mniej i nie musimy połykać ogromnych ilości suplementów oraz leków, by ją strawić i uzupełnić. A więc opłaca się. Nie ma nic bardziej kosztownego niż bycie chorym. Tymczasem warunkiem zdrowia jest wysoka jakość żywności. Tak długo, jak produkcja żywności będzie nastawiona wyłącznie na zysk, jej jakość będzie się pogarszać. Pokazują to ostatnie polskie afery: sól techniczna i mączka z zepsutych jaj w produktach spożywczych. Ameryka doznała ostatnio szoku – afery pink slime, czyli różowej mazi, bezwartościowego i szkodliwego dodatku do wyrobów mięsnych, uzyskiwanego z przemiału niedopuszczanych do konsumpcji odpadów. Wygląda na to, że wpuściliśmy szaleńców do kuchni, straciliśmy kontrolę nad tym, co jemy. Amerykanie, by ją odzyskać, masowo rezygnują z mięsa i zakładają na dachach domów ogrody i szklarnie. W Polsce też nas to czeka. Musimy stawać się bardziej autonomiczni, by przemysł spożywczy poczuł potrzebę zabiegania o klienta jakością, a nie ceną.

Z raportu „Ja i moje ciało…” wynika, że wracamy do holistycznej koncepcji jedności ciała i umysłu, skoro siedmioro na dziesięcioro Polaków uważa, że pozytywne myślenie może pokonać wiele chorób.

To dobra wiadomość. Hipochondria, czyli nieustanne wyszukiwanie w sobie objawów wszelkich chorób, wprowadza organizm w chroniczny stan stresu, co sprzyja spadkowi odporności i może zaowocować chorobą. Lepiej wierzyć w zdolność organizmu do zwalczania zagrożeń. Pozytywne myślenie jest krokiem w tym kierunku, ale jeśli systematycznie się zatruwamy, przemęczamy i nadużywamy, to niewiele nam pomoże. Za pozytywnym myśleniem musi pójść pozytywne działanie. Może nam w tym pomóc psychoterapia, jeśli czujemy do siebie samych wrogość. Wtedy podjęte nawet w dobrej wierze działania na rzecz naszego zdrowia możemy wykonywać w taki sposób, że sobie zaszkodzimy. Joggingiem czy dogmatycznym podejściem do zdrowego żywienia też się można zamęczyć. Dlatego psychoterapia jest często niezbędna jako wspomaganie leczenia somatycznego. Dodatkową korzyścią z odkrywania przekonaniowych i emocjonalnych uwarunkowań naszych chorób jest uświadomienie sobie wymiaru odpowiedzialności za nasze zdrowie, co sprzyja pracy nad zmianą mentalnego oprogramowania. Jakie jest ono ważne, świadczy choćby to, że z całego odziedziczonego repertuaru naszych genów uaktywniają się te potrzebne do przetrwania w danym środowisku – a które za takie uznamy – zależy także od okularów, przez które patrzymy na świat.

Właśnie… Pewna 30-latka poskarżyła się mi, że ma straszną alergię: wysypkę, rany. Dałam jej telefon do lekarza medycyny chińskiej, mówiąc, że już może przestać jeść nabiał, bo to zazwyczaj… Na co ona: „ale ja bez sera i masła nie mogę żyć!”.

To niesłychane, jak bardzo potrafimy się mentalnie oddzielić od swojego ciała i naszych prawdziwych potrzeb. To dramat naszej uzależnionej od konsumpcji cywilizacji: nie mogę żyć bez tego, co mnie zabija.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze