fbpx

Przepis na małżeństwo doskonałe – jak to zrobić w praktyce?

Przepis na małżeństwo doskonałe - jak to zrobić w praktyce?
Współmałżonek ma wpływ na to, jak się czujesz. Ale determinowanie szczęścia wyłącznie udanym małżeństwem pozbawia cię szansy na czerpanie radości z pracy, pasji, życia wewnętrznego. (fot. iStock)

Celem małżeństwa jest rozwój dwóch indywidualności, tyle że w parze – mówi psychoterapeuta Tomasz Srebnicki. Tylko jak to zrobić w praktyce?

Robią karierę, świetnie się bawią, dużo podróżują. Pragną siebie zawsze tak samo gorąco. On zawsze pamięta o jej urodzinach, ona gotuje jego ulubione potrawy. Nigdy się nie kłócą… Czy tak właśnie wygląda idealny związek?

To raczej związek dwóch robotów, które nie wchodzą ze sobą w żadne interakcje, po to, by temu modelowi sprostać. Jakiekolwiek – a już zwłaszcza takie wyobrażenia – uniemożliwiają stworzenie idealnego związku. Bo małżeństwo doskonałe to takie, którego – wychowani w kulcie romantyzmu – nie uznalibyśmy wcale za małżeństwo, a raczej za partnerską umowę. Jest wspólnotą założoną na podstawie świadomej decyzji – bycia razem. Ale bez oczekiwań typu: „on mi na pewno zbuduje duży dom, bo mężczyzna powinien” albo: „ona będzie gotować mi zupę i nosić erotyczną bieliznę na co dzień, bo kobieta powinna”. To właśnie oczekiwania doprowadzają do frustracji i rozwodu.

No ale każdy ma jakieś oczekiwania, na przykład chce być kochany.

Posiadanie oczekiwań wobec partnera tak naprawdę jest próbą sprawowania nad nim kontroli, przejawem egoizmu. Mąż myśli: „jeśli ona mnie kocha, będzie robiła mi kolacje, kiedy zmęczony wracam z pracy”, żona myśli: „jeśli on mnie kocha, będzie co sobota sprzątał ze mną dom”. Tymczasem ona wieczorem woli poczytać, niż gotować, a on w sobotę chce poleżeć przed telewizorem. I oboje uważają, że mają do tego prawo. I kto w takiej sytuacji zrobi kolację i posprząta? Nikt, bo tych dwóch egoistów naskoczy na siebie i będzie się licytować: „ale ja tyle pracowałem”, „a ja tyle się namęczyłam!”.

Czy w związku idealnym nie ma konfliktów?

Konflikty, niezależnie od tego, czy przebiegają dynamicznie (kłótnie i trzaskanie drzwiami), czy biernie (ciche dni), powinny doprowadzić do rozwiązania problemu. Ale nie tak, ze jedno mówi: „powinniśmy się pogodzić”. Po prostu nadchodzi taki moment, że oboje zaczynają do tego dążyć, np. mówiąc: „chcę o tym porozmawiać”, „chciałem cię przeprosić”, albo po prostu przytulają się, o ile sytuacja nie wymaga działań. A jeśli wymaga, to oboje (dobrowolnie i świadomie) się na te działania zgadzają. Ona może chcieć mu przygotować kolację, a on może chcieć sprzątać z nią dom. A jeśli nie, postanawiają, co z tym zrobić.

A może sposobem jest wymiana: ona zrobi kolację, a w zamian za to on posprząta?

W małżeństwie doskonałym nie powinno być handlu wymiennego emocjami („Skoro ty się spóźniłeś, to teraz ja wrócę w nocy! Martw się!”) czy potrzebami („Jak ty mi kupisz samochód, to ja ci urodzę dziecko”). Bo tylko wtedy, kiedy nie ma „ekonomii”, pozwalamy sobie i partnerowi, by wszelkie relacje między nami były skutkiem wolnych wyborów. A to podstawa szczęścia we dwoje. Błędem jest też mierzenie drugiej osoby własną miarką („tylko lenie leżą w sobotę przed telewizorem”), bo to pociąga za sobą sugestię, ze powinna ona dostosować się do naszych wyobrażeń (nie leżeć przed telewizorem, tylko sprzątać). I sprawia, że pojawia się napięcie.

Rozumiem, że zamiast wyobrażeń czy ocen lepiej postawić na porozumienie i wyrozumiałość.

Najlepiej zacząć od tego, żeby decyzja o wejściu w związek była naprawdę świadoma. Dlatego taka mądra jest przysięga składana podczas ślubu kościelnego. Mówi właśnie o braku założeń, a podkreśla to, co jest naprawdę istotne: „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”, będę z tobą w zdrowiu i chorobie… Za to formuła wypowiadana w urzędzie stanu cywilnego zaczyna się od tego, co właśnie prowadzi do nieszczęścia: „świadomy praw i obowiązków…”. Innymi słowy: mogę żądać i oczekiwać! Tymczasem małżeństwo idealne trzeba chcieć budować, a nie musieć budować czy żądać budowania go od drugiej strony. Tylko jeśli nie będzie oczekiwań i żądać, nie będzie: poczucia winy, złości, lęku…

A to wystarczy, żeby ludzie byli szczęśliwi?

Nie wystarczy, ale jest niezbędne. Idealne małżeństwo to takie, w którym ludzie nie uzależniają swojego życiowego spełnienia od tego, czy są szczęśliwi w małżeństwie. To nie tak, że tu wszystko mają dostać i wszystko dać Ich szczęście, rozwój, ważne doświadczenia nie zależą tylko od małżonka. Bo jeśli żona uzależnia swój nastrój od tego, czy mężowi obiad smakuje – przeżywa masę napięć.

Ale czy to możliwe? Być szczęśliwą – niezależnie od tego, co dzieje się z mężem? To nieludzkie…

Współmałżonek ma oczywiście wpływ na to, jak się czujesz. Ale determinowanie swojej samorealizacji, szczęścia wyłącznie udanym małżeństwem pozbawia cię szansy na czerpanie radości z innych obszarów, w których można siebie realizować: pracy, pasji, życia wewnętrznego.

Formuła wypowiadana w USC zaczyna się od tego, co prowadzi do nieszczęścia: „świadomy praw i obowiązków”. Istotniejsze jest: „że cię nie opuszczę aż do śmierci”. (fot. iStock)

Hm, a więc każdy sobie?

Nie, nie każdy sobie, ale większość problemów w parze wynika z tego, że małżonkom brakuje życia poza małżeństwem, brakuje innych kontekstów. Bo jeśli małżeństwo jest całym moim życiem i widzę, że nagle moja żona jest smutna, to skąd mam czerpać energię, żeby ją pocieszyć? Przecież nie z niej. A jeśli twój mąż przychodzi z pracy wściekły? To z kogo albo z czego masz zaczerpnąć, by wytrzymać jego atak wściekłości? Jeśli kobieta przypisuje nadmierną wagę sobie jako żonie, a mniejszą sobie jako prawniczce, lekarce, przyjaciółce, hobbistce malowania na szkle… – to mniej czerpie satysfakcji ze swojej pracy, przyjaźni czy hobby. Nie można wszelkiej satysfakcji czerpać jedynie z partnera. Czyniąc tak, będziesz przejmować jego nastroje: smutek, wściekłość, wstyd… A więc będziecie wciąż czuć się razem nieszczęśliwi.

To wszystko, co robimy poza związkiem, służy związkowi?

Tak, bo jedynym celem małżeństwa jest rozwój dwóch indywidualności, tyle że w parze. Dlatego mówię, że małżeństwo idealne nie jest małżeństwem w romantycznym rozumieniu. Każde z małżonków rozwija się bez ograniczeń ze strony partnera. Nie ma tak, ze partner pozwala ci jechać na wycieczkę do Paryża. Po prostu jedziesz tam, bo chcesz, albo nie jedziesz, bo wolisz zostać z nim. Decydujecie się być razem, ale rozwijacie się indywidualnie.

Czy to nie przypomina związku dwóch singli?

Nie, bo jeśli każde z małżonków ma dużo swoich kontekstów, może z któregoś z nich zrezygnować, by być razem. Ona nie ma już czasu na fitness, chór i na wizyty w klubie. Zależy jej najbardziej na chórze, więc resztę sobie odpuszcza, bo w wolnym czasie woli z mężem meblować dom i dbać o ogród. On za to przestaje grać w tenisa, bo też woli z nią zajmować się domem. Poza tym w małżeństwie doskonałym wiele kontekstów okazuje się wspólnych – i one zacieśniają więź. Ona na przykład lubi piec ciasta. On kocha podróże. Jak to pogodzić? Na przykład niech wędrują po świecie w poszukiwaniu miejsc sławnych z wyjątkowych wypieków.

Co jeszcze charakteryzuje związek idealny?

Uważność, a nie służalczość. Jeśli w sklepie stoję przed półką z ciastkami i hołduje modelowi służalczości, to kupię te ciastka, które lubi żona, by spełnić jej oczekiwania, bo: „będzie zła, jak ich jej nie kupię” albo: „czuję, że powinienem”. Towarzyszy mi napięcie. Jeśli hołduję modelowi uważności – kupię ciastka, które lubi żona, bo: „ona je lubi, a ja chcę jej sprawić przyjemność”. I nie muszę odczuwać wówczas wzruszenia, niebywałej radości, ale na pewno nie odczuwam napięcia. Co więcej, przychodząc do domu, nie oczekuję wdzięczności za to, że jej te ciastka kupiłem. Tymczasem w modelu służalczości tej wdzięczności chcę.

To jak pokazać, że się czegoś potrzebuje?

Jeśli kobieta chce coś dostać, to o tym mówi, np. „lubię dostawać kwiaty” i jeśli mężczyzna jest uważny na jej potrzeby, będzie jej te kwiaty kupował. Ale jeśli ona o kwiatach nie mówi, tylko jeszcze więcej sprząta, to partner jej tych kwiatów nigdy nie kupi, no bo jak ma się domyślić. A ona będzie na niego coraz bardziej zła… W końcu ona na nim te kwiaty wymusi, ale on będzie odczuwał napięcie zarówno kupując je, jak i jej dając… I tak żadnemu z nich nie dadzą one szczęścia, nie zbliżą ich do siebie. Odwrotnie. Ten bukiet ich od siebie oddali, bo jego podłożem emocjonalnym będzie napięcie: lęk, złość, a nie świadomy wybór. „Dzięki temu, co robię, nam obojgu ma być lepiej” – to motywacja małżonka idealnego.

 

?>