fbpx

„Przepraszam za życie”. Samobójstwo w reportażu Izy Michalewicz

„Przepraszam za życie”. Samobójstwo w reportażu Izy Michalewicz
123rf.com

Nakładem Wydawnictwa Zwierciadło ukazał się zbiór reportaży „Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei”. Dwadzieścia cztery poruszające historie o stracie. Każda jest zapisem lekcji życia.

Każdy dzień jest przeszkodą trudną do pokonania.

Ryszard Kapuściński, Heban

Tamtego dnia Agnieszka położyła się na grobie syna. Najpierw zdrętwiały jej koniuszki palców. Potem nogi. Na końcu kark. Zastygła tak na dziecięcym nagrobku jak rzeźba.

– Pani Agnieszka nie przyszła dziś do pracy. Jest chora?

Vahan, mąż kobiety, Ormianin, podniósł słuchawkę i zastanawiał się chwilę, co odpowiedzieć.

– Nie. Żona jest zupełnie zdrowa. Jak co rano wyszła sprzątać biura.

Zadzwonił do niej. Telefon długo był głuchy. W końcu usłyszał jej głos: – Mam dość takiego życia. Nie wrócę do domu.

*

Tamtego dnia Beata nawet nie wypiła kawy. Chwilę przed ósmą otworzyła drzwi swojego gabinetu, a potem okno. Jej ciało spadając z trzeciego piętra biurowca, zahaczyło o zadaszenie klimatyzacji.

Nie zostawiła pożegnalnego listu.

Szklanka

Beata pracowała w dziale analiz poznańskiego oddziału Telekomunikacji Polskiej. Miała dwoje dzieci i lęk wysokości. Nigdy, przez czternaście lat spędzonych firmie, nie wychyliła się z okna gabinetu. Jak co dzień mąż odwiózł ją do pracy z małej wioski pod Poznaniem. Kadry, papierki, cyferki. Lubiła tę pracę, bo spokojna, pasowała do jej charakteru.

To impuls, tłumaczą psychologowie. Impuls pojawia się nagle. Jest jak szklanka, która pęka, bo niespodziewanie wlaliśmy do niej wrzątek. Beata od mniej więcej czterech ostatnich lat w wyniku zmian, reorganizacji, zwolnień i stresu w firmie stawała się taką szklanką.

Woda najpierw była letnia i lała się powolutku – zmiany nie dotyczyły jej działu. W końcu, gdy dostała przeniesienie na Błękitną Linię – pękła. Z mężem trzymali się za ręce jeszcze jako dzieci, a gdy dorośli, wzięli ślub. Tyle lat wspólnego życia, a jednak Beata milczała. Wstydziła się przyznać, że sobie z tym psychicznie nie radzi. Że nie da rady znieść wrzasku i obelg ludzi, którzy na tę linię dzwonią z pretensjami. A to telefon zepsuty,a to wyłączony, dlaczego rachunek za duży, ty głupia krowo, natychmiast to, kurwa, zmień! Wpadła w panikę. Przecież nie nauczy się wszystkiego na tygodniowym szkoleniu. Będzie skupiała na sobie agresję klientów. Najtrudniej jednak było znieść myśl, że w ten sposób została zdegradowana. Po czternastu latach wierności zdradziła ją jej własna firma.

Z policyjnych statystyk samobójstw za rok 2009 można wyczytać, że z powodu warunków ekonomicznych odebrało sobie życie trzysta siedemdziesiąt siedem osób. Jest jeszcze szufladka pod nazwą „nagła utrata źródeł utrzymania”. Tam znalazły się sto dwadzieścia cztery osoby. Brak kategoriistres w pracy”, bo przyczyna samobójstwa nigdy nie jest tak dosłowna. To splot wielu czynników, dlatego w każdej sytuacji mógł rozegrać się podobny scenariusz. Ponad tysiącu pięciuset osobom udało się przeżyć, w tym do dwustu siedemnastu desperatów wyjeżdżali policyjni negocjatorzy.

Czasem samobójstwo bywa demonstracją. Dla młodych ludzi jest wołaniem o pomoc. Dla starych – o śmierć.

Z Beatą nikt nie negocjował, bo i też nie zamierzała niczego demonstrować. Przyszła do pracy, powiedziała „dzień dobry” i zamknęła za sobą drzwi gabinetu, który niebawem miała zamienić na halę telefonistek Błękitnej Linii, nazywanych dumnie konsultantkami. To one pod presją czasu (rozmawiać jak najkrócej), efektywności (rozmawiać jak najwięcej) uczą się postępowania z klientem problematycznym, małomównym albo roszczeniowym. Beata otworzyła okno, bo nie chciała tych klientów rozróżniać.

Włosy

Agnieszka mieszkała w centrum Warszawy. Drapacze chmur zaglądały codziennie do okien jej zrujnowanej kamienicy. Jakby próbowały zrozumieć kolejność numerów drzwi. A ta jest nielogiczna. Pierwsze na parterze – nr 33, potem kolejno 29, 6, 58, 12… I tak pną się w górę te numery, jak ze snu wariata.

W ten sposób lokatorzy wyprowadzają w pole windykatorów różnej maści. Agnieszka nie pasowała do tego obskurnego świata, w którym ciągle trzeba coś ukrywać. Numer drzwi jej rodziny jest tam, gdzie powinien. Dziesiątym drugie piętro. Nim została sprzątaczką, ponad cztery lata pracowała jako przedstawicielka Providenta. Żeby zarobić więcej, chodziła do klientów wieczorami. W obstawie męża.

– Zabierałem ze sobą nóż – mówi Vahan. – Klienci w jej rejonie byli nieobliczalni. Jeden myślał, że przyjdzie sama i chciał pewnie ukraść pieniądze, bo kiedy weszliśmy do domu, nagle zgasło światło. Poświeciłem mu wtedy latarką w oczy: „Dawaj dokumenty, jak chcesz kasę, bo wychodzimy”. Nie miał. Za to kark jak ciężarowiec, szybko się wycofaliśmy. Rodzina uważała, że Agnieszka za bardzo się naraża, żeby zarobić na życie. A ona tylko chciała, żeby jej dwunastoletnia córka Zara miała to, co powinny mieć wszystkie dzieci w jej wieku: spokojne dzieciństwo. Teściowa Agnieszki, Arev, uboga, stara Ormianka, wraz z synem i mężem – Polakiem – handlowali na bazarach wszystkim, co dało się sprzedać. Latem zbierali jagody, jesienią grzyby, z którymi Arev wystawała przy drogach. Rodzice Agnieszki przez całe jej dzieciństwo handlowali jedynie wódką, dlatego czuła się odpowiedzialna za tych ludzi. Dali jej miłość i ciepły dom. Ale wstydzili się tego mieszkania w kamienicy nieprawdziwych numerów. Przypominało norę. Duszne, zagracone, biedne.

„Uwierzcie mi, że starałam się ze wszystkich sił zrobić wszystko jak najlepiej i nie dla siebie, a dla was. Przepraszam, że mi nie wychodziło, ja chyba po prostu nie mam szczęścia i go nigdy nie miałam”.

Pewnego czerwcowego dnia Agnieszka wróciła do domu z córką. Jak zwykle, znienacka, wpadła kontrola z Providenta: pokaż papiery, gotówkę, czy wszystko się zgadza. Otworzyła torebkę i krew uderzyła jej do głowy. Nie było w niej saszetki z ośmioma tysiącami. Co ja tego dnia robiłam, myślała nerwowo: jechałyśmy z Zarą tramwajem, potem szłyśmy piechotą, potem… Policja, zgłoszenie kradzieży, zeznania. Sprawcy nie znaleziono.

Już następnego dnia firma nakazała jej zwrócić wszystkie dokumenty i podziękowała, wpisując w świadectwo pracy, że zwalniają ją z tak zwanym brakiem. Tak jakby to ona te pieniądze ukradła.

– Była bardzo uczciwa, nie umiała się z tym pogodzić. – Oczy Vahana, ciemne i pełne gniewu śledzą zdjęcia żony. – Miała piękne, długie blond włosy. O, tutaj z Zarą w parku, pod choinką, z prezentami…

Nagle włosy obcięła. I przefarbowała na czarno. Nie wiadomo dlaczego. Inna kobieta. Bez makijażu. Bez uśmiechu. Mamo, mamo, prosiła córka, odezwij się do mnie. A Agnieszka siedziała milcząca na kanapie. Podała Providenta do sądu. Sprawa ciągnęła się miesiącami.

„Wiecie, jak bardzo ceniłam sobie tę pracę. A tu spotykam się z takim potraktowaniem. Uderzyli w mój honor, odebrali mojej córce chleb. Nie mogę się pogodzić z tym, że teraz mnie nie stać nawet na prezent dla dziecka. Z szanowanego przedstawiciela stałam się sprzątaczką. Żeby chociaż była to moja wina! Wygrajcie tę sprawę, niech odpowiadają za to, co zrobili”.

Vahan przypomina sobie, że Agnieszka próbowała szukać pomocy psychologa. Nie było miejsca:

– Może pani przyjść za kilka miesięcy.

– Czemu tak się zachowujesz? Masz dziecko. Co z Zarą? – pytała ją rozpaczliwie Arev i płakała.

– Ty, babcia, wychowasz.

Fragment pochodzi z książki „Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei, Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 312. Książka do kupienia w naszej księgarni.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze