Przestań się starać, czyli jak nie dopasowywać się do innych

Ludzie sprawdzają się w nowych dziedzinach, mają w nich osiągniecia - ale kompletnie tego nie doceniają, bo zawsze widzą przed sobą kolejną górę do wejścia. (fot. iStock)

Wszyscy pragniemy uznania i jesteśmy w stanie wiele zrobić, by je zyskać. Tylko że prawdziwą satysfakcję daje uznanie dla tego, kim jesteśmy i co robimy. Nie osiągniemy jej, dopasowując się do wymagań i oczekiwań innych. – My nie mamy się starać, my mamy żyć. Przyszliśmy na świat ze wszystkim, czego tak naprawdę potrzebujemy – mówi Katarzyna Miller w kolejnej lekcji dorosłości.

W miarę jak dorastamy i zaczynamy rozglądać się dookoła siebie, czytać książki, słuchać innych ludzi, a już najbardziej gdy zaczynamy interesować się ogólnie pojętym rozwojem – dociera do nas sporo przekazów na temat tego, co to znaczy być w życiu spełnionym. Jednym z najczęstszych i najbardziej szkodliwych jest: „Świat jest w zasięgu twojej ręki”. Czyli: możesz mieć pracę, jaką chcesz, wymarzonego partnera, idealny dom i perfekcyjny wygląd. Wystarczy, że się postarasz. Nie masz? Widocznie się nie starasz.

Otóż nie jest prawdą, że możemy osiągnąć absolutnie wszystko. Bo na pewne rzeczy mamy wpływ, a na inne nie. Zgodnie ze słowami modlitwy: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godziła się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagi, abym zmieniała to, co zmienić mogę, i mądrości, abym umiała odróżnić jedno od drugiego”.

Zawsze jest jakaś góra

Jak wiele rzeczy w naszym życiu i ta ma swój początek w dzieciństwie. Bardzo często rodzice, którzy nie widzą wspomnianej różnicy, chcą zrobić z dziecka kogoś innego, kogoś kim ono nie jest. W efekcie nie tylko niczego nie poprawią, ale wręcz zepsują – to, kim to dziecko mogło się stać, kim się urodziło i jakie ma własne zdolności, talenty, możliwości i predyspozycje. I jeszcze zaszczepią mu przekonanie, że to, jakie jest, im nie wystarcza. I tu zaczyna się krzywda, niejako na starcie. Bo najważniejsze dla dziecka osoby, które miały się z niego cieszyć i najbardziej je kochać, nie są z niego zadowolone. To doznanie zostaje głęboko w ciele i duszy dorastających dziewczynek i chłopców. Zwykle objawia się tym, że przez całe swoje życie bardzo się starają. Tymczasem my nie mamy się starać, my mamy żyć. Przyszliśmy na świat ze wszystkim, czego tak naprawdę potrzebujemy, i nie musimy robić niczego ponad miarę.

Oczywiście rodzą się też dzieci chore – a nasza medycyna, niestety, więcej chorób podtrzymuje niż leczy – oprócz pewnych niedostatków takie dzieci też mają swoje moce, które warto zauważyć, docenić i się z nich cieszyć. Dzięki naszym mocom jesteśmy w stanie bardzo dużo w życiu zdziałać, ale ani rodzice, ani nauczyciele, ani opiekunowie nie chwalą nas zwykle za to, co już umiemy, tylko wymagają od nas przekraczania progów i robienia czegoś jeszcze. Ciągle to więcej i więcej, to: „Dlaczego czwórka, a nie piątka?”. W związku z tym ludzie potrafią wiele i robią wiele. Sprawdzają się w nowych dziedzinach, maja w nich osiągnięcia – ale kompletnie tego nie doceniają, bo zawsze widzą przed sobą kolejną górę do wejścia. I ta góra zawsze wygląda tak, jakby nie dało się na nią wspiąć. Ale oni jednak się umordują i na nią wejdą. A jak już padną na jej szczycie ze zmęczenia, to zamiast się ucieszyć, czują niedosyt. Tak się buduje postawa perfekcjonisty. Smutna postawa, skazująca na wieczne starania bez radości.

Mało jest w nas uszanowania dla fantastyczności, jaką mamy w sobie od początku i to za darmo. Każde dziecko wnosi coś swojego do świata, jedno ma inteligencję powyżej 140 IQ, a inne 90 – ale przecież 90 też jest potrzebne. Nie każdy ma być noblistą czy wynalazcą. Po co? Są ludzie potrzebni do tego, żeby po prostu pracowali z poczuciem, że to, co robią, robią dobrze. Że mają z tego pieniądze i satysfakcję. Że mają gdzie żyć, mają swoje rodziny i swoje podwórko. Tymczasem ja ciągle słyszę: „No tak, mam tę swoją firmę i nawet drugą już założyłam, ale jestem tak umęczona, to kosztuje mnie tyle pracy”. „Ale ci to przecież wychodzi”. „No, nie może mi nie wyjść, bo przecież ja tak się staram”. „Ale to nie wychodzi ci tylko dlatego, że się starasz, a dlatego, że jesteś: zdolna, inteligentna, szybka, odpowiedzialna, wytrzymała”. „Ja?”. „No tak, ty, ty właśnie”. Zacznijmy siebie doceniać za to, jacy jesteśmy. Nie za to, że się tak staramy. Oczywiście nie chodzi o to, by doceniać siebie tylko za wyjątkowe cechy, jak inteligencja, czy zdolność do języków, ale też za te zwykłe, dzięki którym innym się z nami dobrze żyje: za to, że jesteśmy sympatyczni, że potrafimy zrobić dobry twarożek na śniadanie albo że lubimy zwierzęta czy mamy ładne włosy. To też się liczy, nie tylko to, co osiągamy w życiu. Niestety, ten straszliwy wdruk z dzieciństwa każe nam się skupiać na karierze, sukcesach, spełnianiu marzeń i ciągłym podnoszeniu sobie poprzeczki. To wieczne staranie się jest strasznie syfiaste. A jak mama mówiła: „Ja się dla was poświęciłam” to wcale się z tego nie cieszyliśmy, prawda? Bo jako dzieci woleliśmy, by się nie poświęcała, ale w fajnym humorze zabrała nas na grzyby i zbierała je, podśpiewując. Więc dlaczego w dorosłym życiu o tym zapominamy?

Znać swoje miejsce

Dlaczego czujemy, że trzeba się tak starać? Bo człowiek ma ogromną potrzebę uznania, większą niż potrzeba miłości. Ta pierwsza jest od drugiej znacznie wcześniejsza i bardziej podstawowa. Potrzebujemy uznania nas za to, kim jesteśmy, co robimy i co potrafimy. Takiego przekonania, że do tego się nadaję, że kiedy masz z tym problem, to przychodzisz do mnie. Kiedyś, kiedy żyliśmy w wioskach, każdy miał swoje miejsce w społeczności. Nawet głupek wioskowy. Dziś, niestety, o wiele trudniej nam znaleźć swoje miejsce, wspomniane swoje podwórko. W dużej mierze dlatego, że świat nie jest już taki hierarchiczny albo może ta jego hierarchiczność nie jest tak jasna. Kiedyś była istotna hierarchia majątku, urodzenia i celów, do których z jej racji było się przeznaczonym. Każdy znał swoje miejsce w hierarchii, a jeśli się wybił, wdrapnął w niej wyżej – co nie było łatwe – stanowiło to dowód na jego wyjątkowość. Dzisiaj wybić się też niełatwo, bo wybić się zawsze jest trudno, ale zdarza się to o wiele częściej. Tylko za to też się nie doceniamy.

Zamiast kultury chwalenia i doceniania – dominuje kultura dosrywania i czepiania się. I wieczne porównywanie się z innymi: „Tamta nie ma tego, co mam ja, uff, jestem lepsza; ta ma to, czego nie mam, o Boże, jestem gorsza”. I już – umiejscowiliśmy się między jedną koleżanką a drugą. Zamiast pomyśleć: „Jaka tamta kobieta jest fajna, jakiego ma cudnego męża i dzieci radosne, jak fajnie razem się bawią. Może i ja tak mogę mieć? Popatrzę sobie na nich, poćwiczę i może też mi się uda?”.

Poza tym spójrzmy wstecz, na pokolenia za nami. Zobaczmy, jak wielką przepaść pokonaliśmy, jak o wiele jest nam dziś lepiej niż im. Większość z nas nie cierpi już biedy, ma własne mieszkania, mniej lub bardziej stabilną pracę, względny spokój od wojen i rewolucji. Kiedyś Polska była krajem rolniczym, dziś większość ludzi przenosi się do miast i tam próbuje ułożyć sobie życie. Część z nich od razu się aklimatyzuje, a część, cóż, nie jest do zmiany. I trzeba powiedzieć sobie: fajnie, że jedni szybciej się zmieniają, ale całkowicie zrozumiałe jest też to, że niektórzy nie zmieniają się wcale. Tyle tylko że ci niektórzy czasem nie chcą tego uszanować i się męczą. Pytanie, w imię czego oni się tak męczą? Dla kogo się męczą? I co z tego mają? Przecież można przyjechać na studia do Warszawy i wrócić do rodzinnej miejscowości, gdzie ma się swój dom i swoje środowisko. A można zostać i bezskutecznie próbować tu ułożyć sobie życie.

Po prostu trzeba wiedzieć, kim się jest, gdzie jest nasze miejsce. Znać swoje atuty, ale i ograniczenia. Tylko tej świadomości siebie trzeba się nauczyć. A kto jej nas uczy? Nikt. Rodzice, którzy sami nie wiedzą, kim są, i potrafią pomóc dzieciom też się określić, to niebywała rzadkość. A tak musimy się uczyć tego sami.

Nie dołujmy się tym, że czegoś nie potrafimy. Czy nie jest fajnie pomyśleć, że są rzeczy nieosiągalne, do których nigdy nie dojdziemy? (fot. iStock)

Życie to asymptota

Jedna sprawa to znać swoje atuty i doceniać się za nie, druga – być świadomym swoich ograniczeń. I z tym może być jeszcze trudniej. Bo skoro mam jakieś ograniczenia, to znaczy, że nie jestem doskonały. Ale przecież nikt nie jest i co więcej, nie ma potrzeby, by był. Doskonałość to wymysł człowieka. Z matematyki zapamiętałam sobie zwłaszcza jedno, w moim przekonaniu bardzo filozoficzne, pojęcie, a mianowicie, asymptotę. To jest linia, która biegnie ku innej linii i nigdy się z nią nie spotka. Życie to asymptota – żyjemy, pracujemy, uczymy się, jesteśmy coraz lepsi, ale nigdy nie będziemy doskonali. Dlaczego? Bo jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy, mamy dni lepsze i gorsze, czasami nam się zwyczajnie nie chce. Doskonałości nie ma, ale zdarzają się doskonałe chwile, kiedy czujemy się spełnieni – nie dlatego, że jesteśmy najlepsi, tylko że jesteśmy w zgodzie z tym, kim jesteśmy.

Poza tym pewne rzeczy są dla nas, a pewne nie. Chciałabyś ładnie śpiewać, ale ci nie wychodzi – możesz przecież tańczyć. Albo śpiewać sobie po swojemu – w lesie, w domu, z przyjaciółmi przy ognisku, w samochodzie. To jest potrzebne i zdrowe, by śpiewać razem z bliskimi w przyjemnych chwilach. Nie dołujmy się tym, że czegoś nie potrafimy. Czy nie jest fajnie pomyśleć, że są rzeczy nieosiągalne, do których nigdy nie dojdziemy, jak te gwiazdy na niebie? Przecież dzięki temu świat jest taki kolorowy. Mistrzostwo innych ludzi też jest cudowne. Jak ktoś tańczy na lodzie tak, ze dech zapiera, to przecież nie oznacza, że mam się z tego powodu wybierać na lodowisko. Żeby sobie dupkę obić? Mnie nie przeszkadza, że nie potrafię, ja po prostu patrzę z zachwytem. Poza tym ta pani ma talent do tego, a ja do czego innego.

Skąd wiedzieć do czego ma się talent? Cóż, próbować, sprawdzać się, orientować, co nam wychodzi i co jednocześnie sprawia nam przyjemność. I nie bać się porzucać raz wybranych ścieżek, zwłaszcza jeśli czujemy, że tylko się na nich męczymy, a prawie w ogóle nie cieszymy. Skąd wiedzieć, kiedy sobie odpuścić? To bardzo ciężko jednoznacznie określić, tym bardziej, że człowiek nie wie, co będzie dla niego dobre, i strasznie nie chce potem żałować. Ale czasem trzeba żałować, bo wtedy się wie, że tamto, co porzuciliśmy, było dobre. I że trzeba zawrócić. Poza tym co to znaczy: nie żałować? Przecież nie ma żadnej gwarancji, że to, co wybieramy, będzie dla nas dobre. To tak jakby oczekiwać, by życie zamiast płynąć, stało w miejscu. Niestety, niektórzy mają bardzo duże doświadczenie w wytrzymywaniu trudnych sytuacji i nie dają sobie prawa do ich porzucenia. Owszem, umiejętność wytrzymania trudnej sytuacji jest atutem, jeśli nie mamy wpływu na tę sytuację i musimy w niej być. Ale jeśli wpływ mamy, to jest to raczej wielkie nieszczęście.

Jesteś strusiem? Bądź nim

Wiele osób postanawia odmienić swoje życie, i różnie im to wychodzi. Jedno mówią: próbowałem, ale mi się nie udało. Otóż moim zdaniem jeśli się próbuje, jeśli się naprawdę chce odmienić swoje życie, to się nie może nie udać. To, że mi nie wyszło, jest związane z tym, że nie robiłem. A jeśli zacznie się coś robić, to zwykle raczej się wie, czy nam to wychodzi i pasuje. I tak jeden facet będzie świetnie przybijał gwoździe, a drugi się zawsze zrani. Tego więc nie róbmy, nie róbmy rzeczy wbrew sobie i przeciw sobie. Ale jeśli lubisz tańczyć, tańcz. Jeśli lubisz malować, maluj. Może twoje obrazy nie będą wisiały w galerii, ale chociaż w twoim domu lub u znajomych. Ktoś, kto mówi „nie wyszło”, zwykle się do tego nie przyłożył, czyli chciał, by się samo zrobiło, bez żadnego wysiłku. Ważne, by nie robić czegoś wbrew sobie i ponad swoje umiejętności, lecz by próbować, spełniać się w życiu i czerpać z tego satysfakcję.

Ale jak? Powoli! Przyznajmy, że często zbyt szybko chcemy, by coś nam się udało już, natychmiast, a przecież kiedy się czegoś uczymy, musimy zaliczyć kilka porażek. Może komuś od razu wyjść dobry chleb, ale może mu się też nie udać, wtedy trzeba zrobić jeszcze jeden. I jeszcze jeden. A potem może nawet zacząć go sprzedawać… Ale też kiedy ci wreszcie ten chleb wyjdzie, a ty będziesz czuł, że tyle się natrudziłeś, że twój wkład pracy jest nieproporcjonalny do efektu, to może trzeba sobie powiedzieć: „Chyba nie jestem stworzony do pieczenia chleba, niech robią to ci, którym lepiej to wychodzi. A ja będę robił co innego”. Poszłam na kurs prawa jazdy, choć nigdy nie byłam fanką motoryzacji, i nawet już wstępnie prowadziłam, ale poczułam: po co mi to? Poza tym instruktor na mnie wrzeszczał, wypaliłam mu więc: „Czy ja płacę pieniądze za to, by pan na mnie wrzeszczał?” I nie zrobiłam prawa jazdy. Czy bardzo cierpię z tego powodu? nie. Czy nie podróżuję po świecie i Polsce? Wożą mnie. Sądzę, że nie byłabym dobrym kierowcą, bo lubię sobie pogadać i pooglądać widoki, a to nie sprzyja koncentracji na jeździe. Nie każdy musi piec chleb, prowadzić samochód i wyglądać tak jak wszyscy. Spójrzmy na świat zwierzęcy – są w nim wszystkie możliwe rodzaje, gatunki i maści. Tak jak u ludzi. I każdy jest przeznaczony do czegoś innego, każdy wygląda i zachowuje się inaczej. Czy struś czuje się źle z tego powodu, że nie jest żyrafą? Nie sądzę. A ty?