fbpx

Jak pandemia wpłynie na naszą psychikę w dłuższej perspektywie? Rozmowa z psychiatrą prof. Bogdanem De Barbaro

Przewlekły stres w obliczu pandemii - jakie przyniesie skutki i jak sobie z nim radzić?
Prof. Bogdan De Barbaro (Fot. Bartosz Siedlik)

Co już wiemy o pandemii? Że jest doświadczeniem unikalnym w swojej skali i charakterze, dotykającym każdego bez wyjątku i unieważniającym inne kwestie.

W amerykańskiej prasie ekonomicznej przeczytałam, że uczestniczymy teraz w globalnym eksperymencie psychologicznym: zamknięci z rodzinami w domach, w separacji od innych, poddani lękom o zdrowie i przyszłość. Gdyby rozwinąć tę metaforę, jakie wnioski wyciągnąłby pan z tego eksperymentu na obecnym etapie?
Owszem, można na to popatrzeć jako na kolejny z tzw. eksperymentów naturalnych, bo tak to jest fachowo nazywane. Właściwie jako ludzkość i jako społeczeństwo co chwilę jesteśmy poddawani jakimś eksperymentom, bo rzeczywistość stale pyta nas, co my na to. Co my na to, gdy władza nadużywa władzy? Co my na to, kiedy smog wisi nad Krakowem? Co my na to, kiedy kilkanaście tysięcy ludzi codziennie umiera z głodu… Eksperyment z koronawirusem został nam zadany przez naturę, więc w tym sensie jest naturalny, i rzeczywiście ma globalny zasięg. I tak jak zwykle z wynikami tego typu doświadczeń bywa, będą one niejednoznaczne i różne na różnych etapach. Inne będą w tydzień od jego rozpoczęcia, jeszcze inne za miesiąc czy za rok. Poza tym pewna przewaga eksperymentów zadawanych przez naukowców polega na tym, że mają one ściśle określone parametry, swój początek i koniec, a w ręku naukowca jest ich zakończenie, nawet czasami wcześniejsze, niż było to planowane, jak w przypadku słynnego eksperymentu prof. Zimbardo. Tymczasem nie wiemy, ile potrwa eksperyment koronawirusa, który oprócz postawienia pytania „co my na to?” będzie też polem walki między naturą a nauką, ale także między naturą a naszą psychiką.

Skupmy się więc na psychice. Czy przechodzimy teraz typowe etapy charakterystyczne dla kryzysu lub procesu żałoby, czy może w przebiegu tego naszego, jak to nazwaliśmy, „eksperymentu” jest coś szczególnego?
Wydaje mi się, że jesteśmy jeszcze we wstępnej fazie tej sytuacji. Dominuje albo mobilizacja, która może oznaczać abstrahowanie od ciężarów albo odwracanie się od zagrożeń czy wręcz ich lekceważenie. U innych pojawia się reakcja lęku i paniki. A pomiędzy tymi dwoma skrajnymi biegunami znajdują się ci, nazwijmy ich spokojno-rozsądnymi, którzy z jednej strony nie bagatelizują problemu, a z drugiej – nie dają się wciągnąć w wir lęku. Oni będą się stosować do zaleceń epidemicznych, a jednocześnie sięgać po własne zasoby bez popadania w mechanizmy autodestrukcji.

Sama u siebie na przestrzeni kilku tygodni zaobserwowałam wszystkie te wymienione postawy, a czasem pojawiały się one u mnie na zmianę. Czy to potem się stabilizuje i jedna z postaw zaczyna dominować? Czy może powinniśmy przyzwyczaić się do huśtawki nastrojów?
Uspokoję panią, ta huśtawka jest dość typowa. Poza tym proszę pamiętać, że to, co się obecnie dzieje, jest nieustanną grą pomiędzy „ja” a „reszta świata”. To, kiedy pani wpada w lęk, kiedy w bohaterstwo, a kiedy w rozsądek – zależy od pani interakcji ze światem. Bo ktoś bliski coś powiedział albo usłyszała pani coś w telewizji czy zobaczyła na ulicy… Ten „eksperyment” dlatego jest trudny do opisu, że ma mnóstwo zmiennych. Są czynniki biologiczne, psychologiczne, polityczne, ekonomiczne, egzystencjalne czy filozoficzne. Można powiedzieć, że „eksperymentator” wymyślił bardzo trudne zadanie dla tych, którzy chcą się temu przyglądać i wyciągać wnioski, bo wątków jest tak wiele, a w dodatku zewnętrzna rzeczywistość zaczepia nas na różne sposoby. Może zaczepić przechodniem, który zachowuje się prowokacyjnie – i wtedy wpadnie pani w gniew, zazdrość czy irytację i albo zwróci mu pani uwagę, albo zatrzyma się i mu naurąga, albo wzruszy ramionami i odejdzie. Jedno zdarzenie, a bardzo szeroki wachlarz zachowań. Dlatego gdyby nie to, że to wszystko jest dramatyczne i dotkliwe, to powiedziałbym, że jest fascynujące.

Wiele osób doświadczających podobnych huśtawek może mieć poczucie, że nie dochodzi w nich do uspokojenia i wyodrębnienia się stałej postawy, tylko są w ciągłym rozchwianiu. Skąd wiedzieć, czy to jest jeszcze naturalne, czy jest już początkiem jakiejś nerwicy lub syndromu PTSD?
Zastanówmy się w takim razie, co byłoby najbardziej dojrzałe w tej sytuacji, czyli co byłoby najbardziej zgodne z interesem jednostki, a jest to o tyle ciekawe, że jak rzadko kiedy będziemy mieć tu powiązanie interesu indywidualnego z interesem zbiorowym. „Nie chcę zarażać, czyli nie chcę być zarażony, więc dbając o siebie, dbam też o innych. A ktoś inny, dbając o siebie, będzie też dbał o mnie”. I tu się uwyraźnia moc współpracy i wspólnoty. Co charakterystyczne, tym razem ta współpraca będzie ponadgraniczna, niezależna od tego, czy jesteśmy prochińscy, prosowieccy czy probrukselscy – bo ten wirus akurat nie zapisał się do żadnej frakcji. Wracając do pani pytania, najbardziej dojrzała czy naturalna będzie postawa, która połączy egoizm z altruizmem. I to jest dla nas szansa. Bo jeśli wdrukuje się to w nasze myślenie i zachowanie, to będziemy respektować pierwsze i drugie prawo biologiczne, prawo zachowania jednostki i prawo zachowania gatunku.

Natura daje nam tę samą lekcję, jaką daje nam od lat – pokazuje, że w grupie jesteśmy silniejsi i że wszyscy jesteśmy współzależni. Mimo dystansu społecznego, który został nam narzucony, jako gatunek musimy się trzymać razem, by przeżyć.
Zobaczymy, czy uda się nam z tej lekcji skorzystać. Bo z jednej strony dowiadujemy się, że bez współpracy nie damy rady, z drugiej – w każdym z nas jest obecny element pod tytułem „chcę więcej”, element chciwości i zysku – tego wszystkiego, na czym wyrósł kapitalizm i dzięki czemu człowiek poleciał w kosmos. To mieszanina tak różnych nut, że nie wiadomo, czy powstanie z tego kakofonia, czy jednak symfonia.

Zauważyłam, że w tym czasie poświęcamy więcej uwagi i czasu antenowego emocjom. Sądzi pan, że to dobry objaw? Wreszcie zaczęliśmy o nich rozmawiać?
Przede wszystkim zależy, co się mówi o tych emocjach i jak to się mówi. Bo można kontaktować się z emocjami po to, by je zrozumieć i wyciągnąć dla siebie jakąś refleksję, a można emocje rozhuśtać i wtedy realizujemy zasadę dziennikarską „krew na pierwszą stronę” (czyli morderstwo najlepiej sprzedaje gazetę), którą teraz wyraża hasło „lęk na pierwszą stronę” czy „na pierwszą minutę programu”. To oczywiście przyciąga widza lub czytelnika, ale jeżeli za tym nie pójdą refleksja i pewien rodzaj uporządkowania, będzie to dla nas destruktywne. Dlatego nie jest dobrze siedzieć cały dzień przed telewizorem czy ciągle sprawdzać w komórce, co się wydarzyło przez ostatnią godzinę. Druga okoliczność warta uwagi, a zwykle niedoceniana, to fakt, że nami rzeczywiście rządzą emocje. Może byśmy chcieli, by kierował nami rozum, ale jeśli popatrzymy na nasze wybory polityczne czy ekonomiczne – zobaczymy emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Nie trzeba już meczów piłkarskich, wystarczy przyjrzeć się temu, co się dzieje między ludźmi, przyjaciółmi czy w rodzinie. Paradoksalnie więc obecna sytuacja przesunęła nas z refleksji do reakcji, a te reakcje są właśnie emocjonalne.

Mówi pan o emocjach podczas meczów piłkarskich, a ja niedawno pomyślałam, że wprawdzie Euro 2020 zostało odwołane, ale rozgrywa się swoisty mundial. Kibicujemy określonym drużynom narodowym. Niby działamy ponad granicami w kwestii prac nad szczepionką czy organizowaniem transportów medycznych, ale jednocześnie oceniamy: Włochów, Koreańczyków, Amerykanów, Hiszpanów, Szwedów czy Chińczyków, w kwestii tego, jak sobie radzą z pandemią. Kto jest lepszy, kto szybszy, kto się przeliczył, a kto miał najlepszą strategię. Budzi to wiele stereotypów.
Rzeczywiście, skoro igrzyska czy mecze nie mogą odbywać się na stadionach, to odbywają się w ludzkich emocjach, a to wszystko transmitują media. Przykro to mówić, ale to też jest czymś zupełnie naturalnym. Nasze tożsamości tworzą się bowiem nie tylko w opozycji „ja” wobec „reszty świata”, ale też „moja rodzina” kontra „inna rodzina”, „moje społeczeństwo” i „inne społeczeństwo”, „mój naród” kontra „inny naród”. Te kręgi tożsamości w sytuacjach zagrożenia się uwyraźniają, intensywności nabierają granice między „my” a „oni”. Być może w każdym z nas toczy się teraz rodzaj wewnętrznego pojedynku między ideą współpracy, empatii i współczucia a ideą rywalizacji, wrogości i szukania kozła ofiarnego. Powstają teorie spiskowe, nasila się szczególnego rodzaju współzawodnictwo. A ponieważ ludzie są różni, narody są różne, rządy też – to tylko krok dzieli nas od porównywania do poczucia wyższości czy wejścia w klimaty towarzyszące meczowi na stadionie. Gdyby to porównywanie miało na celu ustalić, która metoda walki z pandemią jest lepsza, to byłoby jeszcze okej, ale jeśli z tego miałoby powstać poczucie, że naród polski jest mądrzejszy od Lombardczyków, to byłby to kompletny idiotyzm.

Terapeuci będą mieć po tej epidemii ręce pełne roboty?
Po doświadczeniu traumy, a mamy teraz do czynienia z globalną traumą, naturalną reakcją jest pojawienie się syndromu PTSD. Przypuszczam, że osoby z jego objawami już wkrótce tłumnie będą przychodzić do gabinetów psychoterapeutycznych. A wcześniej będą się w nich aktywować silne emocje. Najbardziej z punktu widzenia społecznego bałbym się reakcji agresywnych. Bo to, co było tłumione, dojdzie do głosu pod postacią gniewu, wściekłości i szukania kozła ofiarnego. Już dzisiaj terapeuci mają pełne ręce – a właściwie ekrany – roboty, bo przez Skype’a czy Zooma pomagają pacjentom, nie tylko tym, którym pomagali do tej pory, ale nowym, którzy nie wytrzymują zacieśnienia przestrzeni czy klimatu zagrożenia. Niedawno czytałem w specjalistycznej prasie, że Amerykanie organizują kursy, żeby przypomnieć terapeutom, jak pomagać pacjentom z PTSD.

A co z ludźmi, którzy już wcześniej mieli nasilone objawy fobii czy nerwic? Czyżby czuli się teraz bardziej normalnie?
Jeśli ktoś cierpiał na nerwicę natręctw i wielokrotnie w ciągu dnia mył ręce, to teraz może swoje zachowanie przeżywać jako mniej piętnujące, nieomal wpisujące się w normę. Jeśli ktoś bał się otwartej przestrzeni, to jego objawy złagodniały, bo niewychodzenie z domu jest teraz jak najbardziej wpisane w normę. Ale to są oczywiście paradoksy i nie oznaczają, że te osoby przestały mieć objawy. Dopiero gdy pandemia zacznie wygasać, okaże się, co „wyjdzie na światło dzienne”. Może tłumimy teraz agresję, może niepokój, może maskujemy przeżycia dotyczące lęku przed śmiercią czy śmiercią bliskich, a ktoś, kto był przyzwyczajony, by odreagowywać napięcia emocjonalne na pracownikach, teraz albo odreagowuje je na bliskich, albo nie odreagowuje w ogóle… To się dopiero później okaże. Wtedy rozpocznie się część druga tego eksperymentu naturalnego. W pewnym sensie będzie to podobne do sytuacji osoby, która opuszcza więzienie i nie od razu umie odnaleźć się na wolności. Zobaczymy więc, jak my wszyscy się odnajdziemy w sytuacji „po”.

A rozsądzi pan odwieczny spór na temat tego, czy w sytuacjach kryzysowych uwalniamy to, co w nas najlepsze, czy najgorsze?
To jest pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Najlepiej byłoby odpowiedzieć: każdy reaguje inaczej. Ci bardziej refleksyjni i dojrzali skorzystają z okazji i zastanowią się: którędy powinien teraz przebiegać mój rozwój? Ci bezrefleksyjni zostaną na etapie reaktywności i będą tylko ograniczać się do dwóch możliwych sposobów reakcji: depresji albo agresji. Albo łączyć jedno z drugim.

A co jest w tym „eksperymencie” wyjątkowego na tyle, że odróżnia go od pozostałych, dotychczasowych?
To, co mnie najbardziej w nim zafascynowało, to fakt, że jest on zaiste pierwszy – w tym sensie, że takiego i na tak wielką skalę wcześniej nie było. Poza tym, o czym już mówiłem, jest wielowymiarowy. Po trzecie – jego zasięg i dynamika. Wszyscy jesteśmy obecnie pod wpływem tego, co się nazywa koronawirus. To, ile osób ginie z powodu tego, że się przejadło, a ile ginie z powodu głodu – zostało zepchnięte na dalszy plan. Jeśli w dniu dzisiejszym umrze kilkanaście tysięcy ludzi z głodu, to jest to przecież coś, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. A koronawirus jest czymś nowym. Zawładnął nami i przykrył inne tragedie, które rozgrywają się po cichu i w jego cieniu. A przecież nie mamy na niego wpływu. I to jest dodatkowy paradoks. Bo gdybyśmy się dogadali, to nie byłoby ludzi, którzy umierają z głodu, a jeśli każdy dogadałby się ze sobą, nie byłoby ludzi, którzy umierają z przejedzenia. Tymczasem w sprawie koronawirusa chcemy się bardzo dogadać, a i tak jak na razie z nim przegrywamy.

Prof. Bogdan De Barbaro, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin. W latach 1993-2016 był kierownikiem Zakładu Terapii Rodzin przy Katedrze Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego „Collegium Medicum”. W latach 2016-2019 – kierownik katedry Psychiatrii UJ CM.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze