Przyjaźń w czasach samotności: Z kim będziemy tworzyć więzi w przyszłości?

fot. iStock

Ludzi, którzy mieszkają samotnie, przybywa z roku na rok. Optymiści zachęcają
do tworzenia rodzin przyjaciół, wspierających się w zdrowiu, chorobie i starości. Pesymiści wieszczą, że w XXI wieku bliskość znajdziemy jedynie u wynajętej przyjaciółki, kota lub hiperrealistycznej lalki. Kto ma rację? Z kim przyjdzie nam tworzyć więzi? Odpowiada prof. Piotr Szarota, psycholog z polskiej Akademii Nauk i autor książki „Od Facebooka do post-przyjaźni”.

Po raz pierwszy w historii tak wielu Europejczyków i Amerykanów nie tylko żyje samotnie, ale nie ma nikogo, komu może się zwierzyć. W Wielkiej Brytanii na brak kontaktów społecznych skarży się aż 71 proc. seniorów. W Stanach Zjednoczonych na samotność narzeka ponad jedna trzecia nastolatków!

Czy rzeczywiście z przyjaźnią jest tak krucho?

Wszystko na to wskazuje. Z jednej strony ludzie ogromnie tęsknią za bliskością, która w dzisiejszych czasach stała się produktem deficytowym. Z drugiej strony – są tak bardzo skoncentrowani na sobie, własnej karierze, satysfakcji, że w ich świecie na prawdziwą przyjaźń nie ma po prostu miejsca. Tak wygląda sytuacja z perspektywy dzisiejszych 20- i 30-latków. Jeśli chodzi o ludzi urodzonych w tym stuleciu, tzw. pokolenie Z, istnieje poważna obawa, że przynajmniej częściowo utracili oni zdolność do wchodzenia w relacje. Na szkolnych przerwach prawie nikt już ze sobą nie rozmawia, wszyscy wpatrzeni są w ekrany swoich komórek. Badania pokazują, że młodzi Amerykanie znacznie rzadziej niż nastolatki z poprzednich pokoleń umawiają się na randki i chodzą na imprezy, nie są nawet specjalnie zainteresowani seksem. Z najdramatyczniejszą sytuacją mamy do czynienia w Japonii. Tamtejsi psychiatrzy alarmują, że coraz więcej młodych ludzi żyje w kompletnej izolacji od innych, a nawiązanie relacji z drugim człowiekiem uznają za wyzwanie, które ich przerasta. Statystyki wskazują, że 61 proc. nieżonatych mężczyzn i 49 proc. kobiet w przedziale wieku 18–34 lata nie ma żadnej bliskiej relacji.

To dlatego powstały tam wypożyczalnie przyjaciół?

Pomysł jest japoński i na pierwszy rzut oka szokujący, ale od powstania w 2006 roku w Tokio pierwszej agencji oferującej przyjaciół na godziny biznes rozkwita. Obecnie konkuruje tam ze sobą kilkanaście wypożyczalni przyjaciół. Pracownikami są nierzadko młodzi aktorzy i aktorki, którzy dorabiają sobie w oczekiwaniu na kolejny kontrakt filmowy. Obowiązują dwie zasady: nie można romansować z klientami i nie można pożyczać od nich pieniędzy. Zakres usług jest szeroki: ktoś chce porozmawiać o swoich problemach, ktoś inny – pójść do kina czy na zakupy lub po prostu zrobić sobie zdjęcie z „przyjacielem” i wrzucić na Instagram. Sukces japońskich wypożyczalni przyjaciół zainspirował przedsiębiorców w innych krajach. Obecnie takie agencje działają też w USA, Kanadzie, Brazylii, Chile, Indiach, Chinach i całej niemal Europie, również w Polsce. Polska wypożyczalnia przyjaciół zapewnia, że słowo „przyjaciel” używane jest w serwisie jako metafora, bo, oczywiście, prawdziwej przyjaźni nie można kupić. Ten zabieg socjotechniczny ma zdjąć odium „przyjaźni za pieniądze” i przekonać klientów, że korzystanie z takich usług to świadectwo przynależności do nowoczesnej, młodej elity.

Młodej elity czułej na japońskie trendy?

Czułej raczej na wszechobecną ideologię indywidualizmu. Skrajny indywidualizm, czyli nastawienie na „ja” i „mnie”, stał się w XXI wieku normą. Bliskie relacje wymagają sporo poświęcenia: czasu, uwagi, kompromisów; konieczne jest też zainteresowanie drugim człowiekiem, wsłuchanie się w jego potrzeby i emocje. Przyjaźń opierać się powinna nie tylko na lubieniu, ale także na zaufaniu i gotowości do wzajemnego wspierania się, kiedy zdarzy się taka potrzeba. Dla wielu ta cena wydaje się zbyt wysoka, bo kiedy człowiek jest pochłonięty poszukiwaniem siebie i nieustannie musi być „na bieżąco”, trudno mu wysłuchać przyjaciela, który od miesięcy zmaga się z chorobą matki. Przyjaźni nie pomaga też wszechobecny konsumpcjonizm. Bo gdy chce się wymienić kanapę na modniejszy model i wyjechać na egzotyczne wakacje, to trzeba też siedzieć nad dodatkowymi zleceniami. Wieczorami można co najwyżej sprawdzić na Facebooku, co słychać u znajomych.

I pogłaskać kota.

Rzeczywiście, coraz częściej pies lub kot stają się bliższe niż dwunożni przyjaciele. Z badań wynika, że 95 proc. amerykańskich właścicieli zwierzaków domowych uznaje ich za swoich przyjaciół, a 45 proc. uważa, że pupil potrafi ich najlepiej wysłuchać; partnerzy i małżonkowie zajęli drugie miejsce. Z kolei najnowsze badania brytyjskie wskazują, że 24 proc. Brytyjczyków lubi swoje zwierzęta bardziej niż swoich najlepszych ludzkich przyjaciół, 12 proc. kocha bardziej niż partnerów, a 9 proc. bardziej niż własne dzieci. Większość właścicieli zwierząt w Ameryce i Europie Zachodniej zgadza się ze stwierdzeniem, że otrzymuje od swoich zwierząt wsparcie emocjonalne porównywalne z tym, jakie dają im przyjaciele.

Z całym szacunkiem dla kotów i psów nie pogada się z nimi o kłopotach z teściową tak jak z dwunożnym zaufanym przyjacielem.

Pewnie niejeden właściciel psa czy kota nie zgodziłby się z twoją opinią. Tendencja do antropomorfizowania, czyli przypisywania zwierzakom ludzkich uczuć i cech, wydaje się nasilać. Nikogo już nie dziwi traktowanie psa czy kota jako części rodziny, nadawanie im ludzkich imion, mówienie o kocie Mietku czy labradorce Lucy per synek czy córeczka. Specjalne kanały telewizyjne dla zwierząt i media społecznościowe, jak Petster.com, Unitedcats.com i Uniteddogs.com, pokazują rosnące przekonanie, że mój pies jest podobny do mnie i też lubi wrzucić zdjęcie smakowitej kości na United­dogs, żeby inne psy podziwiały i lajkowały. Oczywiście, zdjęcia wrzucają i lajkują sami właściciele, a zwierzęta chyba nawet nie bawią się w liczenie lajków. Na pewno pokazuje to jednak ludzką potrzebę kontaktu z kimś, kto doceni, wysłucha, popatrzy w oczy.

Nie bez znaczenia wydaje się fakt, że pupil jest zależny od właściciela i co prawda może odszczeknąć, kiedy coś mu się nie spodoba, ale nie obrazi się na długo.

Tak, w końcu zawsze przyjdzie pora karmienia. Ogromnym atutem czworonożnych przyjaciół jest to, że mamy nad nimi władzę i kontrolę. Z badań nad samotnością wynika, że ludzie samotni są bardziej nastawieni na oznaki odrzucenia społecznego. Nadwrażliwi, wychwytują dwuznaczne sygnały i interpretują je jako zagrożenie lub wrogość. Dlatego wolą się trzymać z daleka od ludzi. Żeby uniknąć zranienia albo zawstydzenia. A jeśli spotykają się z rodziną czy znajomymi, nie ujawniają swoich prawdziwych uczuć i myśli, żeby nie narażać się na krytykę lub wykluczenie. Pies, kot, robot czy hiperrealistyczna lalka są bezpieczniejsi, bo nie rzucą zjadliwej uwagi, nie skrytykują.

Hiperrealistyczna lalka? Kojarzy się raczej z sekstargami czy filmami s.f. niż przyjaźnią.

Faktycznie do niedawna tak jeszcze było. W 2007 roku Ameryka śmiała się ze słodko-gorzkiej komedii „Miłość Larsa”, w której Ryan Gosling grający wycofanego społecznie singla zamawia przez Internet lalkę, którą traktuje jak swoją najbliższą przyjaciółkę. Tłumaczy, że Bianka jest przykutą do wózka brazylijską misjonarką, i przedstawia ją rodzinie oraz sąsiadom. Obecnie szacuje się, że na świecie podobne lalki ma przeszło pół miliona mężczyzn. Najwięcej w USA, Niemczech i Australii. Najdroższe modele, które kosztują około 50 tys. dolarów, do złudzenia przypominają człowieka, mają wyczuwalny puls i bijące serce, a specjalny rodzaj silikonu przypomina w dotyku ludzką skórę. Choć klientami są przeważnie heteroseksualni mężczyźni, od niedawna dostępne są także lalki męskie, kupowane zarówno przez kobiety, jak i gejów. W badaniu amerykańskiej socjolożki Sarah Velde blisko jedna trzecia posiadaczy lalek – stosunkowo dopasowanych społecznie, pracujących, bez objawów depresyjnych i bez problemów psychicznych – przyznaje, że najważniejsze dla nich jest samo towarzystwo lalki. Dla niektórych jest to najbliższa istota. Kupują jej prezenty, nowe ubrania, robią zdjęcia, wożą na romantyczne przejażdżki samochodem. Gdy wracają do domu, cieszą się, że ktoś na nich czeka. Fantazjują, że lalka ich rozumie, że patrzy ze współczuciem, kiedy opowiadają o problemach z szefem.

Trudno uwierzyć w zdrowie psychiczne kogoś, kto twierdzi, że lalka jest jego najlepszą przyjaciółką.

Łatwiej to sobie wyobrazić, kiedy pomyślimy o zwierzętach domowych. Częsty jest zwyczaj mówienia w imieniu zwierząt: „Znów ten tani pasztet, nie ma mowy, żebym to jadł!” lub „Najbardziej smakują mi skórzane mokasyny, choć i trampkiem nie pogardzę”. Podobnie dzieje się w przypadku rodziców, którzy w ten sposób „oddają głos” niemowlętom. Nierzadko zdarza się też, że ludzie, zwłaszcza mieszkający samotnie, potrafią regularnie prowadzić ze zwierzętami tego rodzaju rozmowy, zadając dziesiątki pytań, na które sami odpowiadają. Dlaczego nie miałoby się tak stać z robotami przypominającymi ludzi lub zwierzęta? Tym bardziej że kontakt z takim np. Paro – robotem przypominającym puszystą małą fokę – obniża poziom niepokoju i depresji u starszych osób dotkniętych demencją. Wskazują na to badania wykonane w amerykańskich i japońskich domach opieki. Okazało się, że jeszcze lepsze efekty w wypadku osób starszych przynosi My Real Baby – robot do złudzenia przypominający ludzkie niemowlę. Zdarza się, że ludzie przedkładają kontakty z My Real Baby nad kontakty z włas­nymi wnukami. Powód jest taki, że reakcje małych dzieci trudno przewidzieć, w dodatku często płaczą i łatwo mogą sobie zrobić krzywdę. Przewidywalność robota czyni go atrakcyjnym. Potrafi też cierpliwie słuchać, kiedy się do niego mówi, i sprawia wrażenie, jakby wszystko rozumiał.

Do odgonienia samotności wystarczy wrażenie, że robot wszystko rozumie?

Jednemu wystarczy, drugiemu nie. Mamy tendencję, żeby oceniać innych swoją miarą. Istnieją społeczne stereotypy i przekonania, jak świat jest zorganizowany, jak funkcjonują i powinny funkcjonować międzyludzkie relacje. Jak coś odstaje, jest albo chore, albo co najmniej dziwaczne. Tymczasem nasz świat, świat 40- i 50-latków, jest zdecydowanie inny niż świat współczesnych licealistów i studentów. Oni znacznie bardziej niż my funkcjonują w wirtualnej rzeczywistości. Nie znają życia bez komputerów, Internetu i Facebooka. Łatwiej poruszają się między jednym a drugim.

Dla mnie fascynującym odkryciem, gdy zbierałem materiał do książki, była refleksja, że nie musi być tak, że albo trzymamy się tradycyjnych wzorców, czyli mamy jedynie przyjaciół z krwi i kości i z nimi spotykamy się kilka razy w miesiącu, albo mamy tylko wirtualnych przyjaciół z gier czy Facebooka. Mogą istnieć równoległe relacje, czyli i realne, i wirtualne. Myślę, że nie ma teraz tego albo-albo, i nie będzie go też w przyszłości, bo ludzie tak głęboko wejdą w światy wirtualne, że staną się one częścią nie tylko ich życia, ale i tożsamości.

Na co mają się nastawić ci, którym wciąż bliżej do ludzi niż robotów? Jaka przyszłość czeka przyjaźń między ludźmi?

Może być kilka wariantów, które się nie wykluczają. Po pierwsze, powstaną rodziny przyjaciół, które mogą przyjąć różne formy. W krajach skandynawskich rośnie popularność wspólnot złożonych z kilku domów lub mieszkań, których mieszkańcy dzielą się obowiązkami, pomagają sobie nawzajem i spędzają razem czas – na wzór kibuców czy komun hipisowskich złożonych z dojrzałych i bardzo dojrzałych członków. Po drugie, przyjaźń może się seksualizować, co kiedyś nie mieściło się w konwencji. Czyli relacja jest trochę romantyczna, trochę przyjacielska, może zaczynać się jako romantyczna, a kończyć jako przyjacielska. Nie chodzi tutaj o „przyjaciela z bonusem”, który był mniej lub bardziej młodzieżową formą przejściową do prawdziwego, romantycznego monogamicznego związku. Ludzie przestają przejmować się definiowaniem relacji i zaczynają płynnie przechodzić od przyjaźni do randkowania, mieć równoległe przyjaźnie w różnych fazach. Po trzecie, przyjaźń między płciami. Odchodzimy od wizji rodem z filmu „Kiedy Harry poznał Sally” i przekonania, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną zawsze musi skończyć się w łóżku lub przy ołtarzu.

A ty na co stawiasz w przyjaźni?

Jestem dinozaurem, który wychował się w świecie bez komputerów, w którym nawet nie wszyscy mieli telefony stacjonarne, więc z robotami nie bardzo mi po drodze. Ale nie chcę wartościować. Świat zmienia się tak szybko, że to, co dzisiaj traktowane jest jako dewiacja, jutro lub najdalej pojutrze może stać się normą. Myślę, że najważniejsze jest nasze zadowolenie z relacji. Jeśli ktoś codziennie rozmawia ze swoim kanarkiem, traktując go jak najbliższego przyjaciela, i czuje się z tego powodu szczęśliwy, nie przekonujmy go, że kanarek nie rozumie po polsku.