fbpx

Psychoterapia w dobie pandemii

Psychoterapia w dobie pandemii
Pandemia zmusiła nas do opłakiwania strat, wyjścia z iluzji i skonfrontowania się z emocjonalnie trudną rzeczywistością. (Fot. Getty Images)

Dla jednych stała się porażką i zwątpieniem w sens zawodu terapeuty. Dla innych okazją do autentycznego spotkania się z człowiekiem potrzebującym pomocy, bez ukrywania się za sztywnym terapeutycznym kodeksem, który od dawna już trącił myszką.

Psychoterapeuta nie jest od zaspokajania frustracji pacjenta, a jedynie od pokazywania mu jej i uświadamiania – takie mniej więcej przesłanie dostałam od moich nauczycieli, kiedy wiele lat temu po raz pierwszy usiadłam naprzeciwko pacjenta. Nauczyłam się także, że muszę być lustrem, w którym pacjent będzie zauważał swoje frustracje − nie wolno mi mówić o sobie, odpowiadać na osobiste pytania, dotykać pacjenta, kontaktować się z nim pomiędzy sesjami i odpowiadać na maile czy SMS-y…

Potem wybuchła pandemia i wszystkie dotąd obowiązujące reguły, zasady, ba! nawet metody terapii stanęły pod wielkim znakiem zapytania.

Bliżej, uważniej, mniej anonimowo

Pacjenci, którzy nagle zostali pozbawieni terapii, terapeuci, którzy musieli podjąć niełatwe decyzje, czy pracować i przede wszystkim gdzie i jak… Mówiąc krótko: totalny impas. Forma pracy to jedno, problemy, z którymi zaczęli zgłaszać się do mnie ludzie, to drugie. Myślę, że przedsmak tego mieliśmy już wcześniej, kiedy na sesjach zaczęły wypływać niepokoje związane ze zjawiskiem ocieplenia klimatu. To wtedy po raz pierwszy stanęliśmy oko w oko z realnym lękiem − lękiem, który w mniejszym lub większym stopniu dotknął także nas, terapeutów.

W kwietniu bieżącego roku pojawił się w sieci list Nancy McWilliams, amerykańskiej terapeutki psychodynamicznej, skierowany do terapeutów pracujących w czasach pandemii, w którym opisała i nazwała zmiany oraz trudności dotykające nas wszystkich. Idealnie oddając to, co sama czuję.

Weźmy na przykład konieczność prowadzenia terapii online. Forma pracy, która przed pandemią nie była zbyt wysoko notowana w środowisku ortodoksyjnych psychoterapeutów – w dobie pandemii okazała się jedyną możliwością. I pacjenci, i terapeuci powoli zaczęli się z nią oswajać, niektórzy wręcz stwierdzili, że nie wracają do gabinetów. Moim zdaniem, a pracuję online od wielu lat, wirtualna terapia ma swoje plusy i minusy. Ważne, by obydwie strony były na nią gotowe. Z pewnością wymaga większej koncentracji, przez co jest bardziej męcząca dla prowadzącego sesje. Dla mnie największym jej ograniczeniem jest unieruchomienie przed monitorem i niemożliwość włączenia do pracy ekspresji ruchowej zarówno pacjenta, jak i terapeuty. Z drugiej strony osoby będące we własnym mieszkaniu mają możliwość podzielenia się z terapeutą większym niż w gabinecie kawałkiem swojego prywatnego życia, co może być cennym materiałem do pracy. Choć dla niektórych takie zapraszanie terapeuty do domu i świadomość obecności domowników za ścianą może być zakłócająca.

McWilliams podkreśla, że obecnie głównym tematem terapii jest koronawirus, a każda sesja zaczyna się od zapytania o zdrowie terapeuty i jego bliskich. „Pacjent, bez podstawowego poczucia bezpieczeństwa, że jego terapeuta jest zdrowy, nie jest w stanie zajmować się innymi obszarami” – pisze. Otóż w moim przypadku tak było również przed wybuchem pandemii. Od lat pacjenci pytali o moje życie, moje pasje, moje zdrowie. Rzadko była to niezdrowa ciekawość czy próba przekroczenia granic. Moje odpowiedzi pozwalały nam zbudować relację opartą na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa.

Nowym problemem, który zgłasza McWilliams, jest również kłopot wynikający z pracy z realnym lękiem, nie tym jedynie wyobrażonym. „Najtrudniejszą dla mnie rzeczą jest fakt, że zagrożenie koronawirusem nie jest neurotycznym lękiem”, „Nie jestem w stanie złagodzić emocjonalnego bólu, który jest oparty o rzeczywistość” − pisze w swoim liście. Myślę, że ta niemożność dotknęła każdego terapeutę. Niemożność, a może bardziej niemoc, która okazała się potężnym ciosem w nasze terapeutyczne poczucie omnipotencji. Okazało się, że w obliczu realnego zagrożenia, na dodatek takiego, którego końca nikt nie jest w stanie przewidzieć, możemy jedynie współtowarzyszyć pacjentowi w przeżywaniu emocji.

Ogromną zmianą jest to, że obecnie terapia bardziej polega na wysłuchaniu i wspieraniu niż na głębokiej psychoterapii. I osobiście czuję, że to jest najlepsze, co mogę zrobić – być z człowiekiem, który mi zaufał, cierpliwie go wysłuchać i wspierać w tym, co aktualnie jest dla niego trudne.

Wspieraj zamiast ratować

Wszyscy terapeuci zgodnie twierdzą, że na razie nie ma nowego wzorca terapii. Nikt z nas nie wie, co będzie dalej i czego będą potrzebować ludzie zgłaszający się po pomoc. Na początku pandemii pojawiały się różnorodne prognozy na temat tego, jak wirus, groźba utraty zdrowia i życia, izolacja czy straty ekonomiczne wpłyną na nasze emocje i psychikę. Prognozowano, że wszyscy zapadniemy na PTSD, że wzrosną statystyki depresji czy prób samobójczych. Aktualnie na topie jest opinia, że świat podzielił się na tych, którzy boją się wszystkiego oraz na niebojących się niczego, a raczej, zdaniem psychiatrów, zaprzeczających lękowi, czyli ludzi bez wyobraźni.

Na razie wszelkie prognozy są jak wróżenie z fusów, każdy z nas radzi sobie jak umie, czasami trochę po omacku. Dotyczy to także form pomocy w terapii. Próbujemy nowego, sprawdzamy, co działa. Coraz więcej terapeutów korzysta z technik pracy z ciałem jako z jednej z bardziej skutecznych metod pracy z energią stresową. Spotkałam się też z poglądem, że z jednej strony najważniejsze jest wzmacnianie w pacjentach ich dotychczasowych mechanizmów radzenia sobie w trudnych sytuacjach, a z drugiej warto odwoływać się do metod mniej znanych w głównych nurtach psychoterapii, takich jak: sztuka, literatura, duchowość, modlitwa.

Dla mnie terapia to aktualnie bardziej forma mindfulness, czyli obecność i uważność na to, co się wydarza w relacji „tu i teraz”. A także praca nad obudzeniem wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa, bo to jest coś, czego brak za moment najsilniej odczujemy.

Praca w warunkach pandemii nauczyła mnie przede wszystkim pokory, która zmusiła do przyznania się nawet sama przed sobą, że wiem, że nic nie wiem, oraz do konfrontacji z własnymi lękami.

Nancy McWilliams podkreśla w swoim liście, że każdy z nas nosi w sobie głęboką fantazję – wiarę w to, że gdzieś jest jakiś potężny Ktoś (Rodzic, Dorosły), kto potrafi wszystko naprawić. Wiele osób szukających terapii powiela emocjonalny wzorzec polegający na tym, że starają się zasłużyć na uwagę owego potężnego ktosia. „Przynoszą ten wzorzec na psychoterapię i spędzają sesję po sesji, analizując swój ból, opierając się wysiłkom terapeuty, który stara się im pokazać, że ich niespełnione pragnienie posiadania idealnego rodzica musi być opłakane i porzucone” – pisze McWilliams. Ta fantazja może rezonować z fantazjami terapeuty, który śni o misji bycia ratownikiem ludzkości. I zwłaszcza ta ostatnia w konfrontacji z wirusem w koronie prysła jak mydlana bańka. I bardzo dobrze! Pandemia zmusiła nas wszystkich, po obydwu stronach stolika z chusteczkami, do opłakiwania strat, wyjścia z iluzji i skonfrontowania się w pełni z emocjonalnie trudną rzeczywistością.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze