fbpx

Gdzie są twoje czułe punkty? Czy łatwo cię zranić?

Relacje: czułe miejsca
O ranach z okresu dzieciństwa, zapisanych w psychice, często świadczą nasze nieadekwatne do sytuacji reakcje. (fot. iStock)

Pozornie niewinne zachowania bliskich potrafią dotknąć do żywego. Ranią, bo budzą urazy zamknięte w ciele. Dotkliwa migrena czy ból kręgosłupa po spotkaniu z przyjaciółką lub rozmowie z partnerem to często fizyczna manifestacja bolesnego scenariusza z przeszłości.

Bywa, że czujemy się dotknięci jednym słowem wypowiedzianym przez kogoś dla nas ważnego, pozornie niewinnym spojrzeniem, gestem czy niespełnioną obietnicą. Reakcje w owych „obiektywnie nieraniących” sytuacjach są dla nas samych zadziwiające, budzą wstyd czy poczucie winy. Skąd się biorą? A nade wszystko: jak sobie z nimi radzić?

Jak w transie

Monika jest osobą o dwóch twarzach. Na co dzień profesjonalny pracownik, czuła, zabiegająca o mężczyznę partnerka, lojalna przyjaciółka, osoba chętna do pomocy, uważna, wrażliwa, prawdziwa dusza towarzystwa. Jednak kiedy nie znajduje się w centrum zainteresowania… zamienia się w prawdziwego potwora. Z ostatnim chłopakiem zerwała tuż przed zaręczynami, kiedy mężczyzna wyszedł wcześniej z imprezy u znajomych, żeby pojechać do chorej matki. Szefowej zagroziła wypowiedzeniem, gdy ta na cotygodniowych odprawach przestała publicznie chwalić jej projekty, choć od dawna dla wszystkich było jasne, że Monika jest jej pupilką. Niedawno na ulicy zrobiła karczemną awanturę przyjaciółce, kiedy ta w trakcie ich rozmowy odebrała telefon od siostry. Monika czuje, że jej reakcje są, delikatnie mówiąc, zbyt przejaskrawione. Zdecydowała się nawet na terapię, ale kiedy pewnego razu terapeutka odwołała sesję, bo musiała zawieźć inną pacjentkę na oddział psychiatryczny, Monika obraziła się i przestała przychodzić na spotkania.

– Wiem, że coś ze mną nie tak, ale to silniejsze ode mnie – tłumaczy. – Kiedy ktoś mnie zrani, wpadam jakby w trans; przestaję racjonalnie myśleć, kręci mi się w głowie, serce wali jak szalone, brakuje mi tchu, mam ochotę biec na oślep albo rzucić się z pięściami na osobę, która mnie uraziła, a fizycznie czuję się tak, jakbym za chwilę miała umrzeć.

Chłopak Moniki, który pojechał zająć się chorą matką, przyjaciółka odbierająca telefon od siostry czy terapeutka podająca konkretny powód odwołania sesji – przecież każdy by zrozumiał wyjątkowość tych sytuacji. Monika prawdopodobnie z poziomu głowy również potrafiła zaakceptować ich zachowanie, ale czuła zupełnie coś innego. Obiektywnie nieraniące zachowania wprawiły ją w rodzaj transu, w tzw. odmienną rzeczywistość, w której racjonalne zachowania nie mają racji bytu.

Pewnie każdy z nas doskonale zna podobne sytuacje, kiedy zachowujemy się trochę jak szaleńcy, tracimy głowę, nasze ciało reaguje jak w sytuacji poważnego zagrożenia. Robimy coś, czego później bardzo żałujemy, ale bywa, że decyzje podjęte w stanie owego transu są już nie do odwołania. Dlaczego tak się dzieje?

Ranię, bo cię kocham

Otóż owe raniące zachowania, które z dystansu tracą na ostrości, a przez to nasza reakcja na nie jest dla innych ludzi niezrozumiała, budzą rany z przeszłości. Rany, które – najczęściej nieświadomie – zadawali nam rodzice czy inne ważne osoby. Bo nie mieli wystarczająco czasu, bo tak jak w przypadku Moniki mieli młodsze dzieci (kiedy Monika miała rok, urodził się jej brat, a rok później siostra). Zadawali ból, bo bagatelizowali dziecięce lęki czy marzenia. Obiecywali coś i, z braku czasu czy z nieuwagi, nie spełniali obietnicy. Dotykali niezrozumiałym dla dziecka żartem, zdradą dziecięcego sekretu czy swoim zachowaniem, którego z racji wieku nie byliśmy w stanie zrozumieć.

Monika, jak większość dzieci w rodzinach, w których w krótkim odstępie czasu przychodziło na świat rodzeństwo, prawdopodobnie nie dostała od mamy i taty wystarczającej ilości czasu, uwagi, zainteresowania, czułości, akceptacji i miłości. Jako mała dziewczynka nic nie mogła z tym zrobić, być może nawet weszła w rolę dziecka niesprawiającego kłopotów, zaradnego, samowystarczalnego, niemówiącego o swoich potrzebach. Zrobiła to, by otrzymać miłość. I wkroczyła w dorosłość z ogromną dziurą w sercu, z głodem uczuć, którego nie da się zaspokoić, z potrzebą bycia w centrum uwagi. A żeby było jeszcze trudniej, przyciąga ludzi, którzy ranią ją w podobny sposób, jak robili to rodzice.

Chłopak być może za zbyt oczywisty uznał fakt, że chora matka jest ważniejsza od Moniki. Szefowa prawdopodobnie rozpływała się w pochwałach, a potem nagle przestała. Przyjaciółka pewnie nawet nie przeprosiła, że w trakcie rozmowy odebrała telefon. Terapeutka nie odkryła niezaspokojonej, dziecięcej potrzeby Moniki bycia najważniejszą. Niby nic wielkiego się nie stało, ale ciosy zadane w najbardziej podatne na zranienia, czułe punkty bolą tak dotkliwie jak urazy fizyczne, bo budzą ból z przeszłości.

Okłamywanie, egoizm, lekceważenie, obłuda, nieuważność, niedotrzymanie obietnicy ze strony osób ważnych – wrzuca nas w świat z przeszłości, daleki od tzw. uzgodnionej rzeczywistości. Świat, w którym wracają historie z czasów dzieciństwa, subiektywne przeżycia z dawnych lat. Kiedy się w nim znajdujemy, w naszych sercach ożywają postacie, których istnienia nawet nie podejrzewamy: zranione dziecko, porzucona nastolatka, ,,ta gorsza” córka, nierozumiany samotnik… To one zagrzewają nas do walki bądź ucieczki. To za ich sprawą zrywamy zaręczyny, odchodzimy z pracy, robimy karczemną awanturę przyjaciółce, płaczemy z bezradności albo zamieniamy się w oprawcę rzucającego się z pięściami na wyimaginowanego przeciwnika. To demony przeszłości sprawiają, że nieodebrany telefon, pozornie niewinna uwaga czy chwilowa nieuważność urastają w naszych oczach do rangi dramatu i zmuszają do zerwania więzi. Najbardziej bolesne jest to, że właśnie najważniejsze, najbardziej bliskie osoby, które naprawdę nas kochają, cenią, podziwiają – uderzają w najczulsze punkty.

Uzdrawianie bolesnych miejsc

Mówi się, że osoby, z którymi jesteśmy w bliskich, ważnych relacjach, są najlepszymi terapeutami. Jeśli poczucie zranienia nie doprowadzi do trwałego zerwania więzi, owe bolesne rany stwarzają ogromną szansę transformacji. Dotarcia do bolesnych zdarzeń z przeszłości, odkrycia w sobie skrzywdzonych postaci i przede wszystkim do znalezienia możliwych rozwiązań sytuacji, które nas dotykają. Scenariusz z przeszłości domaga się bowiem szczęśliwego zakończenia. Zranienia, zwłaszcza te pozornie nieistotne, ale dla nas najbardziej bolesne, są ratunkiem dla duszy. Oczywiście nie ma gotowej recepty na transformację, jednak możliwe są pewne stałe kroki.

Krok pierwszy: Przeanalizowanie sytuacji, które najdotkliwiej nas ranią i znalezienie ich wspólnego mianownika.

Dla Moniki takim mianownikiem będzie odkrycie i zaakceptowanie dziecięcej tęsknoty za byciem osobą najważniejszą. Wszystkie sytuacje, w których kobieta czuje się niezauważona, zlekceważona, niewysłuchana – budzą jej lęk przed odrzuceniem, lęk, który korzeniami sięga dzieciństwa.

Krok drugi: Rozpoznanie intencji drugiej strony. Gdyby Monika odważnie porozmawiała ze swoim chłopakiem, szefową, przyjaciółką czy terapeutką, zrozumiałaby, że ich zachowanie nie było skierowane przeciwko niej. Nie możemy dla nikogo (poza rodzicami, w tym najwcześniejszym okresie życia) być przez cały czas najważniejsi. Dojrzałość polega na zaakceptowaniu tego faktu.

Krok trzeci: Zdystansowanie się i realna ocena sytuacji, zrozumienie, co tak naprawdę się stało. Warto pamiętać, że zranienie zawsze trafia w nasz największy kompleks i dlatego tak boli.

Krok czwarty: Odkrycie i dopuszczenie do głosu zranionej postaci. Nikt w dorosłym życiu nie zaspokoi jej tęsknot, ale możesz zrobić to sama, np. dając sobie prawo do tego, by być ważną, przede wszystkim dla samej siebie. Masz prawo także informować o tym świat, np. mówiąc osobom dla ciebie istotnym: ,,Rani mnie, kiedy podczas spotkania ze mną odbierasz telefony”, albo: ,,Wiesz, mam świadomość, że to być może dziecinne zachowanie, ale boli mnie, kiedy obiecujesz, że zadzwonisz i tego nie robisz”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze