fbpx

Jedzenie dla duszy: co dziś jedzą bogowie?

Jedzenie dla duszy: co dziś jedzą bogowie?
123rf.com

Jedzenie to podstawowy zasób. Mówi się nawet: jesteś tym, co jesz. Kto jednak dziś wie, co je? I czy go to karmi. Jak człowiek w miarę świadomy ma się dziś odnaleźć w gąszczu diet, żeby nie zwariować, być zdrowym, a nawet coraz lepiej się czuć? Jedyna droga do dobrego jedzenia prowadzi przez ciało – twierdzi terapeutka Agnieszka Kramm.
Wróciłam właśnie z warsztatu tanecznego, gdzie jednym z najważniejszych tematów okazało się jedzenie. Tam w kręgach rozwojowych króluje dieta surowa, wegańska oraz tak zwane superfoods, czyli np. spirulina, chlorella, suplementy i wynalazki, o jakich wcześniej nie słyszałam. Bo, jak mi powiedziano, to, co ja uważam za normalne jedzenie, truje. Poczułam się zagubiona. Kto mi poradzi, co jeść?

Znam to uczucie. Jeśli człowiek rzeczywiście czytałby i brał na poważnie to, co się mówi na temat jedzenia, powinien przestać jeść cokolwiek i zacząć żyć powietrzem, które w sumie też za czyste nie jest…

W tym kontekście zdanie: jesteś tym, co jesz, mnie przeraża. Co robić, żeby jedzenie nas karmiło?

To temat rzeka! Trzeba szukać dla siebie formuły. Jednej uniwersalnej nie ma. Ja mam okresy, kiedy dbam o dietę, gotuję, kupuję zdrowe produkty, oczyszczam organizm. A czasem jem co popadnie, jestem tym zmęczona. Przygotowywanie naprawdę zdrowego jedzenia zajmuje czas i sporo kosztuje. Przyznam, że boję się ortodoksyjnych pomysłów typu: jem tylko zielone albo czerwone, a wszystko inne to trucizna.
To są postawy oparte na lęku, zaprzeczeniu. Żyjemy w świecie, który nie jest zdrowy, jesteśmy jego częścią, nie da się od tego odciąć. Trudno. Z drugiej strony świadomość tego, że wiele produktów to bezwartościowe papki, trzeba mieć. Myślę, że te ekstremalne postawy purystyczne są nam potrzebne właśnie jako przeciwwaga dla zalewu taniego, fastfoodowego żarcia, którym zawalone są sklepy. A my, zwykli ludzie, plasujemy się na tej skali gdzieś pomiędzy.

Po tych dyskusjach dochodzę do wniosku, że najbardziej szkodzi mi paranoja i życie ze świadomością, że to, co jem, jest niezdrowe.

Fakt, trują nas przede wszystkim własne negatywne emocje. Są ludzie, którzy uwielbiają się nimi karmić: zamartwianiem się, apokaliptycznymi wizjami. Nie dajmy się zwariować. Co do jedzenia – podoba mi się np., jak pisze o nim Agnieszka Kręglicka. Jest w tym fascynacja, pasja. Widać, że to jest zdrowe, a nie ekstremalne. Słyszałam o ludziach, którzy jedzą tylko płynne, surowe, zmiksowane jedzenie. Dla mnie to zredukowanie jedzenia do funkcji odżywczej. A gdzie przyjemność? Ja lubię jeść. Kocham zapachy, konsystencje, smaki. Karmić zmysły, a nie tylko organy wewnętrzne.

Dobre dla mnie jest to, co uważam za dobre, a szkodzi mi to, co wiem, że mi zaszkodzi. Gdy mam na coś wielką ochotę i mi to smakuje – zwykle czuję się po tym świetnie. Nawet jeśli to coś „niezdrowego”.

Chodzi o to, by słuchać swojego ciała i jego wskazówek. Mam na coś ochotę – jem. To absurdalne, że wokół jedzenia jest tyle zamieszania, tyle badań, co jest dobre, a co nie, gdy jest to nasz podstawowy zasób, instynkt. Rodzimy się z wiedzą na ten temat. Niestety, to, w jaki sposób żyjemy, oducza nas tego, co nas naprawdę karmi. Jemy, bo „zdrowo”, bo czas na obiad, bo inni jedzą, bo nie wypada zostawić na talerzu. Często się siebie nie pytamy, czy jesteśmy głodni i na co mamy ochotę. Odcinamy się od ciała, nie słuchamy go.

Mogę powiedzieć, że dopiero teraz coś z tych przekazów ciała do mnie dociera, a od lat próbuję się ze sobą skontaktować.

Lata pracy. Powracanie uwagą do ciała jest trudne, bo tam są emocje. I to jest dla wielu osób na tyle niekomfortowe, że wolą tego nie robić. Kontaktując się ze sobą, odkrywamy, że siedzi w nas mnóstwo rzeczy, często zresztą związanych z jedzeniem. Pokarm jest czymś najbardziej pierwotnym, związanym z dzieciństwem. Z tym, jak byliśmy traktowani, czy nasze podstawowe potrzeby cielesne były zaspokajane. Jedzenie wielu osobom z naszego pokolenia kojarzy się na przykład z jedynym momentem błogości, przyjemności, przerwą w niezaspokojeniu. Bo nasze matki musiały karmić na godzinę, nie na żądanie. Nic dziwnego, że kiedy chcemy ukojenia, sięgamy po jedzenie. Głód psychiczny i fizyczny się na siebie nakładają. Inne potrzeby się dobijają, ale na skutek najprostszego skojarzenia przechodzą przez kanał oralny. A tak naprawdę potrzebujemy dotyku, pocieszenia, odpoczynku, wsparcia, bezpieczeństwa, uwagi…

Język odzwierciedla to połączenie. Mówimy przecież, że jesteśmy głodni miłości.

Miałam pacjentkę, która mnóstwo jadła, choć nie była bulimiczką. Czasem zjadła tak dużo, że aż bolał ją brzuch. Wreszcie zdała sobie sprawę, że to musi być inny głód. Bo już nie może fizycznie więcej jeść, a nadal jest głodna. Powiedziała, że czuje się tak, jakby w środku niej siedział ktoś mały, wiecznie niezaspokojony. Pracuję z osobami, które cierpią na zaburzenia jedzenia, i najczęstszym obrazem, do jakiego docieramy, jest czarna dziura, która woła, żeby ją czymś zatkać. Jedzenie świetnie się do tego nadaje. Podobnie jak gadżety, sukcesy, pieniądze, kolejne miłosne podboje. Ale jedzenie najbardziej, bo jest fizyczne, cielesne. Tyle że to nie jest karmienie się, tylko zajadanie. Trzeba to przepracować, nauczyć się siebie karmić w dobrym sensie.

Skoro jedzenie ma inne funkcje poza odżywczą, dlaczego go nie używać jako zasobu? By poprawić sobie humor na przykład.

Dopóki to robimy świadomie i nie jesteśmy uzależnieni – jak najbardziej. Choć nie polecam pojadania. Raczej celebrowanie. Bagietka z sałatą w ogrodzie z przyjaciółmi, kieliszek czerwonego wina z serem na wieczór… Nie warto sobie tego odmawiać w imię „zdrowia”. W wielu tradycjach po wspólnym rytuale była uczta, która miała wymiar wspólnotowy. Jedzenie łączy, buduje więzi i to jest cudowne. Uwielbiam, kiedy przychodzą do mnie ludzie, kocham dla nich gotować. To celebrowanie zmysłowej fizycznej przyjemności życia.

Kiedyś usłyszałam radę: gdy cię wyrzucą z pracy, wydaj ucztę. Nakarm innych.

Świetne! Nie zamykaj się w swoim nieszczęściu, tylko spotkaj się z ludźmi, podziel się tym, co masz. Stwórz okoliczności, w których może cię coś dobrego spotkać. Daj światu sygnał: moje życie jest pełne, otwieram się na obfitość. Kiedyś w kręgu robiłyśmy takie uczty, na zasadzie: jeśli chcesz doznać w życiu obfitości, stwórz ją już teraz. Uczta to właśnie obfitość. Uczymy się w ten sposób przekierowywać myślenie i uwagę z biedy i smutku na dostatek i radość. Takie zaklinanie rzeczywistości jest z nami od tysiącleci. To nie przypadek, że wszelkie święta to celebracja przez jedzenie. Jedzenie to jest dar, tylko zwykle nie myślimy w ten sposób. Warto uczyć się przyjmować to, co przychodzi, nie jako coś oczywistego czy coś, co nam się należy, ale z wdzięcznością właśnie. Jedzenie, nawet najprostsze, przyjęte z wdzięcznością, zdecydowanie bardziej karmi niż złapany w biegu hamburger czy sushi w knajpie zjedzone w stresie i zmęczeniu. To, z jakim nastawieniem jemy, ma wielkie znaczenie.

I z jakim nastawieniem gotujemy…

Jeśli myślę: „To cudowne, mogę się podzielić, nakarmić kogoś, dać mu radość” – to też karmiące dla mnie, mam mnóstwo energii. Ale jeśli myślę: „Orka, tyle tego się trzeba narobić, po sklepach nabiegać” – to po takiej uczcie czeka nas niestrawność. Niestety, sporo kobiet w naszej kulturze ma wpisany taki wzór domowej męczennicy. Jamie Oliver, angielski kucharz, ma taką filozofię, żeby jedzenie robić
w pół godziny. Bo dzisiejszy świat nie sprzyja siedzeniu w kuchni godzinami. Zacząć gotować z radości, z przyjemności, z kimś – wówczas zmieniamy wzorzec kobiety, która pracuje ponad siły. Może powiem coś kontrowersyjnego, ale jedzenie robione przez kogoś, kto się tak poświęca i cierpi, to jest po prostu trucizna.

Rdzenni Hawajczycy przykładali wielką wagę do jedzenia. Władcom gotowali i podawali do stołu najwyżsi kapłani. Bo tylko oni byli wystarczająco czyści. Wierzyli, że ten, kto gotuje, wkłada w jedzenie swoją energię.

Otarłam się w młodości o ruch Hare Kriszna, gdzie też było założenie, że jedzenie to energia ofiarowywana bogom. Nie mogły go w związku z tym gotować kobiety – co jest okropnie patriarchalne, ale podstawa jest ta sama: ten, kto przygotowuje jedzenie, wkłada w nie swoją energię
i to się potem zjada razem z jedzeniem. Trzeba się modlić, kiedy gotujesz. U nas to czynność zepchnięta gdzieś na zaplecze, a tam – przejaw duchowości. Z drugiej strony – jedzenie „nasiąka” też złymi emocjami. Zauważyłam, że nie jestem w stanie jeść i rozmawiać o czymś trudnym. Mam wtedy wrażenie, że zjadam te emocje i one siedzą jak kula niestrawione w moim brzuchu. I nie chodzi o to, by je w ogóle odsuwać, ale jednak nie poruszać ich przy jedzeniu

Z braku miłości i obfitości powstają niektóre produkty żywnościowe, szpikowane wodą, chemią, wypełniaczami. Bo celem jest zysk, a nie dobro tego, kto to kupuje.

Fascynuje mnie to. Ludzie, którzy to produkują, przecież też to jedzą. Albo ich rodziny, znajomi. Kolejny dowód na to straszliwe odłączenie się od ciała: można produkować żywność, która z założenia nie ma żadnych odżywczych właściwości, wręcz szkodzi – i nie mieć z tym problemu.
A jednak tak funkcjonujemy, w takim wyparciu. Produkujemy i kupujemy coś, co nas truje, i jesteśmy z tego zadowoleni. Z drugiej strony – tęsknimy za prostotą, brakiem pośpiechu i smakowaniem chwili. Jedzenie jako czynność zmysłowa potrafi nas z tym skontaktować od razu. Mam nadzieję, że coraz więcej ludzi się będzie budziło do takiej świadomości.

To jest wybór.

Czym się karmisz? To pytanie zadaję często na moich warsztatach. Jednak niedawno uświadomiłam sobie, że sama mam w tej sferze coś do zrobienia. Znowu miałam trudniejszy moment i było mi wszystko jedno, co jem. Postanowiłam, że znajdę godzinę dziennie, żeby kupić produkty i coś ugotować. Bardzo się staram, nie zawsze mi wychodzi. Walczę, uczę się nowych nawyków.

Mnie wciąż nie udaje się wytrwać.

I o czym to świadczy? Ja sama nie jestem na pierwszym miejscu w mojej hierarchii wartości. Praca, owszem. Albo pokarm innego typu – spotkania z ludźmi, kultura, rozwój. Ale nie moje ciało, które potrzebuje przecież jedzenia. Zagubiliśmy się totalnie.

Pracując z dzieckiem wewnętrznym, widzę, że moje nieopiekowanie się sobą tak się właśnie przejawia.

A dla dziecka taki podstawowy poziom fizycznego zadbania, typu spanie, jedzenie, oznacza, że mama w ogóle jest. Zauważa je i jego potrzeby. W dorosłym życiu to my sami jesteśmy mamami dla siebie. Żeby się tego nauczyć, na warsztatach pracujemy z wewnętrznym dzieckiem. Kontaktujemy się z nim, słuchamy, czego potrzebuje, i umawiamy się na proste kroki, które będziemy wprowadzać w życie, żeby ono się czuło lepiej na świecie. A ono chce zwykle czegoś prostego, często związanego z jedzeniem. Ostatnio kobiety miały takie postanowienia: będę siadała do posiłku, a nie jadła w biegu, nie będę przy jedzeniu sprawdzać mejli, będę gotować śniadanie przez miesiąc. Ktoś pomyśli: „co to ma zmienić?”. A zmienia. Rośnie poczucie komfortu psychicznego, jakość życia, ugruntowanie, poczucie wartości. Niezwykłe, ile może taka prosta rzecz jak jedzenie, czyli miłość i troska okazywana sobie. Moment, w którym zaczynamy w taki bazowy, najprostszy sposób dbać o siebie, jest przełomowy. Potrzeby duszy, psychiczne – to wszystko przychodzi później. Ciało to pierwszy, najważniejszy kawałek. Kiedy ono się wypełni, nakarmi, można iść dalej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze