fbpx

Niewidomi mają smak

Niewidomi mają smak
Zdjęcie: materiały prasowe CENTRUM NALAGA’AT

Żeby z głuchoniemych zrobić profesjonalnych aktorów, trzeba zacząć ich dotykać. Żeby zrozumieć niewidomych, trzeba zjeść obiad w kompletnych ciemnościach. Ale przede wszystkim trzeba przestać się nad nimi litować.
Kelnerka o orzechowych oczach gada bez przerwy z koleżanką, chociaż jest w pracy. Zawieszam na niej wzrok i po chwili jest przy mnie. Mogę mówić, ale wolę użyć dłoni. I tak mnie nie usłyszy, chociaż na pewno wyczyta z ust. W tej kawiarni pracują sami głuchoniemi. Niezdarnie kładę dłoń na dłoni i pocieram. To znaczy: „kawa”. I po chwili ją dostaję.

– Większość klientów stara się używać migowego – mówi Adina Tal, która siada przy moim stoliku. – Prawie wszyscy kaleczą ten język, ale kelnerzy są mili i nie zwracają im uwagi.

Adina jest szefową Centrum Nalaga’at, w którym znajduje się kawiarnia. Oprócz kawiarni centrum prowadzi też teatr, w którym grają niewidzący i niesłyszący aktorzy, oraz restaurację, gdzie można zjeść w kompletnych ciemnościach.

Jesteśmy w Jafie, w Izraelu. Jeszcze 100 lat temu był to najważniejszy palestyński port. Dzisiaj to dzielnica Tel Awiwu. Wciąż pachnąca arabskimi przyprawami, chociaż większość Arabów opuściła ją po powstaniu państwa Izrael. Centrum Nalaga’at ma swoją siedzibę w dawnym portowym magazynie. Adina otworzyła je cztery lata temu. – To, co wtedy zrobiłam, to kompletne szaleństwo. I do dzisiaj każdego dnia to szaleństwo powtarzam – mówi.

Gorki dla niesłyszących

Największy sukces Centrum Nalaga’at to stworzenie jedynej na świecie profesjonalnej grupy teatralnej, której członkowie są głuchoniemi i niewidomi. Adina reżyseruje ich spektakle. – To się stało trochę przez przypadek – mówi.

Adina jest Żydówką. Wychowała się w Szwajcarii. Kiedy jako 20-latka w latach 70. przeprowadza się do Izraela, widzi swoją przyszłość w teatrze. Po studiach rozpoczyna współpracę z izraelskimi instytucjami kultury. Pisze i reżyseruje sztuki. W latach 80. postanawia wreszcie założyć własną grupę teatralną. – To miał być teatr społecznie zaangażowany. Pomysł był taki, żeby o ważnych sprawach, takich jak starość, przemoc czy tożsamość żydowska, mówić w humorystyczny sposób – wspomina Adina.

Jej teatr odnosi sukcesy, a ona sama robi się popularna. Sztuki Adiny zobaczyć można w izraelskiej telewizji i usłyszeć w radiu. I właśnie wtedy, gdy jej kariera się rozwija, dostaje propozycję poprowadzenia warsztatów dla niewidomych i głuchoniemych. – Kiedy mnie o to poproszono, powiedziałam: „nie jestem zainteresowana opieką społeczną, chcę robić teatr!”. Długo broniłam się przed pracą z niepełnosprawnymi. Ale twórcy grupy wciąż prosili i prosili, więc co miałam zrobić? W końcu uległam.

– I jak było?

– A jak miało być, kiedy aktorzy nie widzą i nie słyszą reżyserki? Wyobrażasz sobie pracę z 11 osobami, które żyją w kompletnej ciszy i ciemności? Ja sobie nie wyobrażałam. Frustrowałam się na okrągło. Raz postawiłam na podłodze kubek z kawą i jeden z aktorów na niego nadepnął. Wtedy nie wierzyłam, że uda nam się coś razem stworzyć.

Zaczynają od podstaw, czyli od nauki komunikacji. – Widzisz ścianę, która zasłania ci widok? To zrób w niej dziurę! Nie możesz porozumieć się z kimś za pomocą wzroku czy słuchu, to spróbuj go dotknąć – mówi Adina.

Na próbach odwołują się właśnie do dotyku. Siadają w kole, ściskają sobie dłonie i trzymają siedzącego obok za kolana. Chodzi o to, żeby stworzyć w grupie atmosferę zaufania. Po trzech miesiącach jeden z członków grupy mówi: „Adina, to głupie. Przecież my nigdy nie będziemy prawdziwymi aktorami”. Nie wierzyli w swoje siły, ale bardzo chcieli grać na scenie.

– Raz Juri, jeden z aktorów, powiedział, że marzy mu się zagranie w sztuce Gorkiego. Ja na to: „przecież jesteś głuchoniemy i niewidomy, jak to sobie wyobrażasz?”. A on: „to nie mój problem, to przecież ty jesteś reżyserką, wymyśl, jak mam to zrobić!”. Prowokował mnie! – wspomina Adina.

Zaczyna zastanawiać się, jak zrobić z warsztatów z niepełnosprawnymi prawdziwy teatr. I zdaje sobie sprawę z tego, że ich kalectwo nie musi być przeszkodą. Patrzy na nie jak na potencjał do wykorzystania: – Nikt z nich nie widział nigdy Marlona Brando czy Ala Pacino, więc nie mogą ich skopiować. To fantastyczne! Nie widzą się wzajemnie, więc siebie też nie mogą naśladować. Każdy ich ruch jest wyjątkowy. Gdy proszę, żeby udawali, że jedzą winogrona, każdy robi to zupełnie inaczej. To się nie zdarza u aktorów widzących.

Adina szuka tłumaczy, którzy pomogliby w komunikacji z aktorami. Dziś każdy z nich ma swojego opiekuna – osobę widzącą i słyszącą, która tłumaczy jego gesty innym. Itzik na przykład wystukuje rytm na dłoni tłumacza (każdy ruch palca oznacza jakąś literę). Bat Sheva porozumiewa się na migi, a Gienii, która jeszcze nie straciła do końca słuchu, tłumacz musi krzyczeć do ucha. Jeden wielki chaos. – Kwestia komunikacji wewnątrz grupy jest podwójnie skomplikowana – opowiada Adina. – Większość naszych aktorów jest rosyjskojęzyczna. To ludzie żydowskiego pochodzenia, którzy po upadku Związku Radzieckiego przyjechali do Izraela. Żeby ich zrozumieć, trzeba używać migowego rosyjskiego, a nie hebrajskiego.

W ciemności i ciszy

Adina czasem się z nich śmieje, czasem płacze, bo jest na nich wściekła. Ale na dobre wkręca się w tę pracę. Postanawia założyć fundację. Ma to pomóc w zdobywaniu funduszy. Razem z przyjacielem Eranem Gurem zaczynają myśleć o szerszej działalności. – Kiedy nadarza się okazja, kupujemy w Jafie zniszczony portowy magazyn. Wreszcie mamy miejsce, gdzie oprócz teatru możemy też zrobić kawiarnię i restaurację. Adina wie jedno: nie chce tworzyć instytucji charytatywnej, tylko miejsce, do którego ludzie będą przychodzić dla przyjemności, a nie z litości. Jak to osiągnąć? – Szkolić kelnerów, ćwiczyć z aktorami. To, że aktorzy są niepełnosprawni, nie znaczy, że mogą źle grać. To, co określa życie głuchoniemych, to izolacja, próżnia. Moje zadanie polega na tym, żeby przestali żyć w próżni i poprzez sztukę zaczęli się komunikować z widzącymi i słyszącymi.

Największym problemem są nie aktorzy, ale widzowie: – Na początku ludzie przychodzili do nas, bo myśleli, że robią nam przysługę. Pytali, czy bilet można odpisać od podatku. Myśleli, że to akcja charytatywna. Odpowiadałam wtedy, że sztuki przecież nie odpisuje się od podatku. A my robimy prawdziwą sztukę.

Z tą prawdziwą sztuką ciemnowłosa Adina, elegancka Bat Sheva, wiecznie uśmiechnięty Juri i dziewięcioro ich przyjaciół aktorów zjeździli już razem pół świata. Grali nawet w Schauspielhaus w Zurychu. Eleganckie wnętrza, profesjonalna instytucja. A Gienia, niewidoma emigrantka z ZSSR, narzeka, że przyszło jej grać pod tak brzydkimi żyrandolami. Mówi: „w Rosji nigdy nie widziałam takiego chłamu”. – Prawdziwi artyści są wymagający – śmieje się Adina. Ich przedstawienia obejrzały tysiące widzów. Najnowsze nazywa się „Nie samym chlebem”. Zaczyna się nietypowo. Zza kotary wychyla się 11 par dłoni wyrabiających ciasto. Zaraz włożą je do pieca. – Witajcie w naszej ciemności i naszej ciszy. Witajcie w naszym życiu – mówi na migi Bat Sheva, która jest głuchoniema i prawie całkowicie ślepa. Tłumacz na głos wypowiada migane przez nią słowa.

Aktorzy porozumiewają się perfekcyjnie. Uderzenie w bębenek – i wszyscy wiedzą, co mają robić. Jak wiedzą, skoro go nie słyszą? Czują wibracje. Tego nauczyła ich Adina. Słowa w tym teatrze rodzą się z tłumaczonych gestów. Akcja toczy się w piekarni. Składają się na nią opowieści aktorów, którzy mówią o swojej codzienności i marzeniach. Dwie kobiety rozmawiają przy rozwieszaniu prania. Inna przytula niemowlę. Ktoś pisze na maszynie, ktoś wybiera się w podróż. Pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia składają się w jedną całość, która w mądry i humorystyczny sposób opowiada o życiu w ciemności i ciszy.

Intensywny zapach chleba pieczonego przez aktorów każe widzom być tu i teraz. Sztuka trwa tyle, ile zajmuje upieczenie bochenka. Im bliżej końca, tym intensywniej pachnie. – Dlaczego chleb? Bo to coś bardzo podstawowego, ale też święty symbol w wielu religiach. Nie weźmiesz chleba od osoby, która cię brzydzi. A u nas po przedstawieniu aktorzy jedzą go razem z widownią – opowiada Adina. W Nalaga᾽at wszystko związane jest z jedzeniem. Bo głuchoniemym i niewidomym oprócz dotyku i węchu zostaje tylko smak.

Kolacja bez świec

Eliran Golan jest albinosem. Elegancki, ubrany na czarno, szarmancki. Niewidomy. Zaczesane za uszy białe włosy dotykają szyi. Prosi, żebym zostawiła w szatni wszystko, co mam, i położyła mu rękę na ramieniu. – Trzymaj mnie mocno, bo inaczej się przewrócisz. Od tej pory jestem twoim osobistym przewodnikiem – mówi. Eliran wprowadza ludzi w głąb najciemniejszego pomieszczenia, w jakim kiedykolwiek byli. To elegancka restauracja w Nalaga᾽at. Gdyby nie było ciemno, z okien roztaczałby się widok na morze. Eliran znajduje mi stolik i pomaga usiąść. – Na przystawkę proponuję sałatkę z roquefortem i śliwkami w sosie winegret – mówi, a brzmi ciepło i profesjonalnie. – Do głównego dania wolisz Cabernet Sauvignon czy Pinotage? – pyta.

Odpowiadam i macham ręką tak niezdarnie, że uderzam go w brzuch. Nie miałam pojęcia, że stoi aż tak blisko. Eliran tylko się śmieje: – Spokojnie, gorsze rzeczy się tu zdarzają. Ostatnio klientka wybiegła z krzykiem: „pomocy, duszę się, umieram!”. To nie jest normalne, że się je w egipskich ciemnościach, więc ludzie reagują różnie.

Takiej ciemności, jaka panuje w restauracji w Jafie, nie można sobie nawet wyobrazić. Nie ma tu żadnego prześwitu, żadnej namiastki światła. Wzrok do takiej ciemności nigdy się nie przyzwyczaja. Nie widzę nawet własnej ręki. W takiej ciemności traci się poczucie czasu. W takiej ciemności wszyscy jesteśmy niewidomi.

Na główne danie dostaję pistacjowe gnocchi w sosie migdałowym. Pomagam sobie rękami, bo sztućcami nie trafiam w talerz. Nieelegancko, ale o tym nie myślę. Palcami macam gładki obrus. Macam też krzesło, ścianę, nogę od stołu. Sukienka robi się lepka, bo ląduje na niej pół kolacji. Jestem brudna i zdezorientowana, teraz Eliranowi ufam najbardziej na świecie, bo bez niego nie trafiłabym nawet do wyjścia. – Dzięki temu, że tu jesteś, możesz poczuć, jak wygląda mój świat – mówi Eliran. I zaczyna się śmiać: – Co ja mówię. Przecież mój świat w ogóle nie wygląda.

Jak fast food

Po co w ogóle jeść w restauracji, gdzie boję się, że wkłuję siedzącemu obok widelec w oko? – Zapytaj te tłumy ludzi, które do nas przychodzą – uśmiecha się Adina Tal. Żeby zjeść w ciemności, stolik trzeba zarezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem. Z biletami do teatru też bywa trudno. I nikt już nie odwiedza Nalaga᾽at z powodów charytatywnych. – Trudno w to uwierzyć, ale ludzie do nas przychodzą, bo chcą się poczuć niekomfortowo. Wizyta w Nalaga᾽at wytrąca ich z codziennej bezrefleksyjności. Okazuje się, że ludzie bardzo tego potrzebują.

Taka sytuacja rodzi specyficzne emocje – strach, zagubienie, czasem nawet panikę. W Nalaga᾽at nie ma szans, żeby nie zrozumieć, jak czuje się ten inny. Ludzie są przyzwyczajeni, że to oni dają coś niepełnosprawnym. Nalaga᾽at robi coś dokładnie odwrotnego: tutaj to niepełnosprawni dają coś pełnosprawnym widzom i klientom restauracji. A ci są często tym zakłopotani.

Kiedy Adina zaczynała pracować z niewidomymi i głuchoniemymi, wszyscy narzekali, że za dużo od nich wymaga. Ale ona wcale tak nie myśli. – Wiesz, jaki jest problem z niepełnosprawnymi? Ludzie albo traktują ich jak głupich albo się nad nimi litują. A ja traktuję ich na równi. Jak się zdenerwuję, potrafię nieźle na nich nawrzeszczeć. I zapominam, że oni i tak nie słyszą – śmieje się. I dodaje: – Chcę, żeby Nalaga᾽at było jak McDonald’s. Trzymamy poziom i jesteśmy dostępni dla wszystkich. Ale nigdy nie chcę już pracować ze zdrowymi aktorami. Bo zwykły teatr w porównaniu do tego, co robię tutaj, jest strasznie nudny.

Zdjęcia: materiały prasowe CENTRUM NALAGA’AT