1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Każda istota, która wchodzi w nasze życie, jest lekcją. Niekiedy trudną, czasem niewygodną, ostatecznie rozczulającą, ale zawsze prawdziwą

Każda istota, która wchodzi w nasze życie, jest lekcją. Niekiedy trudną, czasem niewygodną, ostatecznie rozczulającą, ale zawsze prawdziwą

(Ilustracja: Gosia Kulik)
(Ilustracja: Gosia Kulik)
Kiedy przeprowadzałam się na Kretę, miałam bardzo jasny cel: po latach samotnego macierzyństwa, opiekowania się innymi i nieustannej odpowiedzialności chciałam w końcu zaopiekować się sobą – kimś, kto przez całe życie był „tą odpowiedzialną”. Nie planowałam żadnych związków ani czworonogów, ale życie, jak to życie, postanowiło inaczej.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 7/2025.

Nie wiedziałam wtedy, że na Krecie jest ogromny problem z bezdomnością zwierząt. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele psów i kotów błąka się tutaj po ulicach, jak bardzo stają się niewidzialne, kiedy turyści wracają do swoich domów, a tawerny zamykają się na zimę. Pandemia wszystko pogłębiła. Puste ulice, zamknięte restauracje, brak odpadków i ludzi – zwierzęta zaczęły pojawiać się pod domami, szukając jedzenia, ciepła i obecności. Wtedy właśnie przyszły do mnie. Najpierw koty, potem psy. I choć mogłam znaleźć im inne domy, przekazać dalej, wykorzystać swoje zasięgi, znajomości – zdecydowałam się je zatrzymać.

Dziś nie wyobrażam sobie życia bez mojej gromadki. Opisałam ich historie w książkach, a każda z nich to tak naprawdę opowieść o tym, jak bardzo to one zaopiekowały się mną. Myślimy, że ratujemy zwierzęta, tymczasem często to one ratują nas. I uczą miłości – tej codziennej, obecnej, czułej, cierpliwej i pełnej radości.

Gdy ludzie słyszą o mojej przeprowadzce…

…często wyobrażają sobie rajską wyspę, lazurowe morze, białe domki z niebieskimi okiennicami i życie bez trosk. Wyobrażają sobie kogoś, kto „rzucił wszystko” i zamieszkał w raju, jak bohaterka kiczowatego filmu. A Kreta z rajską wyspą ma niewiele wspólnego. To miejsce o surowym klimacie – skrajnie gorące latem i chłodne, deszczowe zimą. To wyspa z trudną, górzystą naturą, niełatwą mentalnością i wcale nieprostym życiem codziennym. Moja przeprowadzka tam nie była ucieczką ani romantyczną przygodą. To była realizacja wieloletniego planu. Wiedziałam, że Kreteńczycy są dumni, weseli, ale niełatwi, a administracja państwowa jest jak labirynt — nikt mnie tutaj za rękę nie poprowadzi. I tak naprawdę na to właśnie byłam gotowa. Jednak nie byłam gotowa na coś innego.Nie przewidziałam, że w tym moim „byciu samą dla siebie” pojawi się też ogromna przestrzeń samotności. Że choć będę miała dom, firmę, zawodowe plany i piękne widoki z tarasu, to jednak zabraknie mi tej prostej, codziennej bliskości – dotyku, zapachu, dźwięku, rytuałów współistnienia. Wtedy właśnie przyszły do mnie zwierzęta. Najpierw koty, potem psy. I wypełniły tę moją samotność. Dały mi coś, czego nie da się kupić, zaplanować ani wypracować. Wnosiły w mój dzień rytm, czułość i obecność, którą czujemy bardziej ciałem niż głową. Zwierzęta nie pytają o nasze plany, nie interesuje ich, jak długo układaliśmy sobie w głowie swoje życie. One po prostu są. Potrzebują nas. Kochają.

Zaczęło się od tego, że poszłam rano pobiegać

Wśród oliwek zobaczyłam dwa maleńkie kotki – białe z czarnymi łatkami. Pomyślałam, że w pobliżu musi być ich mama. Były wesołe, nie wyglądały na wygłodniałe i takie całkiem sobie pozostawione. Dlatego początkowo nawet ich nie dotykałam – wiedziałam, że jeśli mają matkę, to lepiej, żeby nie przeniosły na sierści mojego zapachu. Jednak one ruszyły za mną. Małe łapki, małe ogonki, miękkie futerka łaskoczące moje kostki. Najpierw kawałek, potem kilometr, biegłam przed siebie, a one wciąż za mną, miauczące. I wtedy pomyślałam: nie ma tam żadnej mamy. One są same. I są głodne. Wsadziłam je więc – po jednym – do kieszeni mojej bluzy i zaniosłam do domu.

Natychmiast napisałam post na mediach społecznościowych – może ktoś je zna? Może komuś uciekły? No i już po godzinie byłam z nimi u weterynarza. Dawno nie miałam kotów, trochę zapomniałam, jak to jest. Planowałam, że będą mieszkały na zewnątrz – ja przecież jestem podróżniczką, niezależną kobietą, wolną duszą. Ustaliłam z sąsiadami, że będziemy je razem dokarmiać. Tylko że już tej pierwszej nocy spały wczepione w moją szyję, a rano robiły deptu-deptu, lizały mnie szorstkimi języczkami po uszach albo wspinały się po kwitnącej amarantowo, kolczastej bugenwilli, z której co chwila musiałam je ściągać, stojąc na drabinie.

Często, siedząc na macie do jogi pod moją oliwką w ogrodzie czy na dachu pod kreteńskim niebem, miałam je przy sobie – ułożone na kolanach albo gdzieś obok. I wtedy zaczęłam wracać w myślach do mojego macierzyństwa. Do tego, jak bardzo młodą mamą wtedy byłam. Jak bardzo się bałam (właściwie byłam lękowo-zadaniowa), jak bardzo chciałam wszystko zrobić dobrze, a jednocześnie jak bardzo chciałam żyć, doświadczać, poznawać świat (a nie mogłam…). Jak bardzo nie umiałam wtedy usiąść w ciszy. Nie znałam jeszcze tego spokoju, który daje samo bycie – bez lęku, bez konieczności kontrolowania wszystkiego. Głaszcząc dwa kotki przybłędy, siedząc z nimi w ciszy, myślałam: Boże, gdybym ja wtedy wiedziała, że można po prostu być... Że można się nasycić i ukoić prostą obecnością. Przytulić, pogłaskać, pooddychać w tym samym rytmie.Potrzebowałam wielu lat jogi, terapii, ale też rozmaitych doświadczeń, w tym tej szerokiej pustyni samotności, zanim to do mnie przyszło. To wtedy właśnie zrozumiałam, że koty nie pojawiły się przypadkiem. Przyszły dokładnie wtedy, kiedy powinny. I że być może to nie ja je przygarnęłam, tylko one przyszły przygarnąć mnie. Te dwa maleńkie stworzenia zrobiły coś, czego wtedy jeszcze nie byłam w pełni świadoma – przypomniały mi, czym jest prawdziwa bliskość innej czującej istoty. Od tamtego czasu inaczej patrzę na zwierzęta. Wiem, że każda istota, która wchodzi w nasze życie, jest lekcją. Niekiedy trudną, czasem niewygodną, ostatecznie rozczulającą, ale zawsze prawdziwą. I myślę, że jeśli otworzymy się na ich obecność, damy się im oswoić i same, sami nauczymy się tej prostoty – to nasze ludzkie relacje też staną się lżejsze, prawdziwsze, mniej skomplikowane.

Kiedy za sprawą kocich czarów wzrósł i ustabilizował się już mój poziom oksytocyny, los postanowił, że jestem gotowa na następny krok. I jak to zwykle bywa, nie przyszło to w sposób oczywisty, nie przyszło też wtedy, gdy planowałam, tylko… kiedy przyszło.

Była piękna sierpniowa noc, pełnia księżyca

A pełnia na Krecie to jest coś więcej niż tylko zjawisko astronomiczne – to czas o ciężkiej, gęstej symbolice, której nie sposób zlekceważyć, kiedy ma się choć odrobinę otwartości na takie rzeczy. Na Krecie sierpniowa pełnia wypada w okolicach prawosławnego święta Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny – tego momentu zawieszenia pomiędzy światami, przejścia od światła do cienia, od życia do śmierci i z powrotem. Zanim jednak chrześcijaństwo zawładnęło tym czasem, sierpniową pełnię świętowano w Grecji między innymi dla Hekate. Bogini rozdroży, wiedźmy bez własnego mitu, której zawsze towarzyszy pies – symbol instynktu, lojalności i intuicji. Hekate jest boginią o trzech twarzach: dziewczynki, kobiety i staruszki, jej domeną jest ciemność, nieoczywistość i wybór.

W ciszy przetykanej już nie cykadami, które milkną na noc, ale cichymi świerszczami, w zapachu nocnego rozmarynu, w blasku nieba, które wyglądało, jakby je ktoś od spodu podświetlał – pod moje nogi podczołgał się mały piesek. Przesłodki, biały jak ten sierpniowy księżyc, z różowym brzuszkiem, piegami i zabawną czarną plamką na pupie.Miał może cztery, pięć miesięcy. Merdał ogonem, kładł się na boku, podnosił łepek, opuszczał uszy, pokazując swoją ufność i bezbronność. A ja patrzyłam na ten księżyc i już wiedziałam. Hekate! Rozumiem. Boginiom się nie odmawia.

I tak w moim życiu pojawił się Felek. A wraz z nim – zupełnie nowy etap powracania do bliskości. Kotki nauczyły mnie czułości: tej miękkiej, spokojnej, bezpiecznej. Felek przyniósł coś więcej. On przyniósł wzajemność. Bo koty, jak wiadomo, są niezależne. One wybierają, czy przyjść, czy się przytulić. Pies zaś potrzebuje naszej obecności, ale i nieustannie nas odzwierciedla. Jego potrzeby stają się częścią naszego dnia, naszej rutyny, naszej przestrzeni. Pies nie ma planu B. Pies oddaje się cały, bez reszty. I Felek od pierwszego dnia był mój, a ja byłam jego.

Problem był taki, że Felek był też po prostu łobuzem. Małym, bezczelnym, rozkosznym dzieciakiem, który w ciągu kilku dni katapultował mnie do tej fazy w moim życiu, kiedy byłam potwornie zmęczoną młodą mamą. Gorący sierpień, pandemia w tle, na zewnątrz niby niewiele się działo, ale ja miałam swoje grupy jogowe. I żeby zdążyć przed upałem, zaczynaliśmy o siódmej, czasem o wpół do siódmej. Mój dzień zaczynał się więc około czwartej nad ranem, bo przecież musiałam tego małego łobuza wybiegać, zmęczyć, żeby dał mi potem popracować w spokoju.

Całą sobą poczułam wtedy, jak niesamowitą cierpliwość musi mieć matka. Jakie to jest naprawdę wielkie wyzwanie zajmować się małym, ruchliwym, nieprzewidywalnym stworzeniem, które nie rozumie słowa „później” ani „teraz nie mogę”. Odczułam też to moje matczyne totalne niedospanie sprzed lat. Towarzyszyło mi stale, gdy moja córka była mała, a ja bardzo często byłam całkiem sama. Bez tych innych rąk, które mogłyby choć ją przejąć, kiedy dopadało mnie zmęczenie. Wtedy bardzo wyraźnie zobaczyłam też, jak głęboka jest mądrość w wielopokoleniowych rodzinach. Jasne, mają swoje cienie, jak wszystko. Jest w nich za dużo kontroli, mało prywatności, a jeśli są toksyczne, potrafią być źródłem wielu ran. Ale kiedy działają dobrze, tworzą sieć wsparcia, w której matka nie jest samotna.

Patrzyłam na greckie rodziny wokół mnie, na dzieci przekazywane z rąk do rąk, też na ciotki, babki, sąsiadki, na naturalną współodpowiedzialność – i miałam ochotę się rozpłakać. W wielkich miastach młode mamy tego nie mają. I mnie, choć obie babcie chętnie się angażowały w opiekę nad moim dzieckiem, także często tego brakowało. Brakowało mi obecności plemienia, choć wydawało mi się, że tego nie potrzebuję.

Dziś sądzę, że wchodząc w macierzyństwo, trzeba pamiętać, aby sobie takie plemiona tworzyć. Nie zawsze musi być to rodzina z krwi, możemy mieć rodziny z wyboru: składające się z przyjaciółek, sąsiadek, znajomych, z ludzi, którzy chcą być częścią naszego życia i którzy chcą być blisko naszych dzieci.

Felek przypomniał mi jeszcze jedną ważną rzecz – że tam, gdzie są więzi, muszą być też granice. Jeśli mu ich nie postawię, jeśli nie powiem „stop”, nie wskażę, co wolno, a czego nie – wejdzie mi na głowę i mnie zeżre. Dosłownie i w przenośni, tymi swoimi słodkimi, ostrymi jak szpilki ząbkami.

Wtedy pojawiła się w naszym życiu Maria – wspaniała behawiorystka, kobieta, którą błogosławię do dzisiaj. To ona nauczyła mnie i Felka, jak wspólnie funkcjonować, jak tworzyć więź, która nie opiera się na uległości ani na dominacji, tylko na wzajemnym szacunku.

Tymczasem Feluś rósł jak na drożdżach. Miał w sobie niesamowitą łatwość uczenia się: od Marii, od kotów, ode mnie. Wydawało się, że wszystko zaczyna się jakoś układać, że po tym szalonym, wyczerpującym czasie powoli wypracowujemy swój domowy rytm. Feluś już nie dręczył kotków, więc przestały chować się po szafach i mogły spokojnie drzemać w słońcu na werandzie. Ja nie byłam już tą wiecznie niedospaną, ledwo żywą kobietą, która z trudem odróżnia sen od jawy. Wreszcie złapałam oddech i wydawało mi się wtedy, że tak już zostanie. Że jakoś to sobie ogarniemy, że mój świat powoli wróci na swoje miejsce.

Zbudowałam system: na dłuższe wyjazdy – zastępcze mamy na Krecie, które pokochały Felka, na krótsze – sąsiedzi i dwie cudowne kobiety, które u siebie w domach i ogrodach przyjmowały psy. Miałam poczucie, że da się żyć.

Wtem pandemia uderzyła z nową siłą

Moja córka przyjechała na Kretę ze swoim pieskiem i – jak chyba wszyscy – próbowałyśmy się jakoś odnaleźć w tym dziwnym, pozamykanym świecie. Któregoś deszczowego dnia zobaczyłam kotkę – szkielecik. Mignęła mi podczas jazdy, zatrzymałam samochód i powiedziałam do córki: – Bierzemy ją. Co tam, jedno zwierzę w tę czy w tę już naprawdę nie robi różnicy.

Nazwałam ją Surya, ponieważ jest trikolorką, a jej futerko wygląda, jakby ją słońce całowało tymi rudymi plamkami. Surya znaczy w sankrycie: słońce. Choć nasze dwa kotki, Lempik i Wódz Różowe Uszko, miały trudny start, to w porównaniu z Suryą naprawdę nie miały ciężkich przeżyć. Przede wszystkim nie zaznały głodu ani samotności. Mając jeszcze w pamięci ciepło matki, niemal od razu trały do mnie. Surya była prawdziwie straumatyzowanym zwierzęciem. Porzucona, głodna, zdezorientowana. I ja miałam w życiu takie chwile, kiedy wydawało mi się, że nikomu na mnie nie zależy. Że nie ma nikogo, kto mnie nakarmi, kto przytuli, kto da znać, że jestem ważna. Pamiętam dobrze ten głód. Głód bycia chcianą. Głód poczucia bezpieczeństwa. Głód bycia w czyimś życiu kimś ważnym. Surya bardzo mi to przypomniała.

Kiedy człowiek (albo kot) bardzo długo głoduje – dosłownie albo emocjonalnie – nie potrafi uwierzyć, że może być inaczej. Że ktoś mu to da i że to nie zniknie. Rzuca się więc na każdą odrobinę czułości, ciepła czy po prostu jedzenia, jakby to była ostatnia rzecz na świecie. Surya była właśnie taka. Obsesyjnie szukała jedzenia. Potrafiła ukraść każdemu – kotom, psom, a pewnie i mnie by ukradła, gdybym się zagapiła. Dosłownie w kilka tygodni z tego szkieleciku zrobiła się puchata kulka. A jednocześnie była najczulszym, najdelikatniejszym stworzonkiem. Nie przytulała się jak Lempik czy Uszko. Nie wdrapywała się na kolana. Ona po prostu była obok. Kładła się blisko. Milcząco. Jej obecność była jak cicha zgoda na bycie razem, na dzielenie przestrzeni, na małe, zwyczajne życie.

Patrzyłam na nią i widziałam tamtą mnie. Młodą dziewczynę, która za szybko chciała być dorosła, która nie przyjmowała pomocy, nie prosiła o nią, a potem czuła się opuszczona, niewidzialna. I dzięki tej małej, trójkolorowej kotce mogłam do tamtej siebie powrócić i trochę ją utulić. Nie zawsze jest tak, że nie ma dla nas miejsca w świecie. Czasem to my – z głodu, ze strachu, z nieufności – trzymamy się na uboczu, a potem, jak Surya, powoli, ostrożnie, przyzwyczajamy się do tego, że ktoś jednak jest. Moje zwierzęta pokazują mi to nieustannie i wciąż przypominają, jak długo trwa odbudowywanie zaufania. Oraz jak różnie potrafimy okazywać bliskość. Wielkie znaczenie ma to, by po prostu być. Nie zawsze głaskać, nie zawsze przytulać. Być. Gdy Surya już trochę okrzepła w naszym domu, oswoiła się z Felusiem, z innymi kotkami, gdy nabrała ciałka i zaczęła spać spokojnie na słońcu – przyszła kolejna lekcja.

Siedziałyśmy z moją córką przy kominku

Ogień buzował, zwierzaki poukładały się na okrągłej, ratanowej kanapie, która przypomina bardziej gniazdo niż mebel. Było cicho, ciepło, miękko. W takich chwilach człowiek łapie się na tym, że może to już jest szczęście. Nagle za balkonowym oknem pojawił się Malczik. Mały, karmelkowy piesek, rudy jak świeżo wypieczona bułeczka, z krótkimi łapkami, mieszanka jamnika i Jack Russell teriera. Znałam go z widzenia, bo był takim wiejsko-ulicznym powsinogą. Nazywaliśmy go z sąsiadami Chuck Norris, taki był zadziorny: biegał, szczekał na samochody, jakby pilnował całej naszej wsi. Ale w pandemii wieś opustoszała, wszyscy, którzy mogli, uciekli do rodzin. Zostało tylko kilku samotników. I ten mały piesek – wygłodniały, zmarznięty, samotny – pojawił się pod moim balkonem. Stał, patrzył, cały trząsł się z zimna i strachu. – Mamuś, a co z tym Malczikiem? – spytała moja córka. I było już wiadomo. W nasze życie wszedł Lord Malczik. Tak go nazywamy, bo w naszym domu obecnie panuje kult Malczika! Choć jest maleńki, jego osobowość jest potężna. Zanim jednak pozwolił sobie tę osobowość pokazać, zanim stał się wesołym, sprytnym i zabawnym psem, który teraz pilnuje naszego domu i serc – musiał przejść swoją drogę. Malczik był straumatyzowany równie mocno jak Surya. Widziałam to w każdym jego ruchu. Podkulony ogon, położone po sobie uszy, nieufność wobec ludzi. Uciekaj albo walcz – jego cały

system nerwowy nastawiony był na przetrwanie. I tak jak Surya potrzebował dużo czasu. Nie tygodni, nie miesięcy, tylko lat, żeby nauczyć się, że można się bawić, że można się przytulić, że można zasnąć przy człowieku. Kiedy pierwszy raz przewrócił się na plecki i pokazał brzuszek, prawie się popłakałam. Patrzyłam na Malczika i Suryę, jak dzień po dniu, tydzień po tygodniu rozplątują w sobie te wieloletnie napięcia. I znów wracałam do siebie. Do tego, że tak właśnie działa trauma. Że człowiek (albo zwierzę) nie rozluźnia się, nie ufa, nie otwiera ot tak, bo ktoś mu powie: „Już dobrze, teraz jesteś bezpieczny”. To tak nie działa.

W tamtym czasie, zanurzona w pracy z jogą i w fascynacji tym, jak ciało przechowuje trudne doświadczenia, czytałam bardzo dużo o traumie. Książki tylko potwierdzały to, co widziałam w oczach Suryi i Malczika. Bezpieczne, powtarzalne sytuacje. Potrzebny jest spokój. Potrzebne są stałe pory karmienia. Przewidywalność. Zero przemocy. Zero nagłych zmian. Tysiące powtórzeń, aż w końcu napięcie puszcza, wraca oddech, pojawia się rozluźniony sen. I w końcu ktoś podchodzi do nas sam. Jakby na potwierdzenie tego wszystkiego pojawiła się Sechmet – czarna kotka od ulewy. Stałam pod przychodnią, w płaszczu przeciwdeszczowym, czekając na test covidowy.

Nie wpuszczali nas do środka, a lało jak z cebra. Nagle poczułam szarpnięcie przy nodze. Mały, czarny kotek wspinał się po mojej nogawce! Przemoczony, zziębnięty. Wdrapał mi się na kolana i został. Okazało się, że to dziewczynka. Nazwałam ją Sechmet – jak egipska bogini wojny i miłości. Pokazała mi, że czasem o czułość trzeba zawalczyć. Że można się wdrapać, nawet na drżących łapkach, po swoje miejsce w czyimś sercu. Myślicie, że to koniec? Ależ nie, miała jeszcze dołączyć do nas Zośka. Tak, kolejna bida.

Zośka była przypadkiem beznadziejnym

To był marzec. Poszłam z Malczikiem i Felkiem na spacer. Dzień był trochę kapryśny – niby słońce, ale wiatr taki, że uszy urywało. Wędrowaliśmy nie tam, gdzie zwykle. Tak po prostu – psy mnie poprowadziły. I nagle Felek zanurkował w trawy i znalazł… kulę strachu. To było coś, co wyglądało jak skłębiony, brudny kawałek niewygręplowanej wełny. Z tej kuli patrzyły na mnie ludzkie oczy. Zmęczone, smutne, nieprawdopodobnie doświadczone. Sunia. Malutka, potwornie brudna, zapchlona, cała pokryta kleszczami, zdrętwiała w swoim strachu i bezradności. Wzięłam ją na ręce i zaniosłam do domu. Byłam przekonana, że to staruszka na ostatnich nogach, ale weterynarz wyprowadził mnie z błędu. – Ona ma góra dwa lata. Tylko… całe życie chyba spędziła zamknięta albo na łańcuchu – usłyszałam. Zero mięśni. Pazury jak szpony. Nie umiała chodzić. Była niestymulowana, niedotykana. Jedynym, co ją ruszało, był widok chleba. Tylko na to reagowała. Pewnie przez całe życie ktoś jej czasem przez drzwi wrzucał kawałek starego bochenka. Na resztę – zastygała. A jak ją brałam na ręce, udawała martwą. Całkiem jak szmaciana lalka. Bezwładna, cichutka, znikająca. A jednak, krok po kroku, zaczęła chodzić.Była taka malutka, że przechodziła przez kocią klapkę w drzwiach. A dziś? Zośka to dorodna, okrąglutka sunia. Troszkę nawet przesadziła z wagą, bo – jak Surya – ma w sobie ten głód, który objawia się nie tylko radością na widok każdego okruszka, ale i absolutnym brakiem hamulców przy jedzeniu. Zośka była kropką nad i w tej mojej żywej lekcji o miłości, która leczy bez wielkich słów. I to mnie przeprawiło przez najtrudniejszy most – do ludzi. Do człowieka.

Po pięknych siedmiu latach życia tylko ze zwierzętami, w zupełnie niespodziewanym momencie pojawił się mój człowiek. Spotkaliśmy się, pokochaliśmy i pobraliśmy. Nasze kudłate stado było świadkiem ceremonii. Ta historia znalazła swoje odbicie w mojej książce dla dzieci „Zosilla i zaczarowane jagody”. To baśń o miłości, o odbudowywaniu się, odzyskiwaniu mocy i o stawaniu na nogi (albo na cztery łapy). Dlatego jeśli miałabym zostawić coś na koniec tej historii – byłby to wielki ukłon w stronę wszystkich, którzy przygarniają, ratują bezdomne zwierzaki i dają im dom. Tym zwierzakom także się kłaniam. Razem spadamy na cztery łapy.

Paulina Młynarska-Hume, kiedyś dziennikarka, producentka radiowa i telewizyjna, obecnie pisarka i nauczycielka jogi. Przez siedem lat mieszkała na Krecie, gdzie angażowała się w ratowanie bezdomnych zwierząt. Siedmioro z nich przygarnęła na stałe. Swoje życie z nimi relacjonuje w mediach społecznościowych, opisała je też w bestsellerowej książce „Miłość to pies”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE