fbpx

Rodzimy – dziecko to wspólna sprawa

Rodzimy
Towarzyszenie kobiecie przy porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży,pełna troski i czułości. (Fot.iStock)

Poród, tak jak ciąża, to nie choroba. A co obserwujemy? Z jednej strony medykalizację narodzin, a z drugiej – powrót do myślenia, że wszelkie ułatwienia dla rodzących to niewłaściwy kierunek. Obydwie tendencje są niebywale groźne. Bo kobieta powinna mieć całkowite prawo wyboru co do tego, czy, gdzie, jak i z kim chce rodzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Młodzi są świadomi tego, co to znaczy narodziny dziecka, bo się do tego przygotowują: uczestniczą w szkołach rodzenia, robią badania, czytają. To wszystko sprawia, że ten akt jest mniej niż kiedyś obarczony niepewnością, bardziej radosny. Niesamowita zmiana!
Ale mamy nową okoliczność historyczną, czyli opresyjne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. I jeśli ono zostanie zachowane, to kobiety będą bały się rodzić. Bo w takiej sytuacji zagrożone stają się też badania prenatalne. Po co je robić, skoro nie będzie można podejmować wyboru, co dalej z ciążą? To jest powrót do średniowiecza. A fakty są takie, że diagnozuje się dzisiaj coraz więcej uszkodzonych płodów, co najprawdopodobniej wiąże się z zatruciem środowiska…

Pewnie też z późnym rodzicielstwem.
Moją hipotezą jest uszkadzający wpływ zatrucia środowiska na rozwój płodu i kondycję komórek rozrodczych. Lekarze alarmują, że kłopot z płodnością już w ponad 50 proc. leży po stronie mężczyzn, a niedawno w 80 proc. diagnozowano go po stronie kobiet. Nasila się fala różnego rodzaju uczuleń wśród noworodków, co prawdopodobnie jest skutkiem nadmiernego obciążenia toksynami organizmów matek. Tak więc jeśli zabronione zostaną badania prenatalne, to tysiące kobiet będzie narażonych na ponurą grę z losem: czy urodzi mi się zdrowe dziecko, czy poważnie lub nawet letalnie uszkodzone, które umrze jeszcze przed porodem albo tuż po nim? W takiej rzeczywistości perspektywa rodzicielstwa przestaje być źródłem radosnej nadziei.

A ciąża przeżyta w lęku to dodatkowe obciążenie dla płodu?
Zdecydowanie tak. Epigenetyka wyraźnie mówi o prenatalnych zmianach DNA płodu, jeśli matka żyje w długotrwałym stresie. Okazuje się, że stres matki wpływa na rozwój tyłomózgowia kosztem płatów czołowych i skroniowych płodu, co oznacza, że w jej łonie rośnie człowiek z silną skłonnością do agresji, bezwzględny wojownik, może nawet ktoś ze skłonnością do psychopatii. Wiele wskazuje na to, że liczba niemowląt wymagających stałego podtrzymywania ich zdolności do życia będzie wzrastać w miarę postępującej katastrofy ekologicznej, a także pod wpływem stresu kobiet pozbawionych w ciąży dostępu do badań prenatalnych.

Badania prenatalne przyczyniają się do uratowania wielu dzieci, które można leczyć już w łonie matki. Ta szansa zostanie wraz z nowym prawem odebrana?
Można się tego obawiać. Współczesna medycyna rozwinęła trafną diagnostykę genetyczną oraz technikę operacji endoskopowych usuwających często bardzo niebezpieczne wady płodu jeszcze w łonie matki. Jeśli ustawodawstwo dotyczące prokreacyjnych praw kobiet będzie nadal te prawa ograniczać, to korzystanie z tych zdobyczy i dalszy rozwój tej dziedziny wiedzy i praktyki zostanie zahamowany. Lekarze, straszeni karami więzienia, mogą odmawiać badań albo ukrywać prawdziwą diagnozę, by spełnić marzenia religijnych fundamentalistów i zmusić kobiety do rodzenia, niezależnie od kondycji płodu.
Nie zapominajmy o jeszcze jednej – potwierdzonej przez statystyki – konsekwencji, czyli o tym, że niewielu ojców jest w stanie sprostać tak wymagającemu rodzicielstwu i odchodzi, zostawiając matki same z ciężko uszkodzonymi dziećmi. Nie trzeba być prorokiem, by spodziewać się w przyszłości znacznie większej liczby rozwodów, rozkwitu podziemia aborcyjnego i diagnostycznego, wielu samobójstw przerażonych i przeciążonych matek, a także wielu rozpaczliwych prób pozbycia się najciężej uszkodzonych, żyjących wyłącznie dzięki uporczywej terapii dzieci. Ta ustawa to zaiste pomysł z piekła rodem, podjęty w dogmatycznym zapale, a w praktyce obracający wniwecz być może nawet szlachetne intencje pomysłodawców i ustawodawców.

Dlaczego nie zmusza się mężczyzn do heroizmu, tylko kobiety?
No właśnie. Dlatego aby naprawić tę jawną dyskryminację mężczyzn, chcę zaproponować naszym prawodawcom ustawę zobowiązującą ojców dzieci urodzonych z ciężkimi niepełnosprawnościami do czynnej, osobistej opieki nad swoim potomstwem aż do ich naturalnej śmierci. Pod sankcją kary w postaci wieloletniej, przymusowej pracy w zakładzie opiekuńczym dla takich dzieci. Myślę, że to uzmysłowiłoby zdominowanym przez mężczyzn instytucjom stanowiącym antykobiece prawo – przebrane za troskę o zbawienie narodu – rozmiary ich hipokryzji i okrucieństwa wobec kobiet.

Rodzimy
(Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jednak bądźmy sprawiedliwi – młodzi ojcowie coraz częściej wspierają matki swoich dzieci. Wspólne porody to nowe pokoleniowe zjawisko, według mnie absolutnie pozytywne dla wszystkich stron. A według ciebie?
Za towarzyszenie przy porodzie i opiekę nad zdrowym dzieckiem mężczyzn nie wypada chwalić. Schody zaczynają się, gdy dziecko urodzi się z poważną wadą. Co do asystowania przy porodach, to oczywiście płynie z tego wiele korzyści. Nie znam jednak badań, które odpowiedziałyby na pytanie, czy wszystkie rodzące naprawdę cieszy to, że ich partnerzy patrzą na ich porodową mękę i fizjologię z tym związaną. Poza tym nie wiemy, jakie pożytki ze swojego uczestnictwa w porodzie widzą mężczyźni.

Badania z 2007 roku przeprowadzone na Wydziale Nauk o Zdrowiu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach pokazują, że ponad 91 proc. mężczyzn uczestniczących w porodzie zdecydowałoby się na to ponownie. Kobiety potrzebują ich wsparcia: trzymania za rękę, rozmów. Moje pokolenie nie mogło na to liczyć.
To naprawdę dobra wiadomość. Ale docierają do mnie także głosy, choćby z grona moich pacjentek, które urodziły w obecności partnerów, że to nie do końca było dla nich komfortowe. Głównie z powodów estetycznych. Bo „jak ja wtedy wyglądam z tym rozwartym i nadciętym kroczem! Jak krzyczę! Ile jest w tym potu, krwi, łez”. Na takie przeżycie trzeba być gotowym i nie decydować się na nie tylko dlatego, że wielu innych tak robi. Nawet w bliskich natury, pierwotnych społecznościach mężczyźni nie byli dopuszczani bezpośrednio do porodu. Bodajże w afrykańskich szczepach ojciec towarzyszył w porodzie, leżąc za przepierzeniem i w pozycji rodzącej kobiety. Razem z nią doświadczał jej bólu, krzycząc i jęcząc głośniej od niej.

Taki trochę teatr?
Żaden teatr! To nie było małpowanie, tylko wyraz głębokiej empatycznej więzi, inaczej współodczuwania. W ten sposób brał na siebie część jej bólu. Nie widział jednak tego, co się działo po drugiej stronie przepierzenia zarezerwowanej tylko dla kobiet. Wiele wskazuje na to, że współczesny udział mężczyzn w narodzinach dziecka to coś zupełnie nowego.

I korzystnego. Znajomi mężczyźni mówią o pięknym doświadczeniu. Z moich rozmów z młodymi ojcami wynika, że wspólny poród to dla nich powód do dumy, człowiecze doświadczenie. W cytowanych badaniach 78 proc. mężczyzn deklaruje, że ich relacje z partnerkami się nie zmieniły, a 11 proc. – że się pogłębiły. Widzę, że ty masz wątpliwości.
Spotkałem się zaledwie z kilkoma męskimi negatywnymi relacjami i opiniami na ten temat. To ci, którzy odrywają się na chwilę od katorżniczej, korporacyjnej pracy i biegną na poród zupełnie nieprzygotowani. Także w aspekcie siły więzi ze swoją partnerką. Bo towarzyszenie kobiecie w porodzie ma sens i pozytywne skutki tylko wtedy, gdy partnerów łączy prawdziwie silna więź. Szczególnie ta budowana w okresie ciąży, pełna troski, wsparcia dla ciężarnej i okraszona rytuałami, na przykład dotykaniem brzucha, obserwowaniem ruchów dziecka czy zwracaniem się do niego. Niestety, nie wszyscy mężczyźni to potrafią. Jeśli towarzyszenie w porodzie jest dla obu stron doświadczeniem pozytywnym, to jest to niewątpliwie zaliczony przez nich sprawdzian siły związku.

Może warto zaapelować do ojców, żeby o tę więź zawalczyli?
Oczywiście. Doradzam więc ojcom, żeby przełamali opory przed wspólnym porodem, jeśli takie mają, ale przede wszystkim żeby się do niego solidnie przygotowali, nie tracąc z oczu tego wszystkiego, co może stanowić o bezpieczeństwie i dobrym stanie emocjonalnym przyszłej matki. No i oczywiście trzeba pamiętać o tym, że do tanga trzeba dwojga i nie można nikogo zmuszać do tego trudnego wspólnego tańca.

Podobno u ojca uczestniczącego w porodzie wzrasta – tak jak u matki – poziom oksytocyny, sprzyjający budowaniu więzi z dzieckiem.
Niewątpliwie jest taka szansa. Ale uważajmy, by znów nie zgrzeszyć idealizowaniem. Tak jak w poprzedniej rozmowie protestowaliśmy przeciw lukrowaniu macierzyństwa, tak tutaj nie możemy lukrować ojcostwa i budzić powszechnej, nieuzasadnionej nadziei, że każdy ojciec obecny przy porodzie uszczęśliwi swoją partnerkę, zacieśni z nią więź i z automatu pokocha swojego potomka. Może być różnie. Szczególnie ojciec, na którego z jakichś powodów spada cały ciężar wychowania i opieki nad małym dzieckiem, ma prawo mieć trudne momenty i wcale nie przeżywać swojego ojcostwa jako niekończącego się radosnego święta.

Są głosy, że dzięki uczestnictwu mężczyzn w porodach i opiece ojców nad niemowlętami będzie w świecie mniej agresji, przemocy, wojen. Wszystko za sprawą tej oksytocyny. Co o tym myślisz?
Podpisuję się pod tą nadzieją. Oby taka zmiana nastąpiła. Myślę nawet, że w pewnej mierze już może się tak dziać. Bo moje doświadczenie pokazało mi wielość harmonijnie współdziałających czynników prowadzących do narodzin nowego życia, a także ogrom bólu i wysiłku z tym związanego. To uczy szacunku do życia, do ludzkiego ciała i do cudu narodzin. Skoro więc mężczyźni masowo garną się do tego szczególnego doświadczenia, to można mieć nadzieję, że nie będzie im łatwo pozbawić kogoś życia. Ale to pewnie płonne nadzieje, zważywszy na to, że już dzisiaj wojny są prowadzone za pomocą joysticka, drona czy innego robota siejącego spustoszenie czasami kilka tysięcy kilometrów od tego, kto przyciska spust.

Narodziny dziecka oznaczają dla rodziców totalną zmianę. Jesper Juul, duński terapeuta, postulował nawet, żeby na miesiąc przed porodem usiedli i powiedzieli sobie: „Żegnaj, stare życie!”. Bo tylko wtedy, gdy pożegnają stare, mogą powitać to nowe. Odtąd życie tych dwojga będzie kompletnie inne. Nie tylko dlatego, że przybywa im obowiązków, ale także z tego powodu, że stają się rodzicami. To ważne, żeby uświadomić sobie tę zmianę?
Jak najbardziej. Na rodzicach spoczywa ogromna odpowiedzialność, najpierw za przetrwanie dziecka, potem za proces jego wychowania. A także za siebie nawzajem, za swój związek i za każdego z osobna.

Wróćmy do porodów: warto przywrócić do łask te domowe?
Popieram. Niestety, w cywilizowanym świecie – odwrotnie niż w społecznościach pierwotnych – czyni się z ciąży i porodu coś na kształt choroby wymagającej szpitalnego wsparcia. Dlatego dobrze by nam wszystkim zrobiło, gdyby ciąża i poród przestały być sprawą medyczną, publiczną i polityczną. I żeby mogły przebiegać w rodzinnej atmosferze intymności i spokoju. Jeżeli oczywiście nie ma ku temu medycznych przeciwwskazań. Jednak w świetle wspomnianych wcześniej nieludzkich, antykobiecych ustaw perspektywa porodów domowych jeszcze bardziej się oddala. Bo przecież kobiety będą coraz bardziej bały się rodzić w domach.

Już teraz głównie rodzą w szpitalach.
To prawda, choć po akcji „Rodzić po ludzku” rozwinęły się bardzo szkolenia akuszerek i położnych. Chodziło o to, żeby zmniejszyć psychiczne traumy okołoporodowe, do których dochodzi często w szpitalach. Rodzące wprawdzie coraz częściej mogą liczyć na przyjazne szpitalne warunki, ale kłopot w tym, że to raczej kosztowna opcja tylko dla bogatych. W konsekwencji większość matek nadal rodzi na zbiorowych salach za przepierzeniami. W dodatku w ślad za antykobiecymi ustawami z pewnością nasili się presja religijnych fundamentalistów na zakaz antykoncepcji, znieczulenia, cesarskiego cięcia, in vitro. Z jednej strony widzimy więc nasilającą się medykalizację ciąży i narodzin, a z drugiej – wprowadzanie zasady, że wszelkie ułatwienia dla rodzących, mające zmniejszać ich cierpienie, są niezgodne z naturą i wolą bożą. To jest groźna antykobieca ideologia, a nie medycyna. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że kobiety jako nieocenione dawczynie życia powinny mieć całkowite prawo wyboru dotyczące tego, czy, gdzie, jak i z kim chcą rodzić.

Jest nadzieja, że trwająca kobieca rewolucja sprawi, iż sprawy zaczną się toczyć w korzystnym dla kobiet kierunku.
Niech tak się stanie! Stójmy murem za kobietami. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze