fbpx

Rodzina patchworkowa – wyzwanie czy szansa?

Rodzina patchworkowa - duże wyzwanie czy szansa? Rozmowa Aliny Gutek z Wojciechem Eichelbergerem
Jeśli z poprzedniej relacji emanuje tylko negatywna, destrukcyjna energia, to czasami nie ma wyjścia, trzeba się odciąć i rozpocząć nowe życie, choć to proces bolesny także dla tego, kto się odcina, a szczególnie bolesny dla dziecka, które się zostawia. (fot. iStock)

Decydując się na związek z partnerem po przejściach, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że bierzemy go z całym dobrodziejstwem inwentarza, także z jego przeszłością, często skomplikowaną, trudną.

Alina: Wiele osób wchodzących w nowe relacje myśli, że wystarczy odciąć się raz na zawsze od przeszłości i będzie dobrze. Uważasz, że to możliwe? Czy to dobry pomysł?Wojciech Eichelberger: Niewykonalny. Bo nawet kiedy pierwszy raz wchodzimy w poważny związek, to każdy z nas ma za sobą przeszłość: dzieciństwo, rodziców, braci i siostry albo swoje jedynactwo, dziadków, pradziadków. Nie ma więc takiej sytuacji, że możemy wchodzić w nową relację z czystą kartą. Z tego punktu widzenia powtórny związek niczym nie różni się od pierwszego. I w tym, i w tym mamy za sobą jakąś przeszłość. Ja i ty razem – każde ze swoją przeszłością, ale dla wspólnej przyszłości

To tylko teoria, że te dwa typy związków się nie różnią.
Oczywiście, w praktyce sytuacja się komplikuje, bo pojawia się jeszcze jeden system rodzinny, który zostaje włączony w tę układankę, a nawet mogą pojawić się dwa nowe systemy, jeśli każdy z partnerów wchodzi w kolejny związek po rozwiązaniu wcześniejszego. Tak więc niejako w wianie wnosi do związku całą swą przeszłość oraz przeszłość swojej rodziny. Wnosi też system rodzinny swojego byłego partnera czy partnerki. Tworzy się zatem wielowymiarowa, wielowarstwowa struktura, która ma to do siebie, że może budzić różne uczucia wszystkich elementów systemu.

Związki z byłymi bywają toksyczne, wykańczające obie strony. Czy nie lepiej wtedy definitywnie skończyć taką relację? Znam mężczyznę, który nie chce kontaktu z eksżoną, a nawet z ich wspólnym dzieckiem, bo twierdzi, że tylko w ten sposób może ocalić siebie i nową rodzinę.
Jeśli z poprzedniej relacji emanuje tylko negatywna, destrukcyjna energia, to czasami nie ma wyjścia, trzeba się odciąć i rozpocząć nowe życie, choć to proces bolesny także dla tego, kto się odcina, a szczególnie bolesny dla dziecka, które się zostawia. Odradzałbym takie wyjście, zanim nie będziemy mieli poczucia, że zrobiliśmy wszystko, żeby jakoś utrzymać dobre kontakty, przynajmniej z dzieckiem. Ale rzeczywiście czasami to niemożliwe, pozostawiony rodzic, najczęściej to matka, jest tak zraniony, tak rozczarowany, zagniewany, że zaczyna grać dziećmi, odcinając je od tego, kto odchodzi.

Czy jest jakaś różnica między zachowaniem zranionych kobiet i mężczyzn?
Z moich obserwacji wynika, że mężczyźni rzadziej używają dziecka w wojnie z byłą partnerką. Znam więcej przykładów matek, które zachowywały się strasznie. Nawet gdy już były w nowym związku, to ojca wspólnych dzieci eliminowały radykalnie i okrutnie. Trudno powiedzieć, jak to wygląda w skali makro. Tak czy owak, wydaje się, że czasami konieczne jest, przynajmniej na jakiś czas, zawieszenie kontaktów, żeby ostygły emocje, kurz opadł. Trzeba zawsze pamiętać przede wszystkim o dziecku i robić co w naszej mocy, żeby do niego dotrzeć, choć wiem, że to czasem bywa niemożliwe. Patchworkowa rodzina to wielkie wyzwanie. Żeby mu podołać, żeby odnaleźć się w nowej sytuacji z najmniejszą możliwą szkodą, zwłaszcza dla dzieci, trzeba zdobyć się na wysiłek i uruchomić wszystkie swoje dobre strony i zasoby, zdolność do empatii, do zachowania spokoju, dystansu, trzeba odwołać się do przyzwoitości, dojrzałości. W przeciwnym razie życie wszystkich zaangażowanych może zamienić się w piekło.

Rozstanie inaczej wygląda z perspektywy osoby porzucanej, inaczej porzucającej. Dla pierwszej to trauma, dla drugiej – ulga, czasem nawet radość.
Rozstanie zawsze jest bardzo trudne dla obu stron. Prawdę mówiąc, nie spotkałem nikogo, kto by się tylko cieszył. Chyba że zakończył skrajnie patologiczny związek, że wytworzyły się tak mocne negatywne emocje między partnerami, że uwolnienie się od siebie nawzajem przynosi ulgę. Przynajmniej jednej stronie, choć dobrze byłoby, żeby obu. Więc nie ma łatwo, wszyscy są w żałobie, nawet ten, który porzuca, z reguły też jest w żałobie, ma mnóstwo wątpliwości, zmaga się z nimi, z wyrzutami sumienia, nie wie, jak się wszystko ułoży, a szczególnie relacje z dziećmi z rozwiązywanego związku. Bywają oczywiście ludzie zupełnie nieodpowiedzialni, którzy nie zaangażowali się emocjonalnie w poprzednią rodzinę, w relacje z dziećmi. I to z różnych powodów, na przykład nie potrafią wchodzić w bliskie związki albo ten poprzedni był zawarty pod przymusem. Przyczyn rozstania jest wiele. A te konkretne mogą decydować o specyfice ludzkich reakcji.

Zgodzisz się z tym, że od osoby, która odchodzi, wymaga się więcej? Więcej zrozumienia, taktu, nawet wielkoduszności.
Czy ja wiem? Nigdy nie jest tak, że winna rozstania jest tylko jedna strona. Nawet zaniechanie starań o związek i nieświadomość problemów są także winą w szerokim sensie. Ale ten, kto odchodzi, ma z reguły łatwiej, ponieważ nie zostaje w próżni, ktoś na niego czeka. Nie znaczy to jednak, że nie obowiązuje go przyzwoite, mądre i dojrzałe zachowanie, bo były partner czuje się często porzucony i skrzywdzony. Wtedy emocje są tak silne, że bardzo trudno je opanować i nie przekładać na relacje między dzieckiem i odchodzącym partnerem. Często osoby, które czują się porzucone, przyjmują rolę ofiary. Zdarza się, że ten syndrom miały zakodowany w sobie jeszcze w dzieciństwie, ponieważ zostały wtedy porzucone. Wskutek rozstania z partnerem w dorosłym życiu te rany znowu się otwierają, bolą tak bardzo, że zaburzają ich zachowanie. Rodzi się niewyrażony w dzieciństwie gniew, destrukcja, agresja. Zatem na twoje pytanie odpowiedziałbym tak: przyzwoitego zachowania należy wymagać od obu stron. Ale zdecydowanie trudniej ma osoba porzucona, zdradzona.

Od tego, jak kończymy związek, może zależeć to, w jaki sposób wejdziemy w nowy.
Rozstania to rozległy temat i wielka rozmaitość okoliczności, przyczyn, emocji. Bo jakie są możliwe scenariusze? Pierwszy: dwoje ludzi dochodzi do wniosku, że nie może ze sobą wytrzymać, rozstają się, ale nie odchodzą do innych partnerów. Taka symetryczna sytuacja jest stosunkowo łatwa do zniesienia dla obojga, bo żadne nie czuje się zdradzone ani gorsze. Drugi scenariusz, kiedy oboje mają kogoś, żyją równolegle w nowych związkach, aż w końcu rozstają się, bo uznają je za potencjalnie lepsze, też jest prosty. Natomiast najczęstsza sytuacja, gdzie jedna strona ma nowego partnera, a druga nie, jest o wiele trudniejsza dla obojga, a szczególnie dla tej osoby, która zostaje sama.

Na ogół to jest ona.
Rzeczywiście statystyki ciągle pokazują, że przeważnie to mężczyzna odchodzi, częściej zdradza. Ale od wielu lat kobiety emancypują się również w tym obszarze życia, coraz więcej rozwodów jest przez nie inicjowanych i coraz więcej kobiet przyznaje się do zdrad małżeńskich. Odnośnie do zdrad – byłem wielokrotnie świadkiem tego, jak boleśnie mężczyźni przeżywają bycie zdradzonymi. Z reguły bardziej dramatycznie i boleśnie niż kobiety. Coraz częściej szukają z tego powodu pomocy, a pewnie większość wstydzi się po nią sięgnąć. Niestety, ciągle obowiązuje okropny stereotyp, że dla mężczyzny bycie zdradzonym to rzadki dyshonor, a dla kobiety to normalka.

Rodzina patchworkowa - duże wyzwanie czy szansa? Rozmowa Aliny Gutek z Wojciechem Eichelbergerem
(fot. iStock)

Po rozstaniu dobrze jest jakiś czas pobyć samemu?
To niestety nie zawsze jest możliwe, ale generalnie zalecane jest, żeby po zakończeniu związku nie angażować się w nowy, dać sobie czas na autorefleksję, zrozumienie tego, co się stało, na ostateczne rozstrzygnięcie w sobie, czy rzeczywiście podjąłem już decyzję, czy może będę próbować naprawiać rozpadający się związek. Pracując z ludźmi, którzy są na krawędzi rozstania, bez względu na to, czy mają nowych partnerów, czy nie, proponuję im tak zwaną kontrolowaną separację. To znaczy: przestają ze sobą mieszkać na czas, na jaki się umawiają, minimum trzy tygodnie, ale nie więcej niż sześć. Wtedy nie wchodzą w żadne związki, nawet te czysto seksualne, czyli żyją w celibacie. Nie spotykają się pod wspólnym dachem, ani przy stole, ani oczywiście w łóżku, ani też w domach, w których aktualnie mieszkają. Jedno z nich musi się wyprowadzić, oboje ustalają, kto i kiedy zajmuje się dziećmi. Bywa, że mieszkają z nimi na zmianę. Wszystkie spotkania, jeśli są konieczne ze względu na dzieci lub wspólne interesy, odbywają się na neutralnym gruncie. Oboje powinni mieć swoich konsultantów -psychoterapeutów, z którymi mogą wymieniać myśli, rozmawiać o tym, jak przeżywają tę sytuację. Czasami przyznają się do uczucia ulgi ci porzuceni, którzy wcześniej nie wyobrażali sobie życia bez partnera. Po umówionym czasie spotykają się w obecności terapeuty, który zarządza tym procesem, i podejmują decyzję, czy się rozstają, wracają do siebie, czy przedłużają okres kontrolowanej separacji.

Ludzie podejmują często decyzję pod wpływem wielkich emocji, namiętności. Jak nad nimi zapanować, żeby móc się zastanowić, czy naprawdę chcemy być ze sobą, czy to tylko chwilowe zauroczenie, któremu składamy w ofierze poprzedni związek?
To ogromnie ważna sprawa. Niestety, rozstrzygana jest na ogół spontanicznie i bezrefleksyjnie. No bo jeśli ktoś jest w długotrwałym związku, w którym są małe dzieci i mimo to decyduje się na relację z drugą osobą, to z reguły kryje się za tym ogromna energia fascynacji seksualnej i zauroczenia. A taka energia jest w stanie rozerwać poprzedni związek na strzępy w ciągu kilku tygodni. Rzadko można jej w pełni zaufać, miłość z wyższej półki zdarza się wprawdzie w takich okolicznościach, ale nieczęsto.

W decyzji o odejściu może kryć się energia destrukcyjna: odchodzę dokądkolwiek, byleby się wyrwać.
Też tak może być, wtedy nowy związek jest tylko kołem ratunkowym, co nie wróży mu świetlanej przyszłości.

Powinno pojawić się wtedy ważne pytanie: czy to miłość, czy koło ratunkowe?
Zdecydowanie tak, choć bardzo trudno na nie odpowiedzieć, bo czasem dopiero po latach okazuje się, że to było koło ratunkowe. Oczywiście, jeśli ktoś jest w kontakcie z terapeutą, to ten skonfrontuje go z pytaniami: skąd wiesz, czy to poważny związek, czy tylko pretekst, żeby uciec z aktualnego? Ale nawet gdyby to było koło ratunkowe, to trudno odmawiać komuś, żeby z niego skorzystał, gdy w dodatku wydaje mu się, że tonie.

Może wtedy potraktować znajomość jako przygodę, a nie pakować się w kolejny związek, który z góry skazany jest na niepowodzenie.
Jeśli jednak chciał uciec z niszczącego związku, ale bał się skoczyć na głęboką wodę, bo nie widział żadnego koła ratunkowego, a ono nagle się pojawia, to trudno z niego nie skorzystać. Różnie potem bywa – czasem koło ratunkowe do końca życia nim będzie albo z czasem przestanie być potrzebne. Może też stać się początkiem ważnego, dojrzałego związku. Więc trudno wymagać od każdego, kto decyduje się na wyjście z toksycznego dla wszystkich układu, żeby latami się nad tym zastanawiał. Nie wolno wtedy mylić namysłu z brakiem odwagi.

Odwieczny porządek tak zwanej normalnej pary jest taki, że najpierw dwoje ludzi się zakochuje, są narzeczeństwem, zaręczają się, potem biorą ślub, rodzą im się dzieci, te dzieci dorastają itd. W parze patchworkowej ten porządek jest zaburzony – często brakuje okresu narzeczeństwa, za to od razu są nie swoje dzieci. Standardowa para powoli buduje swoją historię, a patchworkowa wkracza w historie już napisane i zaczyna pisać swoją, jednocześnie kończąc poprzednią. Ogromnie trudno już na wstępie.
Oj tak. Dlatego trzeba jeszcze raz podkreślić, że to, w jaki sposób się rozstajemy w poprzednim związku, będzie w dużej mierze decydować o tym, co wydarzy się z nową patchworkową rodziną, czy będzie miała szansę na sukces stania się kompletnym, przytulnym patchworkiem. Jeśli rozstaniemy się z partnerem odpowiedzialnie i przyzwoicie, bez destrukcyjnych emocji, a obie strony miały wcześniej okazję uświadomić sobie swoje ograniczenia, jest mało prawdopodobne, że wyskoczy z cienia „demon-demolka”, a patchworkowa rodzina ma duże szanse. Ale to rzadko się zdarza. Demony pojawiają się bardzo często. Większość ludzi, nawet jeśli przeżyła ze sobą szmat czasu, poznaje się do końca od tej trudnej strony dopiero wtedy, kiedy się rozstaje. Towarzysząca temu obustronna konstatacja typu: „gdzie ja miałam/miałem oczy, żeby się związać z takim potworem!”, ułatwia wprawdzie rozstanie, ale nie wróży dobrze nowej, patchworkowej konstelacji.

Nie ma ponoć istnienia bez cienia. Patchworkowe rodziny ten cień wprost przesłania.
Tak niestety często bywa. Bo samo dojrzewanie nowych patchworkowych związków jest już na ogół bardzo trudne, obciążone ambiwalencją i konspiracją, lękiem przed demaskacją, wyrzutami sumienia, niepewnością, wahaniem, czy powiedzieć mężowi (żonie) o istnieniu kogoś w swoim życiu, czy na to już czas, czy może jeszcze poczekać. Czy jestem naprawdę zakochany (-a), czy może tylko tak mi się wydaje?

Jeśli nowe uczucie jest mocne, odpowiedź przyjdzie szybko. Kiedy ją zakomunikować dotychczasowemu partnerowi?
Najważniejsze zalecenie dla wszystkich odchodzących jest jedno: ponad wszystko dbajcie o to, żeby to od was wasi byli partnerzy dowiadywali się o tym, że macie kogoś innego.

Bywa, że całe miasto wie, że mąż ma kochankę, a żona dowiaduje się ostatnia. I to nie od niego.
Przychodzą do mnie ludzie i mówią: mam kochankę (kochanka) i żonę (męża), którą (-ego) też kocham, mam z nią (nim) dzieci, ale z obecnym partnerem jest fantastycznie, otworzył mi się świat, co mam robić? Ja wtedy pytam: w jakich sytuacjach się spotykacie? Bo jeśli raz na miesiąc w hotelu i spędzacie tam jedną upojną noc, to nie ma podstaw do podejmowania poważnych decyzji. Jeżeli chcecie być pewni, że to, co was łączy, jest na tyle ważne, żeby zrywać poprzedni związek, to musicie gdzieś razem wyjechać na dłużej, pobyć ze sobą co najmniej tydzień, poznać się w codziennej rutynie, w miarę możliwości nie na wakacjach all-inclusive, tylko w bardziej wymagających warunkach, bez rozrywek i wszelkich wygód, tam gdzie będziecie zdani tylko na siebie.

Bo luksus i rozrywka zaciemniają obraz?
Nie dają możliwości sprawdzenia się, poznania nawzajem w zwykłych życiowych sytuacjach, a więc nie dają wystarczających przesłanek do podjęcia tak odpowiedzialnej decyzji. Chyba że jest to naprawdę wielka miłość. Bo taka miłość jest ślepa, nie potrzebuje żadnych przesłanek, żadnych testów, niczego. Jest arogancko optymistyczna. Kocham, więc mam moralną rację i pewność, że wszystko będzie dobrze. Bywa, że czas to boleśnie weryfikuje. Tak więc zachowaniem, na które wielu ludziom trudno się zdobyć, jest odważne i odpowiedzialne poinformowanie dotychczasowego partnera o nowym związku wtedy, gdy wiadomo, że zaliczymy go do kategorii „ważny i długotrwały”. Bo gdy druga strona dowie się o nim od innych, to zranimy ją wielokrotnie dotkliwiej i całkowicie stracimy szacunek i wiarygodność. Oczywiście należy wcześniej poinformować o zamiarze coming outu swojego równoległego partnera. A najlepiej zrobić coming out jednocześnie, zamykając pole do emocjonalnych szantaży. Niestety, większość ludzi w takich sytuacjach czeka, aż mleko się rozleje.

Bo samo poinformowanie jest bardzo trudne.
To prawda. W dodatku, jak już powiesz, to nie ma odwrotu. A gdy opuszczany partner dowie się skądinąd, to pierwszym pytaniem, jakie zada, jest: dlaczego mi o tym nie powiedziałeś wcześniej, dlaczego tyle czasu mnie okłamywałeś? To pytania ważne i uzasadnione. Jeśli to nie było tchórzostwo, to odpowiedź jest jedna: bo nie byłem pewien. I to jest często odpowiedź prawdziwa. Dlatego ważne jest, jak zachowamy się z pozycji osoby zdradzonej. Jeśli naprawdę zależy nam na tym związku, jeśli mamy wspólne dzieci, to warto powstrzymać gwałtowne, destrukcyjne emocje i ciężkie słowa, które tylko ułatwią partnerowi podjęcie decyzji o rozstaniu.

Pozostawiony partner chce wiedzieć dlaczego, w czym ona (on) jest lepsza (-y). Mówić całą prawdę?
Zdecydowanie odmawiać relacjonowania szczegółów intymnego współżycia w nowym związku. Nie dawać wiary zapewnieniom, że ma to być znak owego przymierza z dotychczasowym partnerem. W istocie dokonujemy wtedy podwójnej zdrady, co w oczach partnera stawia nas w jeszcze gorszej sytuacji, a poza tym jeszcze bardziej go rani.

Moment rozstania wnosimy do nowego związku. Jak z całym tym bagażem skupić się na tym, co budujemy, na przyszłości?
Dla porządku trzeba zauważyć, że niektórzy wiążą się ponownie z osobą, która nie była poprzednio w żadnym związku, nie ma obciążenia, nie ma dzieci z „pierwotnego rynku”. Między takimi patchworkowymi partnerami brakuje symetrii – jedna strona jest lekka, czysta, a druga wprowadza we wspólną przestrzeń swoje dzieci i ich drugiego rodzica, swoich teściów i rodziców, czasami dziadków i Bóg wie jeszcze kogo. Często zdarza się, że takie osoby domagają się od swoich nowych partnerów, żeby definitywnie zamknęli przeszłość, bo jawi się ona jako coś zagrażającego. Ludziom pozbawionym bagażu doświadczeń i realnych zaszłości wydaje się to proste. To jednak żądanie nierealistyczne, samolubne, okrutne i w dodatku samobójcze dla rodzącego się związku. Bo nawet gdy taki mężczyzna z przeszłością będzie się starał ją wymazać, to poniesie wielkie emocjonalne koszty, których ona w przyszłości nie uniesie.

Jakie?
Rozżalenie, agresję, depresję lub somatyczną chorobę partnera. Najłatwiej jest, gdy spotyka się dwoje ludzi, a każde z nich wychodzi lub kiedyś wyszło z poprzedniego związku i gdy oboje mają dzieci z tych związków. Tacy partnerzy nie mają wobec siebie nierealistycznych żądań i oczekiwań, bo oboje wiedzą, że muszą solidnie pracować i wiele w sobie przekroczyć, żeby ten patchwork jakoś pozszywać.

(…)

Więcej w książce:

Patchworkowe rodziny
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>