Rozstanie: jeśli przeżyjesz je całkowicie, wyjdzie Ci na dobre

fot. iStock

Niszczyć wszystko, co kojarzy się z byłym partnerem, odcinać grubą kreską wspólną przeszłość, definitywnie zamykać łączące nas sprawy? Czy szukać porozumienia, a może nawet przyjaźnić się? Jedno chyba nie ulega wątpliwości – od tego, jak zakończymy poprzedni związek, zależy to, jak wejdziemy w kolejny.

Matylda, lat 27, i Maciek, 32 lata. Ona, absolwentka biologii, jedynaczka, z dobrze sytuowanego domu, od małego chroniona i obsługiwana. On, informatyk, z wielodzietnej rodziny nauczycielskiej, od dziecka uczony samodzielności i zasad. Dwa lata temu zostali parą, od roku są rodzicami Oli, a od czterech miesięcy – walczącymi ze sobą stronami w sądzie. On pierwszy wniósł sprawę o ustalenie zasad opieki nad córką, bo po rozstaniu ona mu tę opiekę utrudniała. Ona wnosi o zasądzenie alimentów i podważa jego wiarygodność jako opiekuna.

A miało być inaczej niż w poprzednich związkach. Spotkali się tuż po ich zakończeniu, na starcie biegu przełajowego, w którym on brał udział, a ona kibicowała koleżance. Usłyszała, jak mówi przez telefon, że zapomniał czapki, a żar lał się z nieba. Niewiele myśląc, zdjęła z głowy swoją i powiedziała: „weź”. Spotkali się po biegu, który zresztą wygrał.

– Zaimponował mi – mówi teraz ona.

– Ujęła mnie jej spontaniczność – mówi on.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Kilka dni po tym spotkaniu wspólna noc po imprezie u jej znajomych, potem kolejne, a za kilka tygodni pozytywny wynik testu ciążowego. Ale nie dramatyzowali, a on nawet nie krył radości.

– Miałem nadzieję, że wreszcie uda mi się zbudować związek – tak widzi początki on.

– Chciałam mieć rodzinę, a on wydawał się świetnym facetem – to jej wersja.

Poinformowali o wszystkim rodziców, zamieszkali razem w jej mieszkaniu po babci, planowali ślub. Wzajemne rozczarowanie przyszło bardzo szybko.

– Ważniejsze ode mnie były dla niego sport i praca, ja się w ogóle nie liczyłam – kwituje ona.

– Nie potrafiliśmy się dogadać: żądała, abym nie wychodził z domu, chciała o wszystkim decydować, a nic nie robić, tylko siedzieć na Facebooku.

Jak w kinie akcji

Po urodzeniu córki napięcie rosło w zawrotnym tempie. Pewnego dnia Maciek po pracy zamiast wrócić do domu, przenocował u rodziców. Następnego dnia Matylda wystawiła jego rzeczy za drzwi, zablokowała go na Facebooku. Prawdziwa wojna zaczęła się w momencie, kiedy Maciek powiedział jej, że nie wyobraża sobie z nią życia, że między nimi koniec i powrotu nie będzie. Od tej chwili Matylda zaczęła utrudniać mu widywanie się z córką. Maciek wniósł sprawę do sądu, ona wniosła swoją, oboje wzięli adwokatów. Walczą.

O co? O swoje racje, a każde z nich uważa, że leżą po jego stronie.

Podobne walki toczą partnerzy z różnym stażem. Czy możliwe jest dobre zakończenie złego związku?

Zdaniem psychoterapeutki Małgorzaty Łukasiewicz z Laboratorium Psychoedukacji pytanie takie jest szczególnie uzasadnione, jeśli rozstanie dotyczy pary, która ma dziecko. Ale warto zacząć od innych pytań: Dlaczego nam się nie udało? Dlaczego nie udało się tej parze?

Psychoterapeutka jako jedną z przyczyn wskazuje doświadczenia rodzinne partnerów, które przekładają się na ich postrzeganie siebie i świata oraz budowanie bliższych i dalszych relacji. A analizując powody rozstania tej konkretnej pary, stawia hipotezę, że ci młodzi ludzie niewiele mieli sobie do dania. On szukał tego, czego nie dostał w wielodzietnej rodzinie, ona jako jedynaczka i „córeczka tatusia” chciała nadal dostawać w nadmiarze.

Istotne jest też to, że Matylda i Maciek znali się zbyt krótko. Zapewne zakochali się w sobie, a to bardzo przyjemna faza związku, bo niesie ze sobą intensywne emocje i silną więź erotyczną. Partnerzy koncentrują się wtedy na potrzebach drugiej strony bardziej niż na własnych, wybrana osoba wydaje się im idealna, wierzą, że stan zakochania będzie trwały. W przypadku Matyldy i Maćka te przekonania zostały szybko zweryfikowane przez fakt, że nieoczekiwanie zostali rodzicami.

– Przyjście na świat dziecka to radosne, ale i bardzo trudne wydarzenie nawet dla spójnego i trwałego związku, a co dopiero dla tak krótkiego – mówi psychoterapeutka. – Powoduje, że partnerzy nie żyją już tylko dla siebie, że czas i uczucia muszą dawać przede wszystkim dziecku, które w pierwszych miesiącach życia wymaga opieki prawie przez 24 godziny na dobę. W tym trudnym czasie niełatwo wygospodarować przestrzeń na bycie parą, kobiety mogą czuć się wtedy samotne, a mężczyźni odrzuceni i zepchnięci na drugi plan, co może rodzić napięcia i konflikty. W tej konkretnej relacji wszystko działo się bardzo szybko jak w kinie akcji. Zabrakło zatrzymania, zrozumienia, refleksji. Dorośli ludzie okazali się niedojrzali psychicznie, nie dali sobie czasu na to, aby się wzajemnie poznać, zanim zostali rodzicami. Gdyby byli tylko kochankami, mogliby się rozstać i nie widzieć więcej. Ale mają dziecko. W takiej sytuacji całkowite zerwanie nie jest możliwe. Oboje są rozczarowani swoim związkiem, przeżywają dużo wzajemnej złości, a fakt, że Matylda została sama z maleńkim dzieckiem, spotęgował w niej silne uczucia rozpaczy, przerażenia i nienawiści. Nie kontrolowała tych emocji, atakując partnera, utrudniając mu życie i kontakty z dzieckiem.

Naprawiać zamiast wyrzucać

Małgorzata Łukasiewicz pamięta podobne przykłady ze swojej praktyki terapeutycznej. Jedna z jej pacjentek, zanim trafiła na terapię, także szła drogą zemsty, która na dość długi czas stała się główną sprężyną jej życia. Przez dwa lata nie godziła się na inicjowany przez męża rozwód. Na sali sądowej, płacząc i mdlejąc, mówiła, że go kocha – sama nazywała to teatrzykiem – a wszystko po to, aby po raz kolejny po wyjściu z rozprawy powiedzieć: „No, widzisz, mój drogi, i znowu nie dostałeś rozwodu”. Dzieciom przedstawiała ojca jako potwora, na wszelkie możliwe sposoby ograniczała ich kontakty.

– Kobieta ta uznała swoje prawo do nienawiści wobec byłego partnera, natomiast trudno jej było uznać uczucia i prawa własnych dzieci do zachowania dobrej więzi z obojgiem rodziców – mówi psychoterapeutka. – Chcę wyraźnie podkreślić: Wszystko, co dzieje się między rozstającymi się dorosłymi jest wyłącznie ich sprawą. Dziecko kocha i potrzebuje zarówno matki, jak i ojca, i nie może rozwieść się z żadnym z nich. Dlatego z byłą lub z byłym warto mieć co najmniej poprawną relację – czyli taką, w której treściowy aspekt porozumiewania się nie jest zalewany przez emocje. A wszystko po to, aby móc wystarczająco dobrze opiekować się dziećmi, zastanawiać się nad ich przyszłością, razem podejmować dotyczące ich decyzje. Wspólne potomstwo na stałe czyni z nas parę – parę rodziców. Pamiętajmy, że kolce wbijane innym ranią także nas samych. A wracając do Matyldy i Maćka, myślę, że jak wiele współczesnych par rozstali się zbyt szybko. Zamiast próbować przetrwać pierwszy kryzys i podjąć wysiłek naprawy (w czym może pomóc psychoterapeuta), uciekli od siebie. Dzisiaj tak postępuje się ze sprzętami – niczego już się nie reperuje, tylko wyrzuca i kupuje nowe. Jako terapeutka par obserwuję, że wchodzimy coraz częściej w relacje małżeńskie czy nieformalne z ogromnymi oczekiwaniami i nastawieniem, że nie doświadczymy w nich żadnych ograniczeń. Związek ma dawać wolność, zabawę, rozrywkę, pozwalać na nieograniczony rozwój i realizację własnych i wspólnych planów. Przy takim podejściu dziecko też jawi się młodym jako kolejna przygoda. Ma być miło i przyjemnie. A jeśli tak nie jest, to bycie razem traci sens i szukamy innych relacji. To droga donikąd. Zawsze warto się zatrzymać i zastanowić, dlaczego nam się nie udało, jaki mamy w tym udział. A jeśli nie da się uratować relacji, a mamy dzieci, to trzeba myśleć o tym, jak dobrze układać wzajemne stosunki. W trosce o dzieci, każdego z nas i nasze przyszłe związki.

BUDOWANIE NA GRUZACH

Trzeba przeżyć rozstanie do końca, z całym smutkiem, rozpaczą i gniewem, bo tylko wtedy nie przeniesiemy emocji do następnego związku. Dać sobie czas na zastanowienie się, jaki mamy plan na życie, czego pragniemy, co lubimy, z jakimi ludźmi dobrze się czujemy. Warto ten czas wykorzystać, bo w życiu nie mamy zbyt wielu okazji bycia dla siebie – mówi psychoterapeutka Agnieszka Mościcka-Teske.

Jedni przeciągają decyzję o rozstaniu, inni przecinają nabrzmiałą sytuację chirurgicznym cięciem. Co lepsze?

Związek z partnerem to jedna z najważniejszych naszych relacji, warto więc przemyśleć decyzję o jej zakończeniu. Z całą pewnością nie powinno się decydować pochopnie, pod wpływem jakiegoś impulsu, kłótni, w emocjach. Może zabrzmieć to górnolotnie, ale warto przyjąć do wiadomości prostą prawdę: w każdym związku jest trudno. Małżeństwo nie służy do tego, żeby było nam milej, lepiej i wygodniej, tylko do tego, żebyśmy się rozwijali. A rozwijamy się zazwyczaj poprzez pokonywanie trudów życia, rozwiązywanie problemów. W każdym związku siłą rzeczy pojawiają się trudności, pytanie tylko, czy są one na tyle obciążające, destrukcyjne, żeby zakończyć związek. Bywają sytuacje, na przykład po treningach psychologicznych, kiedy człowiekowi wydaje się, że cały świat leży u jego stóp, że już wie wszystko, że życie mu się wyprostowało, że jest silny. Wraca do domu i mówi: „Rozwodzę się, nie chcę dalej wieść takiego życia”. Nawet specjaliści zalecają, żeby nie podejmować decyzji o rozstaniu w takich momentach, na takim hurraoptymizmie, tylko jakiś czas odczekać, ponieważ na to, że z kimś pozostajemy w związku, składają się nie tylko nasze uczucia i potrzeby, ale też mnóstwo innych względów: ekonomiczne, nawet te dotyczące zwykłej codziennej pomocy. Powtórzę: zawsze warto dać sobie czas na przemyślenie tej decyzji.

Przemyśleliśmy wszystkie za i przeciw, rozstanie jest nieuniknione. Jak to zakomunikować partnerowi?

Idealnego sposobu nie ma. Koszty zawsze są bolesne dla strony, która podejmuje decyzję, i tej, która ją słyszy. To, co pozwoli zminimalizować owe koszty, to przeprowadzenie rozmowy w miarę spokojnie, na pewno nie podczas kłótni, nie w trakcie wzajemnego oskarżania się, że ty byłaś taka, a ty taki, bo to powoduje bardzo silne reakcje emocjonalne, ludzie wtedy wyciągają ostrą broń, ranią się. No, a to nie pozwala na racjonalne rozwiązanie sytuacji, a przecież chodzi o to, aby ludzie wyszli z tego związku jak najmniej poranieni i ułożyli sobie wzajemne relacje. Uratować może nas tylko spokój.

Więcej należy chyba wymagać od tego, kto odchodzi. Może powinien podziękować za wspólne chwile, powiedzieć coś miłego?

To bardzo piękny i potrzebny gest. W momencie kiedy ktoś decyduje się na rozstanie, przeważnie żyje już innym życiem niż to wspólne i nie musi być ono związane z trzecią osobą, może natomiast z pracą, pasjami, poczuciem odzyskanej wolności. Na ogół nie ma już w tym nowym życiu miejsca dla pozostawionego partnera, dla którego rozstanie to prawdziwy dramat. Związek co prawda się zakończył, ale nadal istnieje wspólna przeszłość, także dobre chwile, razem zbudowany dom, dzieci. Dlatego tak ważne, aby odchodzący partner podkreślił, jak cenne było to wszystko, co razem przeżyli, aby oddał partnerowi należny szacunek, podziękował. Odwoływanie się do tego, co pozytywne, może pomóc pozostawionemu partnerowi lepiej poradzić sobie z nową sytuacją.

Miłe słowa łagodzą cierpienia, ale też mogą rodzić złudne nadzieje, że nie wszystko jeszcze stracone. Bywa, że odchodzący przeciąga decyzję, asekurując się, żeby w razie czego móc wrócić.

To prawda, ludzie mówią wtedy: „Muszę mieć czas na przemyślenie, wyprowadzę się na miesiąc i wtedy zobaczymy”. To strategia obliczona na przeciąganie całego procesu. Psychologia wyjaśnia, że ludzie tłumaczą racjonalnie swoje nawet dziwne, nierozsądne zachowania. Jeżeli mówią: „Rozstajemy się na jakiś czas, bo muszę pożyć swoim życiem, zobaczyć, jak to jest samemu”, to w większości przypadków rzeczywiście wierzą, że tak będzie. Osoba, która podejmuje decyzję, też przeżywa rozterki, ja bym nawet powiedziała, że czasem większe, bo to ona przejmuje odpowiedzialność za decyzję. Myślę, że – choć to porównanie może zabrzmieć drastycznie – rozterki rozstających się ludzi są podobne do tych: lepiej umrzeć nagle czy umierać przez długi czas i móc pozamykać wspólne sprawy.

No właśnie, co lepsze?

Nie ma dobrej odpowiedzi. W każdej sytuacji, w której pojawiają się konflikty interesów – a tutaj też jest konflikt interesów, bo jedna osoba chce zostać, a druga chce odejść – rodzą się silne emocje i trzeba pamiętać, żeby nie używać argumentów i epitetów, które są niszczące, które wywołują skutki niedające się odwrócić, wykorzystują wiedzę o czułych stronach partnera, nadużywają intymności, kiedyś ofiarowanej przez drugą osobę.

Przeprowadzenie rozstania w sposób radykalny pozwala „umierać krócej”?

Z jednej strony może pogorszyć dalszą relację, a z drugiej – paradoksalnie – dramatyczny przebieg rozstania może pozwolić drugiej stronie lepiej sobie z całą sytuacją poradzić, bo nagle spadają klapki z oczu i widzi partnera takim, jaki jest, do czego jest zdolny. Do tej pory nie słyszałam wulgaryzmów z jego ust? No, a tu okazuje się, że potrafi siarczyście przeklinać. Pozwala to trochę urealnić rozstanie, pokazać, że rzeczywiście w tej osobie, w tej relacji jest coś, co nam nie służy, więc lepiej się rozstać. Moje doświadczenie terapeutyczne pokazuje, że im bardziej ludzie szanują i doceniają partnera, wspólną historię życia, tym ich rozstanie przebiega łagodniej. Rozmawiamy o momencie rozstania, ale przecież przed też się coś dzieje, bywa, że dzieje się dużo złego, że pary są sobie wrogie, kłócą się przez długi czas. Im więcej narośnie konfliktów, wrogości, tym trudniej rozstać się pokojowo, bo ludzi wiąże nie tylko pozytywna relacja, ale także wroga. Czasami są po rozwodzie, nie spotykają się, ale nadal się nienawidzą, to jest im jakoś potrzebne. Obecność nienawiści między ludźmi, którzy się rozstali, świadczy o tym, że oni nadal są ze sobą związani, tylko in minus, czyli że relacja trwa nadal. No, a wtedy, kiedy pozostajemy w jednej relacji, nie jesteśmy w stanie rozpocząć nowej.

Czasem klapki spadają z oczu, wychodzi na jaw smutna prawda, a partner dalej żyje złudzeniami i nie chce się rozstać.

Terapeuci, szczególnie psychoanalityczni, na przykład Willi Jürg, mówią, że odpowiedzialna za ten stan jest koluzja, czyli podświadome dążenie do tego, żeby z partnerem rozgrywać własne wewnętrzne konflikty. Kiedy znajdujemy się w koluzji, to tak naprawdę nie widzimy człowieka takim, jaki jest. Bo można się zastanowić, dlaczego żona, wiedząc, że jej mąż pije, uprawia hazard, chce z nim być, mimo że jest nieszczęśliwa. Odpowiada za to właśnie koluzja, bardzo silne uwikłanie w relację. Doprowadza nas ona do życia złudzeniami, niedojrzałego, nieuwzględniającego prawdy o nas i o tym, jaki jest nasz partner, bo przecież człowiek, z którym jesteśmy, ma wady, zalety, a my go widzimy jako księcia z bajki albo potwora.

Co dalej po rozstaniu? Możliwa jest przyjaźń?

Możliwa, tylko zastanawiam się, czy rzeczywiście przyjaźniący się byli partnerzy zakończyli związek uczuciowy, który bazuje na miłości, z jakiego powodu chcą być nadal razem, bo przyjaźń to też chęć bycia razem, tylko w trochę innych aspektach życia. A może jest tak, że te osoby od zawsze były tylko przyjaciółmi, czyli że przyjaźń nigdy nie rozwinęła się w miłość, i może dlatego łatwiej im teraz utrzymywać tę relację. Na pewno potrzebne jest zadbanie o pozytywne relacje.

Ale na początku to strasznie trudne.

Oczywiście, nie od razu, dlatego że rozstanie to strata, człowiek przeżywa wtedy taką samą żałobę jak po śmierci bliskiej osoby. A stan żałoby rządzi się swoimi prawami, przechodzi się przez kilka faz. Pierwsza to faza zaprzeczania temu, co się dzieje, kiedy partner mówi: „Rozstajemy się tylko na miesiąc, niech on odpocznie ode mnie”. Następna jest faza gniewu, kiedy człowiek zaczyna się złościć na partnera, na inne osoby, które uczestniczyły w ich życiu, ma pretensje do świata, losu. Potem przychodzi faza targowania się, że, ach, może jak schudnę, jak zadbam o siebie, to on do mnie wróci. Albo wróci, jak pójdę na studia, bo zawsze mówił, że jestem mało inteligentna. Kolejną fazą jest depresja. Krótko po rozstaniu ludzie usiłują brać się w garść, dokonują radykalnych zmian w swoim życiu, wyglądzie, zachowaniu, a później się poddają. Odpuszczają, no bo partner nie wróci, jestem sama, jest tragicznie, czuję się okropnie. Po fazie depresji następuje wreszcie faza akceptacji, takiego trochę podniesienia się z popiołu, kiedy przyjmujemy do wiadomości, że jest tragicznie, dramatycznie, nie ma szans, żeby sytuacja się zmieniła, ale jakoś trzeba żyć dalej. Zaczynamy wychodzić do ludzi, odkrywać swoje zainteresowania. I to jest dopiero ten moment, kiedy człowiek może zacząć nowe życie. U każdego przychodzi po innym czasie, ale tak jak w przypadku żałoby trwa mniej więcej rok. Pamiętajmy, że człowiek jest istotą rytualną, potrzebuje jak każde istnienie na Ziemi cykliczności, a cykl społecznego funkcjonowania człowieka zamyka się mniej więcej w roku: raz w roku są jedne i drugie święta, raz w roku mamy urodziny, imieniny, wakacje. Każde z tych wydarzeń musimy przeżyć w nowej sytuacji, bez partnera, każde z nich opłakać, „ozłościć” i zaakceptować. I dopiero po roku takiego zamknięcia jesteśmy gotowi do nowego życia. Ta gotowość może przyjść szybciej, ale jak się pojawia w ciągu miesiąca, to uważam, że człowiek nie pozwolił sobie przeżyć tego rozstania.

Dzisiaj ludzie muszą mieć wszystko natychmiast, także drugi związek.

To nie jest dobre, bo człowiek nie ma szansy na przemyślenia, naukę, na zmianę, która by pozwalała budować nowy związek już trochę inaczej. W psychologii są teorie (na przykład teoria dezintegracji pozytywnej Kazimierza Dąbrowskiego), które mówią, że czasem dramatyczne przeżycia, strata, zniszczenie mogą być pozytywnym przełomem, który pozwala budować wszystko od nowa. Ale pod warunkiem, że nauczymy się, jakich błędów już nie popełniać. Jeśli nie damy sobie czasu na refleksję i na przeżycie straty, to wówczas trudno zobaczyć, co chcielibyśmy zmienić. W dzisiejszym świecie człowiek nie chce odczuwać tego, co przykre, ma być przyjemnie. Tymczasem tak naprawdę dopiero wtedy w pełni przeżywamy życie i siebie, kiedy odczuwamy zarówno to, co przyjemne, jak i to, co nieprzyjemne.

Można wejść w nowy związek bez odniesień do poprzedniego, bez porównań?

Nie da się do końca zamknąć przeszłości. Poprzedni partner był w naszym życiu, coś nam dał, może mamy dzieci i całą gamę wartych zapamiętania przeżyć. Nie da się tego wszystkiego wymazać z pamięci, wykreślić z życia. Porównań też nie unikniemy. Kiedy spotykamy różnych ludzi, niezależnie od tego, czy są nam bliżsi, czy dalsi, to siłą rzeczy ich porównujemy: z tym fajniej się pośmiać, z tym pogadać. Przy czym ważne, żeby te porównania zostały w naszej głowie, żeby nie komunikować ich drugiej stronie. Bo w danym momencie najważniejszy jest dla nas aktualny związek. Nikt nie lubi porównań, każdy człowiek chce być traktowany indywidualnie, już nie mówiąc o tym, że przywoływanie przykładu byłego partnera może być odbierane przez aktualnego jako dowód na to, że tamten jest dla nas ważniejszy. Dlatego pozostawmy byłego partnera w dobrym miejscu w naszej pamięci, ale pamiętajmy, że to przeszłość, a teraźniejszość jest tu i teraz i jest najważniejsza.

Jak tę teraźniejszość budować na gruzach?

Ważne, aby po pierwsze, przeżyć rozstanie do końca, z całym smutkiem, rozpaczą i gniewem, bo tylko wtedy można zamknąć emocje, one nie będą się za nami ciągnąć, nie przeniesiemy ich do następnego związku. Po drugie, zastanowić się, jaki mam plan na życie, czego pragnę, co mnie cieszy, co lubię: jaką muzykę, filmy, książki, z jakimi ludźmi dobrze się czuję. To jest też czas na zastanowienie się nad sobą, na określenie swoich granic, poznanie siebie. Warto ten czas wykorzystać, bo w życiu nie mamy zbyt wielu okazji bycia dla siebie. Po to żeby móc wejść w kolejny związek, trzeba znaleźć miejsce w swoim myśleniu, sercu dla tego, co było w przeszłości, ale z drugiej strony – nie rozpamiętywać. Tamta relacja miała złe i dobre strony, a teraz jest nowa rzeczywistość. Ustalmy sposób kontaktowania się: osobisty, telefoniczny, a także częstotliwość, co ważne szczególnie wtedy, gdy są dzieci. Zanim wejdziemy w nowy związek, warto skonsultować się z psychoterapeutą, który pozwoli przyjrzeć się, jakie osoby wybieram, dlaczego takie, a nie inne, czy może jest w tym jakaś zasada. Dzięki psychoterapii można uniknąć powielania tych samych zachowań co z poprzednim partnerem.

Co zrobić, żeby rozstanie było jak najmniej obciążające dla dzieci?

Czasem rodzice mają pomysł, żeby mówić dziecku, że tata wyjechał, no, a to nieprawda. Dziecko wyczuwa, co się dzieje, więc trzeba mówić prawdę, ale bez szczegółów: że rodzice nie będą mieszkać razem, już nie będą razem jedli, spali, oglądali filmów. Ale mówić to wtedy, gdy już postanowiliśmy, że się rozstajemy, nie wcześniej, bo samo rozstanie to sprawa pomiędzy parą, dziecka nie wolno w to mieszać, to nie jest jego świat, jego światem są mama i tata, nawet kiedy nie są już partnerami.

Rodzice często rozgrywają konflikt dzieckiem.

To dla niego dramatycznie trudna sytuacja, może zaburzać jego funkcjonowanie. Dziecko musi mieć ciągłość relacji z mamą i tatą. Może zmieniać się czas trwania i miejsce kontaktów, ale jakość relacji powinna pozostać taka sama. I nawet kiedy jedna ze stron ma duży i uzasadniony żal do drugiej, to nie powinna tego okazywać przy dziecku, a już niedopuszczalne jest nastawianie dziecka w jakikolwiek sposób przeciwko jednemu z rodziców. To nie służy jego rozwojowi, ono przez resztę życia pozostanie w rozdarciu pomiędzy mamą a tatą, co później może przełożyć się na rozdarcie w innych sferach życia. Badania pokazują, że sam rozwód nie przyczynia się do problemów w późniejszym życiu dziecka, natomiast negatywny wpływ na jego rozwój mają wrogie relacje pomiędzy rodzicami, nawet kiedy są nierozwiedzeni.

Co dalej?

Warto wiedzieć, że po rozstaniu przyjdzie nam żyć zupełnie inaczej niż dotychczas. Podejście systemowe w psychologii wskazuje, że para należy do szerszego systemu, jednym z jego poziomów jest para i dziecko, następnym – rodzina, kolejnym – rodzina plus znajomi. Systemy tak działają, że kiedy zmienia się coś na jednym poziomie, zmieniają się też wszystkie inne. Rozstanie pary przekłada się na jej funkcjonowanie w szeroko rozumianej rodzinie, wśród znajomych, a nawet w życiu społecznym i pracy. To dodatkowa bolesna trudność, z którą trzeba się zmierzyć po rozstaniu.

Czasem dopiero po latach okazuje się, że wyszło nam to na dobre.

Także dlatego, że dzięki trudnościom przekraczamy samych siebie, uczymy się radzić sobie z silnymi emocjami, których być może nigdy nie przeżywaliśmy. Rozstanie zmusza nas do poznawania innych ludzi, środowisk, a to wszystko służy naszemu rozwojowi i temu, żebyśmy byli szczęśliwsi. Uważam, że jeśli już ludzie zakończą niedobry związek, to później czeka na nich tylko lepsze życie.

 

AGNIESZKA MOŚCICKA-TESKE

psycholożka, psychoterapeutka, trenerka umiejętności psychologicznych,
biegła sądowa w sprawach o mobbing i molestowanie seksualne w pracy.
Związana z Uniwersytetem SWPS Wydziałem Zamiejscowym w Poznaniu.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »