fbpx

Wojna o pokój

Wojna o pokój
fot.123rf

Cel – nie dać się stresom. Strategia – chronić własną energię. Przede wszystkim przed… nami samymi. Bo nic nas tak nie osłabia jak wewnętrzny chaos i konflikty. Spójność, harmonia i świadomość siebie to nasze najważniejsze zasoby – tłumaczy coach Lidia Czarkowska.
– Jakie wewnętrzne zasoby mogą nam pomóc radzić sobie ze stresem?

– Rozumiem, że rozmawiamy o stresie jako o czymś, co nas podkopuje, drenuje z energii? Bo może być też stres stymulujący, konstruktywny.

– Chodzi mi o wewnętrzne zasoby, które nas wzmacniają, sprawiają, że tak zwana rzeczywistość nas nie przerasta.

– To ważne pytanie, choć nieczęsto je sobie zadajemy. Co nam daje energię, a co nas jej pozbawia? W tym sensie najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. Bo nic tak nas nie osłabia jak chaos i wewnętrzne konflikty. Ważne jest też nasze osobiste nastawienie do tego, co nas spotyka. Często przytaczam takie dwa zdania: doświadczenie to suma popełnionych błędów. Oraz: doświadczenie to nie jest to, co nas spotyka w życiu, tylko to, jak reagujemy na te wydarzenia i co zrobimy z tym, co nas spotyka. Takie podejście to wielki potencjał obronny przed stresem i załamaniem. Można powiedzieć, że same wydarzenia zewnętrzne to są tak zwane fakty. Na doświadczenie składają się jednak również nasze reakcje i wnioski, jakie z nich wyciągamy. Dlatego jeden człowiek, gdy straci pracę, może wpaść w depresję, a inny uzna, że to świetna okazja, by coś w życiu zmienić i zacząć żyć w zgodzie ze sobą.

– Choć mam świadomość, że taka zmiana sposobu myślenia jest możliwa, wiem, że nie jest to szybka droga.

– A kto powiedział, że ma być?

– Nie chciałaby pani, żeby były takie sposoby radzenia sobie ze sobą jak nowoczesne pigułki przeciwbólowe? Szybko, skutecznie i już z uśmiechem kręcimy się na karuzeli?

– Nie ma szybkich rozwiązań dających trwałe efekty, choć są rozwiązania proste. Na przykład jedna z zasad Huny mówi, że wszystko, czemu dajemy energię – rośnie. Tak jakbyśmy pielęgnowali ogród. Te rośliny, których doglądamy, mają się dobrze. Te, które zostawiamy samym sobie, obumierają. Takim doglądaniem jest nasza uwaga, bo za nią podąża energia. Jeśli chcemy wyhodować szczęście, powinniśmy się koncentrować na tym, co w naszym życiu dobre, a nie na tym, co nam się nie udało. A to oznacza m.in. nie rozpamiętywać złych chwil, nie snuć czarnych scenariuszy, nie nurzać się zbyt długo w trudnych emocjach. To jeden ze skuteczniejszych sposobów zmiany myślenia.

– Który wymaga dyscypliny i dużej samoświadomości.

– Dlatego od tego zaczęłam. Samoświadomość pozwala panować nad życiem. Bez niej jesteśmy bezbronni, zależni od okoliczności. To podstawowy zasób, który należy pielęgnować. Sposobów jest mnóstwo. Na przykład coaching dysponuje konkretnymi narzędziami ułatwiającymi samopoznanie. Dzięki nim jesteśmy w stanie ustalić, na czym polega nasz obecny wewnętrzny chaos, na jakim poziomie są konflikty, niespójności. Jeśli to wiemy, możemy z tym pracować. Jeden z modeli pokazuje na przykład, że nasze działanie jest zawsze wypadkową trzech czynników: tego, co myślimy na dany temat, jakie mamy w związku z tym emocje i czego chcemy. Komponent wolicjonalny, czyli wola, umiejscowiony jest w brzuchu, komponent emocjonalny, czyli uczucia – w sercu, a komponent poznawczy, czyli nasze przekonania i myśli – w głowie. Gdy głowa, serce i brzuch mówią jednym głosem, kiedy wszystkie te trzy sfery są spójne, działamy zgodnie ze sobą, nie wytracamy energii. Do tego należy dążyć. Problem w tym, że rzadko kiedy tak się dzieje.

– Większość ścieżek rozwojowych mówi to samo: należy dążyć do tego, by nasze ciało, serce i umysł były zjednoczone. Bo kiedy tak się dzieje, możemy spełniać swoje marzenia, działamy zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że coaching też to zaleca.

– To, o czym mówię, to klasyczny psychologiczny model postawy. Pięknie opisuje nasz wewnętrzny świat i walki, jakie w nim toczymy. Bo co się dzieje na przykład, kiedy w jakiejś sprawie nasz umysł i serce nie są w zgodzie? Częsta sytuacja: wiem, na poziomie głowy, że palenie mi szkodzi, ale tak bardzo to lubię, że nie umiem sobie odmówić. Albo nie mam ochoty przestać. W efekcie – palę, ale próbuję ciągle rzucić palenie albo mam poczucie winy, miotam się. W każdym przypadku kosztuje mnie to sporo energii.

– Może być też tak, że chcę czegoś i nie chcę jednocześnie. Na przykład zjeść czekoladkę i nie zjeść czekoladki. Pójść gdzieś i nie iść.

– Niespójność może występować na wszystkich poziomach, nie tylko pomiędzy poszczególnymi elementami, ale też w obrębie każdego z nich. To, co pani mówi, oznacza, że musimy popytać siebie bardziej szczegółowo o motywację, zajrzeć głębiej. Jedną z przyczyn wewnętrznych konfliktów jest niespójność celów. Mamy ich zwykle wiele w życiu, w dodatku nie zawsze są one uświadomione. Niektóre stawiamy sobie sami, inne przejmujemy, na przykład od rodziców, albo narzuca nam je kultura. W dodatku to się zmienia w czasie. Często panuje tu niezłe zamieszanie. Warto co pewien czas robić z tym porządek. Wypisać sobie te cele, uporządkować, zhierarchizować. Niektóre okazują się nieaktualne, a inne wzajemnie się blokują. Typowym objawem takiej sytuacji jest to, że czegoś chcemy i jakoś nam się to nie udaje. Na przykład planujemy, że od przyszłego roku zaczniemy płatne studia, ale jakoś nie możemy odłożyć na nie pieniędzy. Mamy cel, ale działania wcale nas do niego nie przybliżają, wręcz przeciwnie. To znaczy, że nasz faktyczny, głęboki cel jest inny niż ten zadeklarowany, podejmujemy decyzję na głębszym poziomie, choć czasem nawet tego sobie nie uświadamiamy.

– Dla mnie ważnym momentem było uświadomienie sobie, że czasem podejmuję decyzję, choć wydaje mi się, że tego nie robię, tylko „tak wyszło” albo „tak trzeba”.

– Coaching zgadza się tu z Biblią: po owocach nas poznacie. Wynik pokazuje, jaka ostateczna decyzja zapadła, nawet jeśli jej sobie nie uświadamiamy. Jeśli nie pojechałam na wakacje, „bo jakoś tak wyszło”, to po prostu znaczy, że gdzieś w sobie podjęłam taką decyzję, że nie jadę. Rozumiem jednak, skąd się bierze przekonanie, że to nie była decyzja. Kiedy mówimy: „podjęłam decyzję”, to znaczy potocznie, że pojawiła się w mojej głowie jakaś myśl na ten temat. Ale to iluzja. Ostateczna decyzja zapada wtedy, gdy za czymś podąży nasza energia. A emocje mają najwyższą energię, więc to one decydują. I tu wracamy do naszego trójkąta: brzuch – serce – rozum. Jeśli nie ma spójności, decyzja mentalna może mieć się nijak do ostatecznego wyniku. Albo może się dziać coś, choć pozornie nie podjęliśmy żadnej decyzji, bo nie zaistniała na poziomie myśli.

– Co jeszcze może powodować brak wewnętrznej harmonii?

– Często zdarzają się nam konflikty na poziomie przekonań i ról. By to zrozumieć, proponuję ćwiczenie, które jest wersją używanego w coachingu koła jakości życia. Rysuję sobie kwiatek ze środkiem i płatkami. Płatków jest tyle, ile ról, jakie odgrywam w życiu. Np. jestem mamą, żoną, wykładowcą, autorem publikacji, trenerem, coachem, córką, przyjaciółką itd. A środek to jest moje ja, czyli to, kim jestem jako człowiek. Kiedy już to wszystko mam, mogę się przyjrzeć, ile czasu i energii wydatkuję na bycie w poszczególnych rolach. I czy mi to odpowiada. Może któraś rola za bardzo dominuje i to mi nie pasuje. Sprawdzam, czy są w tym rysunku jakieś słabe miejsca, role, które chciałabym wzmocnić. Oczywiście, może być tak, że z którejś z nich świadomie rezygnuję w danym momencie. Ale bywa, że nie panuję nad tym, i taki deficyt mnie na dłuższą metę osłabia, bo czuję się niespełniona. W ostatecznym rozrachunku energetycznym ważne jest określenie, ile czasu, energii i uwagi zabiera każda z ról, a ile daje.

– Jak to ocenić?

– Generalnie jest tak, że rola nas karmi, gdy jest spójna z nami. Na przykład jeśli bawię się beztrosko z moimi dziećmi, czerpię z tego siły. Jeśli spędzam z dziećmi czas, ale w głębi duszy tego nie lubię, tylko to robię, bo czuję, że powinnam, zabiera mi to energię. To subiektywna sprawa. Trzeba to sobie uświadomić, bo zawsze są jakieś możliwości, by dopasować tę rolę do siebie. Wówczas nie tracimy energii. Jeśli jest odwrotnie, drenujemy się z energii i osłabiamy. Tracimy radość życia. Walka z samym sobą nas zjada.

– Tylko że do tego trzeba wiedzieć, kim się jest.

– Po to jest w tym ćwiczeniu środek kwiatka. Kim jestem? Gdybym spytała o to panią, co by pani odpowiedziała?

– Hm… sobą.

– Super. A co to dla pani znaczy?

– Że się nie boję. No i jest w tym jakaś radość, wolność.

– Co panią wyróżnia spośród innych ludzi, którzy też są sobą?

– Trudno mi to nazwać, byłoby mi to łatwiej pokazać.

– Świetnie. Powiem pani, co zobaczyłam w tym ruchu. Kreatywność i lekkość. Coś jeszcze?

– Chyba wystarczy. Rozumiem, że w ten sposób można to odkryć?

– Tak. Choć dla wielu ludzi takie ćwiczenie jest trudne, bo mają kiepski dostęp do siebie. Np. definiują siebie tylko poprzez role. Skończyłam takie a takie studia, nie pracuję, mam tyle a tyle lat, jestem kobietą. Trzeba długo pracować, by pomóc im oddzielić siebie od ról. Czasem ludziom pomagają etykietki, symbole, określenia o charakterze porównawczym, np. jestem wcieloną dobrocią. Poszukują nazwy na swoją tożsamość.

– Mnie przychodzi na myśl motyl.

– Świetnie. A więc pani jest motylem, który pełni funkcje dziennikarki, matki, żony itp. Jak to się ma do siebie? Każda rola ma swoje ramy, które określają, co się w niej mieści, a co nie. Rola społeczna to jest pakiet oczekiwań przypisanych do konkretnej pozycji w strukturze społecznej. Poza tym są jeszcze oczekiwania konkretnych osób. Na przykład jestem żoną i to ma konkretne społeczne i kulturowe ramy, ale oprócz tego są jeszcze oczekiwania mojego męża, moje własne, moich teściów itp. Dlatego na styku ja – rola dochodzić może do wewnętrznych konfliktów, które, jak już mówiłyśmy, są energetycznie kosztowne. Możliwy jest konflikt pomiędzy osobą a rolą, pomiędzy rolami, konflikt w roli – istnieje nieskończenie wiele odmian tej sytuacji. Choćby na poziomie wartości: ktoś jest katolikiem i ginekologiem, który dokonuje aborcji. Albo w ramach samej roli, np. menedżer średniego szczebla, od którego zwierzchnicy oczekują, że będzie uległy wobec nich, ale nieugięty wobec podwładnych.

– Przeżywałam spory konflikt między moją osobowością a rolą matki. Dużo mnie to kosztowało, wpadłam niemal w depresję, nie mogąc sprostać wymaganiom.

– Wcale mnie to nie dziwi: tu motyl, a tu odpowiedzialność, przyziemność, dbanie o innych… podczas takiej analizy zadałybyśmy sobie pytanie: jak napisać dla pani rolę mamy. Jak kreatywnie stworzyć ją na nowo, by mogła pani ją odegrać z radością. Chodzi o to, by nasze role przedefiniować, a nie z nimi walczyć. Wojna zawsze nas osłabia. Jeśli to, co robię, zmusza mnie do udawania kogoś, kim nie jestem – więdnę, słabnę. Jeśli moja dusza emanuje poprzez to, co robię – rozkwitam. Do takiej spójności dążymy. To w sumie proste.

dr Lidia D. Czarkowska coach, konsultant i trener. Z wykształcenia psycholog i socjolog. Dyrektor Centrum Coachingu Akademii Leona Koźmińskiego i adiunkt w Katedrze Nauk Społecznych. Autorka licznych artykułów i paru książek. Od 15 lat szczęśliwie zakochana we własnym mężu,
mama czwórki dzieci. Pasjonatka gór, tanga i kotów.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze