Sam ze sobą

fot. iStock

Tydzień czy dwa odosobnienia to nie jest czas odebrany bliskim. To czas podarowany, może dopiero dzięki niemu późniejszy wspólny rodzinny wyjazd odświeży, pogłębi i wzmocni relacje – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Perspektywa wyjazdu wakacyjnego to – wbrew pozorom – źródło niemałego stresu. Jeden z mężczyzn powiedział mi, że gdy pomyśli o zbliżającym się urlopie z rodziną, zaczyna go boleć głowa i najchętniej napiłby się czegoś mocniejszego.

To sygnał, że czas na wyjazd bez rodziny – tydzień lub dwa w górach, na żaglach, na rybach, na kursie medytacyjnym.

Nam, kobietom, wydaje się, że wyjazd z dziećmi to szczęście dla taty.

Na pewno tak, jednak nierzadko musimy zadbać najpierw o siebie, bo inaczej kumulowane zbyt długo przemęczenie da o sobie znać. Wiele kobiet zgłasza frustrację z tym związaną: „Cały rok czekaliśmy na wakacje, a on napięty, rozdrażniony, nadąsany, izoluje się, leży, gra w gry komputerowe, za dużo pije…”. Zdarza się też, że przez pierwszy tydzień wspólnego urlopu mężczyzna jakoś się trzyma, stara się być dyspozycyjny, dba o potrzeby dzieci i partnerki. W drugim tygodniu przychodzi kryzys – utrzymywane siłą woli napięcie wybucha, a wtedy urlop zamienia się w koszmar, pretensjom i żalom nie ma końca.

Mężczyzna jest spięty już przed wyjazdem…

Trzeba zaplanować budżet, zorganizować pobyt, liczyć się z problemami, bo przecież dzieci mogą zachorować. Bliscy oczekują, że będzie przyjemnie i atrakcyjnie, więc mężczyzna wie, że trzeba będzie te atrakcje wymyślać, organizować, podejmować działania. Trudno w tych warunkach się odprężyć, poczuć siebie, zadbać o swobodny czas, trochę luzu.

„Pojechałbym gdzieś sam” – taki pomysł przychodzi mężczyznom do głowy?

Nawet jeśli tak, to szybko pojawia się pytanie, czy aby nie jestem nienormalny, skoro mam taką potrzebę. Wielu mężczyzn ma wtedy poczucie winy, bo wiedzą, że i tak niewystarczająco troszczą się o rodzinę, mają dla bliskich niewiele czasu. Gdy więc przychodzą wakacje, ferie, wolny weekend, a oni najchętniej pobyliby sami, pytają siebie, czy tak w ogóle można, czy powinni to rozważać, czy aby nie dzieje się z nimi nic niepokojącego.

No i mają klasyczny konflikt wewnętrzny…

Tak, ponieważ obie potrzeby – bycie z rodziną, z dziećmi oraz bycie samemu – są ważne, prawdziwe. Mężczyźni w Polsce bywają skrajnie przemęczeni. Menedżer, prawnik, lekarz – to są zawody, które wymagają ciągłego kontaktu z ludźmi, codziennych telefonów, mejli, nieustannej wymiany, komunikacji, koncentracji, poszukiwania rozwiązań pilnych spraw. W pewnym momencie pojawia się duża nierównowaga między ilością uwagi kierowanej na innych a uwagą kierowaną na siebie. Jeden z lekarzy powiedział mi tak: „W ciągu roku daję kilka tysięcy konsultacji medycznych. Czy pan myśli, że po tym wszystkim tęsknię jeszcze za jakimkolwiek towarzystwem?”.

Bliscy mężczyźni mówili mi, że dla nich formą odosobnienia było wspólne z innymi mężczyznami tygodniowe wędrowanie po górach, we trzech, czterech. Pytam, czy rozmawiali ze sobą. Trochę, mówią, jednak nie o pracy i nie o rodzinie. Nie omawiamy żadnych grubszych spraw – to dewiza wyjazdowa.

O to chodzi – czas w ciszy, krótkie, niezobowiązujące rozmowy, kontakt z przyrodą, ruch. Idealne warunki, aby poczuć siebie, odpocząć od stresów rodzinnych i zawodowych, od bycia z ludźmi w charakterze służbowym, biznesowym.

Jednak wyjazd z innymi mężczyznami także rodzi wyzwania – trzeba się porozumieć, dostosować, ustalić warunki bycia razem.

Jednak to są naturalne, pierwotne zależności; kiedyś rybacy wypływali razem, wiosłowali, śpiewali, zarzucali sieci, wyciągali sieci, płynęli dalej, zmieniali rewir, znowu zapuszczali sieci. To elementy życia wspólnotowego, oparte na niezobowiązujących, prostych do wykonania czynnościach. Mężczyźni, którzy jadą razem na ryby, siedzą obok, moczą kije, od czasu do czasu coś powiedzą: „Coś ci brało?”. „Nie, to wiatr…” Inni chodzą po górach od schroniska do schroniska, idą razem, ale przede wszystkim każdy jest ze sobą.

Nie ma się o co kłócić, nie ma z kim rywalizować, system nerwowy się uspokaja, wycisza, głęboko odpoczywa. Co jeszcze dzieje się wówczas w organizmie?

Łatwiej dostrzegać potrzeby własnego ciała, ponieważ znaczna część energii przekierowana zostaje na siebie: jestem głodny – jem, chce mi się pić – piję, robię to, na co mam ochotę. Mamy gigantyczną liczbę relacji – rodzinnych, zawodowych, przyjacielskich, sąsiedzkich, wspólnotowych, a do tego dochodzą jeszcze media społecznościowe. Niemal nigdy nie jesteśmy sami. Jeśli nie mamy możliwości wycofania uwagi i energii z relacji i pobycia samemu, to tak jakbyśmy ciągle przełykali, nie dając sobie czasu na przetrawienie. Można się poważnie rozchorować. Wchodzenie w relacje ze światem, z ludźmi to jeden element pulsacji życia. Drugim jest powrót do siebie. Ruch na zewnątrz i do wewnątrz – jak wdech i wydech. Potrzebujemy czasu, żeby pomyśleć, co tak naprawdę wydarzyło się w tej relacji, na czym polega tamten konflikt, z czego wynika to, co nam się przydarza, jak można by się inaczej zachować, zareagować.

Wreszcie nie myśleć! O tym raczej marzą mężczyźni.

Nawet jeśli świadomie nie zastanawiamy się nad konkretną sprawą, to i tak na poziomie nieświadomym przetwarzamy materiał z bieżącego życia, porządkujemy różne sprawy. Znaczna część tego, co nazywa się asymilowaniem czy integrowaniem doświadczeń, także związanych z relacjami, dokonuje się na poziomie nieświadomym. Nasza świadomość potrzebuje czasu, aby się odprężyć. Im bardziej napięta świadomość, tym bardziej – mówiąc kolokwialnie – wcina się, przeszkadza w procesach integracji; energia potrzebna do domknięcia i uporządkowania życiowych tematów cały czas jest przekierowywana na bodźce z zewnątrz.

Po raz pierwszy doświadczyłem dobrodziejstw odosobnienia 30 lat temu. Żona była w ciąży, potrzebowałem czasu w samotności, aby oswoić się z nową dla mnie rolą taty. Przez osiem dni uczestniczyłem w rytmie życia klasztoru w Tyńcu: pobudka przed świtem, jutrznia, praca w polu, spacery, modlitwa, milczenie, bycie ze sobą bez kontaktów z innymi. Ależ to było trudne…

Trudne?

Szczególnie pierwsze dni nie były takie, jak się spodziewałem. Spodziewałem się spokoju i ciszy także wewnątrz mnie. Tymczasem poszedłem na spacer na skarpę wiślaną, przepiękne widoki, zachód słońca, a ja zamiast się tym rozkoszować, poczułem niepokój, ssanie w żołądku. Z wioski dochodziły odgłosy telewizji, rozmowy, śmiech. Zapragnąłem obejrzeć telewizję! Porozmawiać z kimś. Przejechać się tramwajem! To pokazuje, jak działa siła nawyków, przyzwyczajeń. W codziennej aktywności jesteśmy wystawieni na gigantyczną liczbę bodźców, informacji. I nagle znajdujemy się w ciszy. Na początku to niełatwe i nieprzyjemne. Dobra będzie tu metafora samochodowa: aby zahamować rozpędzone auto, zdejmujemy nogę z gazu, mimo to przez jakiś czas samochód jedzie dalej, silnik nadal wykonuje obroty; zwalnia bardzo pomału. I tak jest z naszym organizmem. Na początku brakuje zgiełku, pośpiechu, obecności innych i zajmowania się tym, do czego przywykliśmy.

W Tyńcu miałem czas, aby pobyć z ważnymi wówczas dla mnie pytaniami: Jak poradzę sobie w roli ojca? Jak to może być, kiedy przyjdzie na świat dziecko? Jak zmieni się moje życie? Tu nie chodzi o odpowiedzi. Same pytania są ważne, ponieważ oswajają z nieznanym. Są przekazem do siebie: „Już wkrótce będziesz ojcem, a to wiąże się z nowymi sposobami radzenia sobie”. Nie przeżyłem szoku, gdy córeczka przyszła na świat, byłem przygotowany.

Jak przekonać bliskich, że najwyższy czas na odosobnienie?

„Wrócę pełen nowej energii, odświeżony, tylko dla was. Wtedy pojedziemy na wspólne wakacje i to będzie dobry czas dla wszystkich”. Ważne, żeby mężczyzna zadbał także o równowagę w relacji z partnerką, a więc o możliwość podobnego odosobnienia także dla niej. Wszyscy jesteśmy przeciążeni i potrzebujemy czasu tylko dla siebie. To absolutnie niezbędny element higieny psychicznej i regeneracji organizmu. Nie sposób wygospodarować takiego czasu między sprawami zawodowymi a zobowiązaniami rodzinnymi, wyjazdami integracyjnymi, zakupami i intensywnymi kontaktami z ludźmi… Pamiętam, że po ośmiu dniach w Tyńcu jechałem na spotkanie z żoną wyciszony, wyluzowany, odświeżony, tylko dla niej. I dopiero wtedy pojechaliśmy na wspólne wakacje.

Odosobnienie może być nieprzyjemne także dlatego, że ze zwielokrotnioną siłą napierają pytania egzystencjalne, na przykład takie: Jaki sens ma moje życie?

Gdy wolny czas dajemy sobie w miarę regularnie, przyzwyczajamy się do takich pytań, przestajemy przed nimi uciekać, uczymy się przechodzić życiowe kryzysy. Wzmacniamy się. Lęki nie są tłumione, wypierane, nie kumulują się. Możemy je na bieżąco oswajać.

Nie warto więc odkładać odosobnień na potem?

Nasze organizmy regularnie potrzebują odnowy. Jeżeli je zaniedbujemy i przeciążamy, możemy ocknąć się w szpitalu. Bywa i tak, że mężczyźni, którzy latami odkładali wyjazd i w końcu decydują się na czas wolny, obserwują niepokojące, a nawet przerażające symptomy: napady lęku, załamania nerwowe, depresje, stany przedzawałowe. Niezauważany dotąd materiał psychiczny domaga się uwagi. Dobijają się nierozwiązane sprawy, niedokończone sytuacje, pytania o sens, o przemijanie. Jeśli na wyjeździe doświadczamy niepokojących objawów, to znaczy, że masa krytyczna związana ze stresem, z lekceważeniem sygnałów wczesnego ostrzegania została przekroczona. Możemy wtedy wpaść w panikę i dojść do wniosku, że urlopy nam nie służą. Możemy pracować jeszcze więcej, przemęczać się. Sygnały płynące z organizmu dodatkowo zagłuszać alkoholem i lekami. A to są sygnały, które komunikują, czego potrzebujemy, a czego musimy unikać, żeby zachować zdrowie, a nawet życie.