fbpx

Samotni rodzice samotnych dzieci

Rodzice porzucają dziecko, kiedy nie uczestniczą w jego świecie. Nie ciekawią się tym, co robi. Nie bawią z nim, bo szkoda im czasu. (Fot. iStock)
Rodzice porzucają dziecko, kiedy nie uczestniczą w jego świecie. Nie ciekawią się tym, co robi. Nie bawią z nim, bo szkoda im czasu. (Fot. iStock)

Skąd się biorą problemy z dziećmi, które trudno rozwiązać? Smutek? Bunt? Wycofanie? Bywają echem problemów rodzica jeszcze z czasów dzieciństwa. To trudna, ale warta rozważenia myśl z książki „Niezwykły rodzic”, którą napisałam z dr Tomaszem Srebnickim, psychoterapeutą dziecięcym…

W „Niezwykłym rodzicu” mówisz często o samotności współczesnych dzieci, widzisz w niej przyczynie wielu problemów. Skąd ona wynika i jak jej zaradzić?
Opowiem ci o pewnym ojcu i jego synu. Od razu jak tylko ten ojciec usiadł w moim gabinecie, wyjął laptop i powiedział: „Syn zagroził, że się zabije. Pan jest terapeutą behawioralno-poznawczym, a ja czytałem, że zajmujecie się zachowaniem i myśleniem. Proszę więc powiedzieć, jak mam zmienić zachowanie mojego dziecka? Czy mógłby mnie pan scoachować? Pracuje w korporacji i potrzebuję takiego coachingu rodzicielskiego”.

Zrobiłeś to? Coaching rodzicielski?
Poprosiłem, żeby zamknął laptop i zapytałem dlaczego, tak od razu chce konkretnych rozwiązań? Jak to? Nie ma czasu i dlatego wybrał mnie, bo ja mu takie szybkie rozwiązanie dam. Zapytałem, czy tak właśnie rozmawia z synem, kiedy ten ma problem? Czy daje mu konkretne rozwiązania i jak ma problem z pracą domowa, i z jazdą na nartach? “Tak!”, odpowiedział, bo to był taki rodzic, który natychmiast dziecku mówił, jak ma sobie poradzić, żeby dziecko jak najszybciej zostawiło go samego. Postawiłem więc hipotezę: „mówieniem o samobójstwie syn chce zwrócić na siebie pana uwagę, a pan tej uwagi synowi nie daje. Daje mu pan rozwiązania”. Nie uwierzył mi, więc zapytałem go o to, jak zaczęły się problemy z synem i jak próbował nim przeciwdziałać. Wysłuchałem go i mogłem, jeszcze bardziej pewny swojej hipotezy, powiedzieć: „Syn na różne sposoby próbował już skłonić pana do bycia z nim. Zaczął od kłopotów w nauce. Ale pan nie zaczął odrabiał z nim lekcji, ale kupił mu korepetytorów. No to syn stał się agresywny, zaczął bić kolegów. Ale pan znów nie zrobił tego, czego dziecko potrzebowało, tylko kupił mu kurs umiejętności społecznych. A więc syn zaczął kraść. A wtedy pan kolejny raz sięgnął po szybkie rozwiązanie – spakował jego walizkę i zawiózł go pod bramę poprawczaka, mówiąc, że jak będzie dalej kradł, to go pan tam zostawi. No więc dziecko sięgnęło po środek ostateczny, aby pana wreszcie przywołać, żeby zaczął pan z nim być, zagroziło samobójstwem. Ale jak widzę pan dalej szuka szybkiego rozwiązania, zamiast zacząć budować z synem relacje”.

Zgaduje, że potrzeba było terapia dla taty?
Potrzebna była praca z obojgiem rodziców. Ojciec i matka w relacji z synem odtwarzali wzorzec samotności wyniesiony z dzieciństwa. Pochodzili z rodzin nauczycielskich, w których podkreślano, jak pozbawienie się przyjemności, tu i teraz, zaowocuje w przyszłości: „jak będziesz się uczyć, a nie wygłupiać z kolegami, to dostaniesz się na medycynę albo na prawo i będziesz bogaty, i szanowany”. Rodzice rodziców chłopca negowali świat dziecięcych potrzeb, jak zabawa czy bliskość, eskalowali oczekiwania wobec wyników w nauce – zatrudniając korepetytorów i zapisując na dodatkowe zajęcia. Problem chłopca, który zagroził samobójstwem, było to samo, co było problemem jego rodziców, kiedy byli dziećmi, czyli – porzucenie. Subtelne. Nie dosłowne.

Przecież rodzice byli? To jakie to: porzucenie?
Rodzice porzucają dziecko, kiedy nie uczestniczą w jego świecie. A więc gdy dzieciak siada do lekcji, albo bawi się puzzlami czy ogląda bajkę – nie towarzyszą mu. Nie ciekawią się tym, co robi. Nie bawią z nim, bo szkoda im czasu. Co gorsza oceniają negatywnie to co dla dziecka ważne, a więc mówią, że gry komputerowe są głupie. A kiedy dziecku popsuje się zabawka – mówią, że nic takiego się nie stało. To, co w świecie dziecka, nie jest dla nich ważne. Porzucone dzieci właśnie trudnymi zachowaniami domagają się od rodziców obecności, relacji.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Praca z tymi rodzicami polega na tym, aby zaciekawili się, jakie jest to ich dziecko? Jakie ma problemy? Uznali, za ważne to, co dla niego jest ważne. No i wspólnie z nim się bawić. Dla nich to był istny przewrót kopernikański, bo oni swojego dziecka wcale nie znali. Kiedy zapytałem ojca, z czym w szkole jego syn ma problem, powiedział, że z matematyką. Ale z czym konkretnie? Nie miał pojęcia. Poleciłem mu dowiedzieć się, na czym ten problem polega. I spróbować pomóc synowi go rozwiązać, a nie szukać korepetytorów i zapisywać na dodatkowe zajęcia. Nie porzucać syna, przerzucając na obcych ludzi pomaganie mu.

No ale ojciec musiałby mieć na to czas?
No właśnie wcale nie chodzi o czas, tylko o to, że ci rodzice nie umieli być blisko nawet z samymi sobą. Co więcej byli oboje dumni z tego, jak wiele osiągnęli, jak żyją, a to przeszkadzało im zaakceptować brak najważniejszego, czyli umiejętności bycia blisko z własnym dzieckiem i ze swoimi wewnętrznymi dziećmi. Dopiero kiedy zapytałem ich na jak długo starcza im radość z nowego BMW, a dodam, że auta zmieniali na najnowsze modele dwa razy w roku, przyznali, że na krótko. Nowe rzeczy do zdobycia pojawiają się cały czas i budują kolejne stresy.

To pomogło? Syn przestał mówić o tym, że się zabije?
Rodzice tego chłopca musieli nawiązać relacje z samymi sobą. To było bolesne, w tym sensie, że odkryli w sobie dramatycznie wiele tęsknot. Proste pytanie: czym się lubiliście bawić w dzieciństwie? Budziło ich zakłopotanie. Nie wiedzieli, bo nie mieli takich doświadczeń, jakie ma większość dzieci, kiedy spontaniczni w zabawie maszerując z kijkiem poznając świat. Musieli wciąż uczyć się i zdobywać nowe umiejętności. Oboje nie umieli zupełnie się bawić. Zaczęli rozumieć, że wszystko, co dla ich syna ważne, dla nich było bezcelowe, bo ich „wewnętrzne dziecko” nigdy nie miało prawa do spontaniczności i zabawy.

No ale to, co byli wstanie zrobić, to odpuścić synowi, sobie nie. A więc zaczęli z nim rozwiązywać problemy, razem odrabiać lekcje. Zaczęli uczestniczyć w jego świecie, czyli kiedy oglądał jakiś film oglądali z nim, kiedy grał w jakieś gry, pytali o co w niej chodzi i jak mu idzie? Nie oceniali, że to co robi jest głupie. Zaczęli interesować się tym, co go interesowało, nie komentując tego. Kupowali mu nawet słodycze, czego do tej pory nie robili. Chłopiec dostał to czego potrzebował i problemy z nim zaczęły cichnąć. Rodzice zmienili w sobie więcej nie chcieli, za bardzo cenili swój sukces, choć przyznali, że brak im spontaniczności i umiejętności zabawy.

No i wiemy, dlaczego dzieci mogą czuć się tak samotne, choć pozornie mają wszystko! Brak im rodziców, którzy z nimi się bawili. Grali w piłkę, kibicowali i układali puzzle. Ale też szanowali dziecięce łzy nad zepsutą zabawką. Mamy prostą receptę – róbmy to, a i dzieci, i my będziemy bardziej szczęśliwi!
Samotnych wewnętrznie rodziców jest dziś wielu, tak jak i samotnych dzieci. To typowi rodzice, którzy odnieśli lub zabiegają o sukces zawodowy – zamęczeni setkami różnych spraw i rzeczy, skupieni na priorytetach, którymi są pieniądze, pozycja i władza. Sami ze sobą nie mają kontaktu, czują się wewnętrznie samotni.

Pozornie ci rodzice zapewniają swoim dzieciom i sobie wszystko. A tak naprawdę nie zapewniają nic. Ich dzieci są otoczone mnóstwem przedmiotów: zabawek, atrakcyjności, aktywności. Rodzice też maja samochody, domy, drogie i modne wakacje. Ale tak naprawdę te rzeczy i aktywności są po to, żeby dzieci nie chciały od rodziców bliskości, obecności w swoim świecie, bo samotni wewnętrznie ojcowie i matki nie potrafią im (ani sobie) tego dać.

Więcej na temat przyczyn problemów z dziećmi w artykule „Czuła obecność” w listopadowym numerze „Zwierciadła” oraz w książce:

Niezwykły rodzic
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>