fbpx

Seks i pielęgnowanie ogrodu. Dopasowanie partnerskie zdaniem psychologa

Seks i pielęgnowanie ogrodu. Dopasowanie partnerskie zdaniem psychologa
Za powodzenie w związku w dużej mierze odpowiada wzajemne przyciąganie, fizyczna potrzeba bliskiego kontaktu. (Fot. Getty Images)

Naukowcy twierdzą, że faza zakochania zaczyna wygasać mniej więcej po 18 miesiącach. Często dopiero wtedy orientujemy się, z kim tak naprawdę jesteśmy. Co zatem zwiększa szanse na udany związek? Pytamy dr Bartosza Zalewskiego z USWPS.

Dlaczego wiążemy się akurat z tymi osobami, a nie innymi?
W największym skrócie powiedziałbym, że wiążemy się z osobami, które snują podobne opowieści o miłości.

Czyli po prostu wybieramy osoby z naszej bajki?
Wybieramy osoby, które żyją w podobnym do nas świecie wewnętrznym, ale co w tym świecie robią – jakie mają pasje czy zawody, jaki temperament czy upodobania – to już sprawa drugorzędna. Metafora „opowieści o miłości”, jakiej użył amerykański psycholog Robert Sternberg, jest moim zdaniem bardzo trafna i nośna. I oznacza, że nie ma jakiegoś jednego, uniwersalnego wzorca miłości – i to jest otwierające.

Ale co to oznacza w praktyce?
Że wybieramy partnerów w zależności od tego, czego doświadczamy w relacji ze światem. Czyli najpierw jest doświadczenie i emocja, dopiero potem obrazuje się to na poziomie myśli, wyobrażeń i przekonań. To doświadczenie obejmuje formułę ogólną: co w relacji ze światem jest możliwe, a co nie. Dopiero wewnątrz tego jest formuła: jak powinno być.

Brzmi skomplikowanie…
Już wyjaśniam. W psychologii mamy pojęcie bezpiecznych i pozabezpiecznych stylów przywiązania, które wykształcają się w dzieciństwie na podstawie relacji z najbliższymi opiekunami. Zatem w doświadczeniu kogoś, kto ma pozabezpieczny styl przywiązania, nie jest możliwy związek, w którym da się drugiej osobie zaufać. Można powiedzieć, że ta osoba żyje w opowieści o miłości, w której prędzej czy później zostanie się zranionym, zaatakowanym, zniszczonym, więc jedyne, co można zrobić, to się przed tym uchronić.
Natomiast w bezpiecznym stylu przywiązania zaufanie w bliskich związkach jest możliwe. I to jest ten najbardziej ogólny poziom. Dopiero w obrębie tego przekonania możemy się zastanawiać: kogo bym chciał na partnerkę, a kogo nie. Sternberg mówi, że każdy z nas ma trochę inne wewnętrzne doświadczenie, na podstawie którego definiuje miłość – i nie chodzi o to, jak ktoś ją nazywa, tylko jak ją przeżywa. Po czym pozna, że to miłość. Ale także: jak według niego ma wyglądać flirt, zaloty. Pewnych flirtów ja bym na przykład nie rozpoznał – nie te kody po prostu.

Niedawno przygotowywałem wykład dla studentów i żona zajrzała mi przez ramię, zerkając akurat na slajd z opowieściami Sternberga. Przebiegła je szybko wzrokiem i powiedziała: „O, moja jest ta naukowa”. Pomyślałem sobie: „Boże, całe szczęście. Bo moja też”.

Jedna z bohaterek netflixowego serialu dokumentalnego „Pięć pierwszych randek” mówi, że dla niej nie jest ważne, żeby się z kimś związać, tylko żeby związać się z odpowiednią osobą. Taki partner szyty na miarę – czy o to chodzi?
Weźmy na przykład Sternbergowską opowieść o ogrodzie, polegającą na tym, że związek trzeba pielęgnować. I teraz żeby realizować i czuć taką miłość, dobrze jest mieć osobę, która po części podziela to podejście. A nie, dajmy na to, osobę, która ma opowieść naukową, według której miłość to jest coś, co można rozłożyć na części pierwsze i zrozumieć. Bo kiedy pierwsza będzie przeżywała, że podlewa właśnie ten ogród, i pragnęła, by wspólnie podziwiać jego urodę, druga będzie odmierzała miarką, czy wody jest wystarczająco dużo. Sternberg mówi o dopasowaniu na podstawowym poziomie – oczywiście mając na myśli osoby ze zdrowym stylem przywiązania. I to jest perspektywa badacza.

Natomiast praktyka terapeutyczna pokazuje coś jeszcze ciekawszego. Że jeśli mamy kłopot z bliskością, czyli pozabezpieczny styl przywiązania, to szukamy osoby niemal idealnie dopasowanej do naszych problemów, natomiast jeśli reprezentujemy styl bezpieczny – mamy szerszą paletę osób do wyboru, większe spektrum możliwych związków. Pragnę jednak uspokoić, że ludzie w znacznej większości mają bezpieczny styl przywiązania – raczej doświadczamy czegoś dobrego w dzieciństwie i potem znajdujemy też takich partnerów.

Skoro dla większości z nas zaufanie w relacji jest możliwe, co przesądza o powodzeniu związku?
Seks i zbieżność wartości…

Seks, czyli dopasowanie?
Raczej atrakcyjność dla drugiej osoby. Bez tego nie da się stworzyć satysfakcjonującego związku. Przy czym sam seks nie musi być najważniejszy, chodzi o wzajemne przyciąganie, fizyczną potrzebę bliskiego kontaktu: pragniemy dotknąć tej osoby, patrzeć na nią, słuchać jej, czuć jej zapach. Kiedy w naszym ośrodku konsultujemy parę z trudnościami, to zawsze pytamy, czy jest lub była w tym związku taka atrakcyjność. Nie chodzi o to, jak szybko poszli ze sobą do łóżka, bo tu wchodzą w grę również zasady i wartości, ale czy czuli to „coś”.

Omówmy jeszcze te wartości.
Tu badania są jednoznaczne – nie hobby, nie sposób spędzania wolnego czasu, nie podobieństwo temperamentów – jedynym, co wyróżnia naprawdę zgrane pary, są podobne wartości: wspólne poglądy na wychowanie dzieci, na to, co warto robić w życiu, ale też na to, na czym polega miłość. I to o tym właśnie mówią Sternbergowskie opowieści. We wspomnianej opowieści o ogrodzie zawiera się o wiele więcej rzeczy niż tylko definicja miłości – także to, jaki zawód warto mieć, ale też jak się zachowywać w obecnej sytuacji politycznej: interesować się nią czy nie, odcinać się i budować swój świat czy chodzić na demonstracje… Musi być w tych sprawach jakiś rodzaj podobieństwa między partnerami.

Jeśli mamy zbliżone do siebie hierarchie wartości, mniej muszę tłumaczyć drugiej osobie, czemu robię to, co robię lub jak się czuję, gdy ona mówi, że… Jest po prostu łatwiej?
Oczywiście, że jest łatwiej, ale ja bym powiedział, że przede wszystkim jest głębiej. To jest takie poczucie, że świat w postaci osoby, z którą żyję na co dzień, mnie wspiera. Że moje życie jest sensowne, wartościowe i idzie w dobrym kierunku. Bo ta druga osoba swoją postawą to zaświadcza. Czyli to, co robię, ma sens, to, co robi mój ukochany czy ukochana, też ma sens. I dobrze by było, gdyby istniało więcej ludzi takich jak on czy ona. Wyobraźmy sobie, że mamy codzienny kontakt z kimś, kto to podważa, kto ma odmienne wartości bazowe – a takie pary przychodzą właśnie do gabinetów psychoterapeutów – wtedy nieustannie musimy się zmagać ze światem. Jest tu zgrzyt nie tyle nawet na poziomie komunikacyjnym, ile egzystencjalnym.

W gabinetach psychoterapeutów często słyszymy, że wybieramy na partnerów osoby podobne do ludzi ważnych w naszym życiu: ojca, matki, krewnych… Jak to rozumieć?
Takie teorie oryginalnie wywodzą się z psychoanalizy lub podejścia psychodynamicznego, czyli mają średnio ze sto lat, ale współczesne badania raczej je wspierają. Psychologia mówi więc, że całe życie będę wiązał się z takimi osobami, do których pierwotnie się przywiązałem do mniej więcej czwartego roku życia. Przy czym to „pierwotnie się przywiązałem” obejmuje nie samego ojca lub samą matkę, tylko ich oboje jako parę, diadę. Kłopot pojawia się wtedy, kiedy oni się rozstają czy w jakiś sposób znikają z naszego życia.

Dzisiaj uważa się, że mniej dobieram partnerkę do tego, jaka realnie była moja matka, a bardziej do tego, jak ja jej doświadczałem jako dziecko. Bierze się pod uwagę także specyfikę temperamentalną i biologiczną dziecka, bo może się zdarzyć, że nawet bliźnięta wykształciły częściowo inne wzorce. Natomiast zdecydowanie wzmacnia się hipoteza, że tak jak doświadczałem relacji do czwartego roku życia, tak będę ich doświadczał już zawsze, co potwierdziły pierwotne badania Mary Ainsworth nad stylami przywiązania. I to jest bardzo dobra informacja. Bo jeśli wychowaliśmy się w domu dwojga kochających się ludzi, którzy na ogół mieli dla nas czas i raczej dobrze nas traktowali, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że powtórzymy ten wzorzec w dorosłym życiu. Im bardziej dana osoba ma dobre, zdrowe skrypty miłosne, tym większą ma w sobie otwartość i gotowość na związek. I tym bardziej jest w stanie się zakochać i kochać.

A czy pracując nad sobą, zwiększamy swoje szanse na miłość?
Badania nad psychoterapią dają zachęcające wyniki – w jej wyniku rzeczywiście mogą się zmienić nasze pozabezpieczne wzorce. Jedyne ryzyko widzę w tym, że na rynku jest też wielu pseudoterapeutów. Można tak przeżywać świat, że będzie się wybierało takie osoby, takich pseudoterapeutów, którzy będą nas tylko umacniali w szkodliwych wzorcach. A będzie się tak działo, jeśli uwierzą w nasze narracje o tym, że ten partner jest naprawdę taki straszny, jak o nim mówimy, i że to wszystko jego wina. Praca nad sobą jest o tyle trudna, że wymaga podważania naszych przekonań, a nie utwierdzania się w nich.

dr Bartosz Zalewski, psycholog, certyfikowany psychoterapeuta PTP, prowadzi terapię par oraz terapię indywidualną w Ośrodku Terapeutyczno–Szkoleniowym Kontrakt w Warszawie. Adiunkt w Katedrze Diagnozy Psychologicznej Wydziału Psychologii USWPS.


  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze