Siostrzeństwo obowiązkowe – czy trzeba kochać siostrę?

„Musicie się kochać, bo jesteście siostrami!” – ten rodzicielski przekaz unosił się nad głowami wielu dziewczyn, blokując je przed rozwiązywaniem wspólnych problemów. Jako dorosłe same odpowiadamy za kształt naszych relacji. Ale – jak pisze psycholożka Hanna Samson – to może oznaczać zarówno nowe otwarcie, jak i ostateczne rozstanie.

Wiadomo, że nie wszystkie małżeństwa są udane, choć ludzie wiążą się ze sobą z wyboru. Dlaczego więc rodzeństwo zawsze miałoby być zgodne? Same geny to chyba za mało, a wspólne doświadczenia czasem bardziej dzielą niż łączą. Masz poczucie winy, że nie cieszysz się na spotkanie z siostrą przy świątecznym stole? Czasem po prostu nie ma się z czego cieszyć.

-Robi mi się słabo na myśl o świętach – ponad rok temu wyznała mi Ewa, lat 42, mężatka, mama dwójki dzieci. – Najchętniej byśmy gdzieś wyjechali, ale mama byłaby zrozpaczona, a mnie by gryzło sumienie i ten wyjazd też nie byłby udany. – A może tym razem coś się zmieni? – próbuję oponować. – Nie ma szans! Wszystko będzie jak zawsze. Przytacham ze sobą połowę potrwa na wigilię, a Zośka, moja siostra, nic nie zrobi. My z mamą będziemy wszystkich obsługiwać, a ona będzie sobie siedziała jak księżniczka, do głowy jej nie wpadnie, żeby się ruszyć. -Dlaczego tak się dzieje? – dopytuję. – Bo jest malutka! Ma 36 lat i to ciągle nasze maleństwo, od którego nic się nie wymaga. Czasem mówię jej, że mogłaby pomóc, ale ona nawet nie musi odpowiadać, bo mama zaraz staje w jej obronie. „Zostaw ją, ona jest zmęczona, ciężko pracuje”. Tak jakbym ja nie pracowała!

Siostra była wcześniakiem, w dzieciństwie często chorowała, cała rodzina się nad nią trzęsła. – Ja poszłam w odstawkę – wspomina Ewa. -Musiałam sama się sobą zajmować, a potem jeszcze nią, żeby się nie nudziła, musiałam jej czytać bajki, bawić się klockami, kiedy zaczynała ryczeć, to było na mnie. Ale to wszystko bym dawno zapomniała, gdyby nie to, że ona nadal jest małą księżniczką. Moje dzieci już chodzą do szkoły, a Zośka nigdy z nimi nie została, żebyśmy mogli z mężem mieć wolny wieczór. Kilka razy ją o to prosiłam, nawet się umawiała, ale w ostatniej chwili coś jej wypadało albo zaczynało ją rozkładać, nie chciała zarazić dzieci i zostawaliśmy na lodzie. Oczywiście następnego dnia była już zdrowa. – Może bała się odpowiedzialności? – podsuwam. – Pewnie tak, bo przecież nigdy za nic nie była odpowiedzialna. W liceum balowała, a rodzice odrabiali za nią lekcje. To cud, że zdała maturę, skończyła nawet studia, za które rodzice płacili. Kilka lat temu kupili jej mieszkanie, ojciec sam jej wszystko wykańczał, kupili meble… – Ewa bez trudu wymienia dowody na nadopiekuńczość rodziców w stosunku do młodszej córki. – O ciebie też zadbali? – Skądże! Przecież ja sobie świetnie radzę i nie wymagam pomocy.

Ewa naprawdę doskonale sobie radzi, razem z mężem kupili dom, sami go urządzili, obydwoje dobrze zarabiają. – Nie mam do nich żalu o to, że mi nie pomagają, tylko o to, że mnie nie doceniają – mówi. – Wiesz, dlaczego ich zdaniem, dobrze sobie radę? Bo jestem szczęściarą! Mam dobrego męża, udane dzieci, świetna pracę, piękny dom, wspaniałych przyjaciół i to wszystko spadło mi z nieba, a nie jest moją zasługą. Biedna Zosia jest sama, bo nie ma szczęścia. – A rozmawiałaś z Zosią, jak ona się czuje w tej sytuacji? – pytam Ewę. – W sytuacji księżniczki? – W sytuacji osoby, która sobie gorzej radzi niż jej siostra. – Tak na nią nie patrzyłam… przyznaje trochę zaskoczona.

Ten pierwszy krok

Konflikty z rodzeństwem nie znikają, jeśli nic z nimi nie robimy. Ale skoro rodzeństwem jesteśmy przez całe życie, nawet jeśli rzadko się kontaktujemy, zawsze można próbować naprawić relację. Czasem wystarczy jedna rozmowa i ważne, żeby obydwie osoby chciały się nawzajem usłyszeć. Przyjąć opowieść siostry, uznać ją za prawdziwą, choćby bardzo się różniła od naszej, bo sytuacja dzieci w jednej rodzinie bywa zupełnie inna.

Ewa zbierała się i zbierała, w końcu dojrzała do rozmowy z Zosią. Była zaskoczona, gdy okazało się, że rzeczywiście siostra zawsze czuła się gorsza od niej, a zależność od rodziców cale jej nie cieszy.

-Mama dzwoni do mnie dziesięć razy dzienne – odpowiada Ewie. – Ty się wyprowadziłaś zaraz po szkole i tylko ja jej zostałam, bo z ojcem prawie wcale nie rozmawia. Gotuje mi obiady i przywozi do domu, ma klucze, nigdy nie wiem, czy jej tam nie będzie, gdy wrócę. Jest przekonana, że ja sama nie jestem w stanie o siebie zadbać. – A jesteś? – pyta Ewa, – Nawet nie wiem, bo nigdy nie musiałam. Zazdroszczę ci samodzielności, rodziny, wszystkiego! – A dlaczego nigdy nie pomożesz przy stole – drąży Ewa. – Może dlatego, że cały czas zajmuję się rodzicami, ojciec też tylko ze mną rozmawia, to ty postaraj się chociaż na święta. – A dlaczego nigdy nie zostałaś z moimi dziećmi? – Naprawdę chciałam, bardzo je lubię. Ale potem myślałam sobie, że ty masz wszystko i ja mam ci jeszcze pomagać? Niech tobie chociaż czasem będzie trudno! Wyprowadziłaś się i w ogóle o mnie zapomniałaś, a ja zostałam w domu i nic nie umiałam z tym zrobić. Gdyby mi nie kupili mieszkania, nadal spałabym w dziecięcym pokoju, a moja siostra podbija świat! Widywałam cię tylko u rodziców, nigdy nie zaprosiłaś mnie do siebie tak po prostu, nie chciałaś się ze mną spotkać! – Zosia wylewa swoje żale, o których Ewa nie miała pojęcia. – To czemu nic nie powiedziałaś? – Bo jestem tylko młodszą siostrą, to ty zawsze decydowałaś o wszystkim! – pada i już wszystko jest jasne.

Wzajemna otwartość może nas zbliżyć do siebie i wzbogacić o lepsze rozumienie siebie nawzajem i całej rodziny. Tak było w przypadku Ewy i Zosi. – W tym roku święta będą u mnie, Zośka wpadnie dzień wcześniej i razem będziemy gotować. Moje dzieci bardzo ją polubiły i ja też coraz bardziej ją lubię. Za to mama się złości, że mam na nią zły wpływ, bo Zośka nie rozmawia z nią tyle, co wcześniej. Z tego wszystkiego rodzice zaczęli ze sobą częściej mówić i nawet chodzą razem na spacery – śmieje się Ewa, jakby zrobiła mamie psikusa. A tak naprawdę razem z Zośką przeprowadziły rodzinną rewolucję, której skutki odczuli wszyscy.

Na obrazku… i w życiu

Nicholas Nixon, amerykański fotograf, stworzył serię czarno-białych portretów swojej żony i jej trzech sióstr, „The Brown Sisters”. Wraz z latami z tych zdjęć da się wyczytać coraz większy spokój i bliskość między kobietami. To dotyczy nie tylko rodziny brown. Z wiekiem zwykle stajemy się łagodniejsze dla swoich sióstr. Potrzebujemy ich bardziej niż w młodości, zwłaszcza jeśli rodzice odeszli. Siostry są świadkami naszego życia. Znają nas od początku i zapewniają nam poczucie ciągłości, gdy wszystko wokół się zmienia. Nie zawsze jednak jest tak pięknie, jak na zdjęciach.

-W kontakcie z moją starszą siostrą czuję się kompletnie bezradna – Iza, lat 32, ma łzy w oczach. – Ona kpi sobie ze mnie, mówi mi przykre rzeczy, moje protesty nie pomagają, twierdzi, że nie znam się na żartach, żebym przestała się mazgaić i dalej swoje. Po każdym spotkaniu z nią jestem chora. Ostatnio przedstawiłam jej mojego chłopaka, a ona zaczęła się dziwić, co on we mnie zobaczył, mój chłopak był zaskoczony, że na to pozwalam, ale co ja mogę? Próbowałam z nią rozmawiać, ona jednak nie wie, o co mi chodzi, zarzuca mi, że zawsze mam jakieś pretensje.

Siostra Izy już w dziecięcym pokoju dała jej szkołę i wciąż odtwarza tamte scenariusze, czerpiąc z nich poczucie władzy. Nie chce zobaczyć, że obydwie są już dorosłe i mogłyby się spotkać na nowych zasadach. – A gdyby to nie była twoja siostra, czy chciałabyś utrzymywać z nią kontakty? – pytam Izę. – Nigdy w życiu! – To może warto dać sobie prawo wyboru, nawet jeśli jest to siostra? Może i dla niej to będzie jakaś informacja, która coś zmieni?

Czasami więź między rodzeństwem jest pozorna. Z racji różnicy wieku lub działań rodziców nigdy nie została nawiązana. Wtedy nie ma na co liczyć, że uda się ją zbudować, jeśli druga strona nie jest tym zainteresowana i woli się poruszać utartymi ścieżkami.

Po co jest siostra?

Obserwuję czasami rodzeństwo: chłopak ma jedenaście lat, jego siostry – dziewięć i pięć. Nieraz widziałam, jak razem się bawią, jak negocjują różne sprawy, nic się nie dzieje tylko dlatego, że ktoś jest silniejszy albo starszy czy młodszy – uczucia i potrzeby każdego z nich są traktowane poważnie. To niewątpliwie zasługa rodziców, którzy nie idą na łatwiznę, nie każą ustępować dla zasady, dają im czas i uwagę, gdy jest to potrzebne. Zapytałam te dzieci: – Po co jest siostra? – Żeby się nie nudzić! I żeby było komu oddawać zabawki! – usłyszałam. Przyznali, że czasami siostra męczy, ale najfajniejsze, że jest. Dla tych dzieci to szczególnie ważne, bo co kilka lat przeprowadzają się do innego kraju i uczą od siebie nawzajem. Wierzę, że będą się przyjaźnić w dorosłym życiu.

Wspaniale by było, gdyby siostry były naszymi przyjaciółkami, ale to nie zawsze możliwe. Czasem nasze drogi rozchodzą się za daleko, choć wychodzimy z jednego domu. Znam siostry, z których jedna opiekowała się matką na starość, druga nie i nie widzi w tym problemu, bo co to za problem opiekować się chorą matką? Siostrzeństwo jest piękne, ale czasem najtrudniej je poczuć w stosunku do własnej siostry.