fbpx

Krótki kurs asertywności. Jak mówić „nie”, zamiast „tak”

Krótki kurs asertywności. Jak mówić nie, zamiast tak
Będąc w zgodzie ze sobą łatwiej nawiązać prawdziy kontakt z innymi. (Fot. iStock)

Ile energii zużywamy na zabieganie o czyjeś względy, pomaganie, usługiwanie, ale też na powstrzymywanie naturalnych odruchów i ignorowanie własnych potrzeb. Jeśli zbyt często mówisz „tak”, kiedy myślisz „nie” – początek roku jest świetną okazją do tego, by z tym skończyć – przekonuje Jolanta Maria Berent.

Chcemy żyć w zgodzie. I żeby wszyscy byli zadowoleni. Tyle że różnimy się między sobą, mamy odmienne doświadczenia życiowe, poglądy, a nasze interesy często są sprzeczne. O starcia, konflikty więc nietrudno. Mimo to próbujemy ich uniknąć. Mówimy „tak”, choć coś w nas krzyczy „nie!”. Przytakujemy. Naginamy się do czyichś potrzeb. Przełykamy zniewagi. Przepraszamy na wyrost i tłumaczymy się. Czujemy się odpowiedzialni za nastrój innych ludzi, boimy się ich złości czy rozczarowania. Rezultat? Zmęczenie, frustracja i… poczucie porażki.
Bo przede wszystkim sami jesteśmy niezadowoleni. Z siebie – że tak siebie nie szanujemy, nadużywamy. Z naszych relacji – bo co to za relacje, skoro nie ma w nich autentyczności, szczerości, przestrzeni na odmowę. Ale też ze wszystkich tych wysiłków wkładanych w uszczęśliwianie innych, zwłaszcza że niekoniecznie są szczęśliwi…

Znakomicie obrazuje to przypowieść, przytoczona w książce „Zdrowy egoizm” Rachael i Richarda Hellerów. Więc ojciec i syn ruszają w podróż na koniu – mężczyzna sadza na nim chłopaka. Niedługo potem mijają ludzi, którzy stwierdzają: „Rozpieszczony, samolubny dzieciak! Jedzie sobie wygodnie, a ojciec musi męczyć nogi”. Zawstydzony chłopiec ustępuje miejsca ojcu. Jadą dalej, by w najbliższej wiosce usłyszeć: „Żaden przyzwoity ojciec nie rozsiadałby się tak, narażając dziecko na niewygody”. Testują więc trzeci wariant, wsiadają na konia obaj – teraz okazuje się, że są okrutni, bo męczą biedne zwierzę. Cóż, pozostaje im zeskoczyć z konia i wędrować, prowadząc go za uzdę. Co na to ludzie? „Iść pieszo, kiedy ma się konia do dyspozycji? Trudno o większą głupotę!”.
Cóż, cokolwiek zrobisz, będziesz oceniany, więc czy nie lepiej po prostu robić swoje?

To się nie opłaca!

Ktoś powiedział, że połowy kłopotów w naszym życiu moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy nie zgadzali się na wszystko tak szybko i nie mówili „nie” tak późno. Rzecz w tym, że wszyscy potrzebujemy akceptacji, sympatii, życzliwości. I że w poszukiwaniu ich czasem zgadzamy się na coś, co niekoniecznie jest dla nas dobre.
Przyznaję, że sama wpadłam niedawno w taką pułapkę. Zostałam zaproszona na pewne wydarzenie – przez osobę, z której usług przez jakiś czas korzystałam. Na miejscu okazało się, że inaczej rozumiemy słowo „zaproszenie” – pobrano ode mnie opłatę za udział w spotkaniu. Nie zaprotestowałam, chciałam być miła. Nie chciałam psuć atmosfery, wywoływać konfliktu, narażać relacji. Bilans: atmosfera i tak prysła, powstał ogromny konflikt wewnętrzny. Straciłam też zainteresowanie relacją z tą osobą i korzystaniem z jej usług. Do tego musiałam się zmierzyć z trudnymi uczuciami: rozczarowaniem, złością, poczuciem, że zostałam wykorzystana. Najgorsza była złość na siebie – że na to pozwoliłam, że nie stanęłam za sobą. Że wybrałam konwenanse, bycie uprzejmą.
W każdym razie przekonałam się, jak bardzo się to nie opłaca (również w bardzo dosłownym sensie). Oczywiście, obwinianie siebie do niczego nie prowadzi.

Kluczowe to wybaczyć sobie, powiedzieć: „widocznie w tej konkretnej sytuacji inne zachowanie było dla mnie zbyt trudne, może wręcz niedostępne” i podziękować za to doświadczenie. W końcu to dzięki niemu mam szansę skorygować moje postępowanie.

Pamięć bólu służy nam jako ostrzeżenie, przypomnienie, by następnym razem zareagować inaczej.

Zacisnę zęby, dam radę – ile razy to przerabiałeś? Dasz, na pewno – tylko jakim kosztem, w imię czego? Tłumienie emocji – bo złość, frustracja, żal będą się do ciebie dobijać i trzeba gdzieś je upchnąć – sprawia, że będziesz spięty, a życie w spiętym ciele to nie najlepszy układ. W moim odczuciu najgorsze jednak jest to, że zdradzasz siebie. Tracisz kontakt ze sobą, ze swoimi potrzebami, wartościami. To boli. Jeśli stawiasz dobre samopoczucie innych nad własnym, wysyłasz wyraźny sygnał, że nie jesteś ważny. Oddajesz swoją siłę, łatwo cię wykorzystać. Tracisz szacunek do siebie.

To nie wszystko: paradoks polega na tym, że „zadowalacze” rzadko mogą się pochwalić udanymi relacjami. Powód? Cóż – nie jesteś sobą. Jeśli wciąż starasz się dogadzać innym, przymilasz się, uśmiechasz, zakładasz maski – przebywanie z tobą może być uciążliwe, a nawet nudne. Zresztą ty sam też tracisz zainteresowanie ludźmi, trudno ci czerpać przyjemność z kontaktów z nimi. Za dużo w tym wysiłku, napięcia, kontroli… Za dużo niechęci, oporu, frustracji. Możesz nie wiedzieć do końca, o co w tym chodzi, ale czujesz, że nie masz chęci na jakiekolwiek interakcje. Bo brak przepływu, szczerości. Bo nie dostajesz tego, czego potrzebujesz – no, może namiastkę i to nie za darmo. Więc po co?

Każdemu jego uczucie

Korzenie tego problemu sięgają dzieciństwa i tego, jak byliśmy traktowani przez rodziców. Jeśli dostaliśmy bezwarunkową miłość, jeśli czujemy się kompletni tacy, jacy jesteśmy, nie potrzebujemy szukać akceptacji na zewnątrz. Tylko kto z nas został tak wyposażony na drogę? Najczęściej miłość, jaką otrzymywaliśmy, była reglamentowana, uzależniona od tego, czy byliśmy grzeczni i czy przynosiliśmy dobre oceny ze szkoły. Często byliśmy bardzo surowo oceniani, krytykowani – to prowadzi do lęku przed popełnieniem błędu, rozczarowaniem ważnych ludzi.

Potrzeba zadowalania innych przybiera szczególnie duże rozmiary u osób z rodzin, w których dochodziło do przemocy, do nadużyć. W takiej rodzinie dziecko żyje w lęku, że mogłoby narazić się czymś rodzicom. Czuje się odpowiedzialne za reakcje opiekunów, swoim zachowaniem stara się ich udobruchać, złagodzić wymiar kary. Chroni się najlepiej, jak potrafi… W ten sposób buduje bardzo silny mechanizm obronny: zadbam o siebie, dogadzając innym. A nuż uniknę kary (odrzucenia), a nawet dostanę jakiś okruch miłości?

Smutne? Przeraźliwie! I warto ten smutek poczuć, spotkać się z nim. Zobaczyć, jak bardzo odrzucamy siebie, kiedy tak szukamy dowartościowania, aprobaty innych. Kiedy próbujemy uniknąć konfrontacji z ich emocjami (i nie dopuszczamy do siebie własnych). To jak żałoba – po swojej prawdzie. I jak kubeł zimnej wody. Po prostu widzisz bezsensowność takich działań: stajesz się niezwykle podatny na manipulację otoczenia, twoja energia jest na wyczerpaniu, a i tak zawsze ktoś jest niezadowolony (ty na pewno!). Powiem coś oczywistego, ale warto to powtarzać, żeby wryło się w świadomość albo – mówiąc inaczej – żeby dokonać aktualizacji w naszym systemie przekonań: Nie jesteś odpowiedzialny za emocje innych osób. Co więcej, próba wpływania na ich samopoczucie to arogancja. Nie próbuj odbierać innym ich mocy! Niech każdy dba o siebie, niech uczy się radzić sobie z własnymi uczuciami.

Raz „tak”, raz „nie”

Rezygnacja z tożsamości „zadowalacza” może prawdziwie zrewolucjonizować nasze relacje z ludźmi. Ale punktem wyjścia jest relacja z samym sobą. Można zacząć od uczciwej odpowiedzi na pytania „po co to robię?” i „co stracę, kiedy przestanę to robić?”. To ważne – może się pojawić lęk. Jak to? Mam być niemiły? Mam odmawiać? Mówić to, co myślę? A co, jeśli zostanę sam? Warto pobyć z tymi uczuciami, objąć je. Porozmawiać ze sobą. Wprowadzać zmiany małymi krokami:

  • Sprawdzać, czego chcę, odraczać niektóre decyzje.
  • Nauczyć się mówić: „daj mi czas”, „chcę się zastanowić”, „potrzebuję się z tym przespać”.
  • Zauważać, że masz wybór i nie musisz się z niego tłumaczyć (na niektóre propozycje można odpowiedzieć po prostu „nie, dziękuję”).
  • Dostrzec, że mówiąc czemuś „nie”, mówisz „tak” czemuś innemu. Chodzi o to, by stopniowo oswajać lęk przed niezadowoleniem ludzi i zbliżać się do siebie. Podnosić własną decyzyjność, sprawczość, asertywność. Poczucie wartości.
  • Zauważać własne potrzeby i uczyć się je komunikować.
  • Prosić o pomoc, rewanż. Na pierwszym miejscu stawiać siebie. I być wobec siebie bardzo, bardzo łagodnym.

Wszystko to nie oznacza oczywiście, że masz zamknąć serce na ludzi, na potrzeby otoczenia czy stać się niemiłym (choć czemu nie). Jeszcze raz: to kwestia wyboru. Czy właśnie to? Czy właśnie teraz? Czy właśnie z tą osobą? Zatrzymuj się, pytaj serca. Poznawaj siebie, swoje wartości – to niezawodna nawigacja! Z czasem będzie coraz łatwiej – nie będziesz musiał główkować, co zrobić. Będziesz znał swoje priorytety, wiedział, jakie działanie jest z nimi spójne. Być może jeszcze przeszyje cię dreszcz pod tytułem „jeśli to zrobię, będzie niemiło”. Owszem, może tak być. Tyle że – skoro masz wątpliwości – prawdopodobnie rysa na szkle i tak już powstała. Mało tego: może nawet zdarzyć się, że zostaniesz skrytykowany, odrzucony. Nie wszyscy cię polubią – tego akurat możesz być pewnym. Ale ci, którzy jednak obdarzą cię sympatią i zaufaniem, zostaną z tobą autentycznym – czasem odmawiającym, czasem zmęczonym, czasem zdenerwowanym… Będą cenić cię za to, kim jesteś naprawdę.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>