fbpx

Strata to szansa na rozwój

Strata to szansa na rozwój
Żyjemy w czasach, w których przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Jest w nas tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca. (Fot. Getty Images)

Dziecko traci dzieciństwo, ale zyskuje wolność nastolatka, nastolatek przestaje być nastolatkiem i otrzymuje przywileje dorosłości. A piłkarz po trwałej kontuzji pewnie nie zagra już w reprezentacji, ale… może zostać świetnym trenerem. Jak dostrzec w życiowych zmianach szansę na rozwój, pytamy prof. Bogdana de Barbaro.

Żyjemy w niepewnym czasie, w którym wiele rzeczy się krystalizuje. Ostatnie miesiące zafundowały nam przyspieszony kurs przeżywania strat, i to różnorakich. Traciliśmy bliskich, zdrowie, pracę, wizję przyszłości… Co w tym wszystkim było najtrudniejsze?
Właśnie ta niepewność. Jeśli cofnęlibyśmy się na chwilę do czasów przedpandemicznych, z pewnością zauważylibyśmy, że wtedy mniej więcej było wiadomo, którą drogą kroczymy i co jest za najbliższym wzgórzem. Nawet jeżeli nie wiedzieliśmy, czy przyszłość będzie piękna, czy brzydka, nasza, czy cudza – mam tu na myśli choćby wynik wyborów prezydenckich – to była ona jednak w miarę przewidywalna. Natomiast teraz mamy do czynienia z sytuacją pod tytułem „Nie wiem, co będzie”. I to jest niebywale trudne, bo jednak częścią naszego zwykłego codziennego komfortu i podstawowego poczucia bezpieczeństwa jest to, że da się pewne rzeczy przewidzieć z wyprzedzeniem. Nieprzewidywalność – zarówno w kontekście zachowań ludzkich, jak i prądów społecznych – tworzy stan niepokoju, zagrożenia.

Ale przecież każda strata pozbawia nas poczucia bezpieczeństwa. Także taka, powiedziałabym, banalna jak to, że się starzejemy…
Tylko że nawet, gdy ktoś ma 18 czy 28 lat, to wie, patrząc na swoich rodziców czy dziadków, że zmarszczek będzie mu raczej przybywać niż ubywać. Ma to jeszcze przed sobą, ale już może się z tym liczyć; w jakimś sensie jest obecny w tej przyszłości swoim wyobrażeniem. Natomiast dziś my nie do końca wiemy, co właściwie nas czeka. Bo tak jak jesteśmy przyzwyczajeni, że po dniu jest noc, a po lecie zima, tak – w kwestii tego, jak będzie wyglądało nasze życie w przeciągu roku czy dwóch – możemy sobie tylko powróżyć. Możliwe, że ktoś w listopadzie ogłosi wynalezienie szczepionki albo leku na koronawirusa, a możliwe, że nie.

Są też pewne zalety tej nieprzewidywalności, np. taka, że w jakimś sensie musi nam przybywać na nią zgody, co w konsekwencji kieruje nas ku sobie samym. Może pojawić się w nas więcej pytań ostatecznych niż wtedy, kiedy żyliśmy sobie w rytmie: pięć dni intensywnej pracy, dwa dni intensywnej zabawy. To już za nami, skończyło się, możliwe, że na zawsze. W związku z tym trzeba by zaglądnąć w siebie, by móc to wszystko zrozumieć – łącznie z własnymi potrzebami, wykraczającymi daleko poza pragnienie przyjemności.

Nauczymy się akceptować, że jest, jak jest? Dostosowywać się do obecnej chwili?
Kłopot w tym, że dla jednych ta sytuacja jest refleksjorodna, a dla drugich na tyle trudna, że będzie skłaniać ich do ucieczki, pogłębi wewnętrzny chaos lub wprowadzi w smutek czy w jakieś uzależnienie. A jeszcze innych tak zatrzyma w lęku przed przyszłością, że się zwrócą ku przeszłości jako jedynej realnej sytuacji.

„Kiedy będzie znów tak jak dawniej?”.
To potrzeba regresji, by wrócić do sytuacji minionej, czyli z punktu widzenia tu i teraz – bardziej bezpiecznej. Jeśli nowa rzeczywistość nie jest tak piękna, jakbyśmy chcieli, to zwykle pojawia się w nas chęć, by ją stylizować. Fizycy udowodnili jednak, że czas płynie jednokierunkowo, więc choć możemy uzbroić się w jakieś systemy zaprzeczeń czy mechanizmy obronne, to jednak to se ne vrati.

A więc świat postawił przed nami pytanie: Jak skorzystać z tej katastrofy?
Możemy na przykład zobaczyć, że ta katastrofa uwyraźnia słowo „my”, bo zwraca uwagę na inne katastrofy dotyczące milionów ludzi. Uzmysławia, że w jednych krajach ludzie żyją w nędzy, a w innych w zamożności. I tam, gdzie panuje bieda, wirus będzie bardziej bezlitosny. Nie dlatego, że taki jest wirus, tylko dlatego, że tacy jesteśmy my, skłonni do dbania o „ja” własne i bliskich. Patrzymy na słupki wzrostu zachorowań i zgonów z powodu koronawirusa, a równie dobrze można by patrzeć na wskaźniki dotyczące tego, ile osób tego dnia zmarło z głodu, a ile z powodu nadużywania alkoholu czy palenia papierosów. I co się okaże? Że jednego dnia z powodu koronawirusa zmarło na świecie prawie 6 tys. osób. I to jest straszne. Ale z powodu nadużywania alkoholu tego samego dnia zmarło ponad 7 tys., a z powodu palenia papierosów – prawie 15 tys. A ludzi otyłych jest na świecie ponad 700 mln, niewiele mniej niż ludzi cierpiących na niedożywienie. Jak długo żyjemy bezpiecznie ekonomicznie, tak długo nie przejmujemy się tym, że gdzieś w Afryce Środkowej ludzie umierają z głodu. Lub że osoba homoseksualna jest tam za swoją orientację zabijana. Inne katastrofy dotąd były tak egzotyczne, że nie przemawiały do naszego rozumu, tymczasem można mieć nadzieję, że to się zmieni. Skoro słyszymy, ile osób zmarło w Brazylii z powodu pandemii, to możemy się zastanowić, czemu ta liczba jest tak wysoka. Ile tam jest slumsów, ile osób żyje poniżej progu ubóstwa.

Judith Viorst w książce „To, co musimy utracić…” zwraca uwagę na straty, które są konieczne w naszym życiu i potrzebne do rozwoju. Potrzebne jest nam to, że się starzejemy, że nasze dzieci dorastają i wychodzą z domu… Potrzebne są nam pewnie też takie światowe kryzysy jak obecny.
One wszystkie są potrzebne i rozwojowe, ale pod jednym warunkiem – że będziemy ich świadomi, nie będziemy im zaprzeczać i że przejdziemy przez wszystkie etapy żałoby z nimi związanej, i że dokończymy ten proces. A to nie jest takie oczywiste. Często ludzie coś tracą, a jednocześnie się na to nie godzą. Na przykład dziecko staje się dorosłe, a rodzic, który nie jest przygotowany na wyfrunięcie z domu młodego człowieka, albo coś takiego robi zewnętrznie, że go zatrzymuje – choruje lub blokuje wsparcie finansowe – albo zamraża swój proces rozstawania się i traktuje 20-latka nadal jak małe dziecko. I wtedy ta ważna utrata nie ma szansy być rozwojową. Rodzic pozostaje w iluzji, odwraca się od tego, co realne.

Najczęściej zatrzymujemy się na etapie zaprzeczenia?
Zwykle nie dopełniamy wewnętrznej zgody na to, że ktoś odszedł lub że coś się skończyło. Oczywiście, ten proces wymaga czasu i nie powinno się go sztucznie przyspieszać. Ale to też jest kwestia wzorca kulturowego. Dawniej przyjmowało się, że żałoba po kimś bliskim trwa około roku, przez ten czas ludzie pozostający w żałobie nosili na ramieniu czarne opaski. To była część rytuału, który nie kończył się wcale po pogrzebie czy stypie. Dziś jeśli ktoś pozostaje w smutku kilka tygodni, zgłasza się do lekarza po leki przeciwdepresyjne. Jednak bywają ludzie, którzy na drodze godzenia się z utratą, niezależnie od czasu trwania żałoby, nie mają w sobie zgody na to, by uznać, że coś się skończyło. I nie chodzi tu jedynie o sytuację utraty bliskiej osoby. Są wśród nas tacy, którzy nie przyjmują do wiadomości, że ich młodość minęła. Nie tylko narażają się na pewien chaos wewnętrzny, ale też nie są w stanie czerpać niczego dobrego z tego, co niesie następny etap życia. I to może dotyczyć także utraty marzeń czy wyobrażeń o sobie.

Mówiliśmy o zgodzie na utratę i nieprzewidywalność, ale równie ważna jest zgoda na ograniczoność, czyli na to, że nie da się mieć wszystkiego. To wymaga też zgody na to, że czasem życie boli. Bo zanim przyjdą profity z tego, że przyjąłem do wiadomości, że coś utraciłem, trzeba jeszcze wytrwać w bólu utraty.

Ten ból jest nam chyba najtrudniej znieść.
Nic dziwnego. Żyjemy w czasach, w których raczej przybywa oczekiwań, a ubywa pokory wobec losu. Ma nam być zawsze pięknie, radośnie i przyjemnie. Książka Judith Viorst, którą też niedawno przeczytałem, właśnie o tym opowiada. Nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego, że ona powstała tak dawno. Sądzę, że gdyby autorka pisała ją dziś, doszłaby do wniosku, że w naszej ponowoczesności jest nam jeszcze trudniej powiedzieć: „Zgadzam się na utratę”. Jest w nas tyle hedonizmu, narcyzmu i konsumpcjonizmu, że utrata bywa zawstydzająca, a pokora jest tym, na co trudno się nam zgodzić. Ale bez niej nie ma rozwoju.

Viorst pisze, że jeśli poznamy swoje ograniczenia, to łatwiej nam będzie funkcjonować.
Zgoda na utratę jest w pewnym sensie antynarcystyczna. Ale, pamiętajmy, niewielka porcja narcyzmu jest człowiekowi potrzebna do samoakceptacji czy pogodnych relacji z otoczeniem. Im bardziej kultywujemy w sobie egotyzm i konsumpcjonizm, tym bardziej nas bolą życiowe zmiany. Niestety, XXI w. namawia do zachwytu nad własnym „ja”.

Z drugiej strony – coraz częściej mówi się o tym, że zbyt często wymieniamy dobre rzeczy na nowe, zbyt wcześnie kończymy związki. Niektórzy sprawiają wrażenie, jakby nie przechodzili po stratach żadnej żałoby. Ktoś odchodzi, a oni mówią: „OK, nie ta, to inna”. Albo: „W sumie lepiej mi teraz samej, niż było z nim”. Czy takie podejście może świadczyć o płytkości naszych relacji, czy może jest formą opancerzania się przed bólem?
Sytuacja jest złożona. Jeżeli doszło do zakończenia jakiegoś związku i ktoś mówi: „Nic nie szkodzi”, to może mówić to dlatego, że zaiste nic nie szkodzi, bo związek był powierzchowny, pozorny albo byle jaki. Ale mógł być głęboki dla człowieka, który został porzucony, a ponieważ nie potrafił zadbać o to, by nie dopuścić do rozstania, postawa pt. „Nic się nie stało” będzie mu potrzebna, by wytrzymać najtrudniejszy okres bezpośrednio po porzuceniu. Z czasem będzie musiał dopuścić do swojego serca ból. Jeśli jednak wda się w jakieś zapomnienia i zaprzeczenia – czyli obrazowo: będzie co wieczór chodził do najbliższego pubu, by zapomnieć o cierpieniu rozstania za pomocą wódki czy jakiegoś narkotyku – to będzie antyrozwojowe.
Siła pozorna polega na założeniu maski zadowolenia i noszeniu jej nawet przed samym sobą, w ten sposób zaprzecza się utracie i temu, że coś nas boli. Natomiast czymś zdecydowanie innym jest siła wewnętrzna, która pomaga wytrzymywać przeciwności losu. Taki ktoś idzie przed siebie z podniesionym czołem pomimo ciężaru na ramionach.

Co zatem buduje naszą wewnętrzną siłę?
Pokora i wgląd. Siła nie polega na napinaniu muskułów, tylko na tym, że rozumiemy swoje ograniczenia i ciężary życia, i nas to nie załamuje. Zachęta do większej wrażliwości nie ma na celu tego, byśmy się smucili, że tak wiele tracimy, ale byśmy uznali, że to jest część naszej egzystencji.

Powinniśmy uznać, że nasze życie pełne jest małych katastrof?
Zastanawiam się, czy właściwe jest tu słowo „katastrofa”… Gdybyśmy się na nie zgodzili, to istotne byłoby pytanie: Co się ze mną dzieje po tej katastrofie? Czy udaję, że jej nie było? Czy też zabieram się do naprawy tego, co się zniszczyło? „Katastrofa” sugeruje jednak całkowite zniszczenie, dlatego wolałbym powiedzieć, że nasze życie jest pełne zakrętów. I zdarza się nam z zakrętów wychodzić z większym lub mniejszym poślizgiem. Czasem lepiej już wziąć poślizg niż wylądować w rowie. Ale, zauważmy, że utrata to często zarazem zysk: dziecko traci dzieciństwo, ale zyskuje wolność nastolatka, nastolatek przestaje być nastolatkiem i otrzymuje przywileje dorosłości. A piłkarz po trwałej kontuzji pewnie nie zagra już w reprezentacji, ale – jeśli będzie miał w sobie moc – może zostać świetnym trenerem.

Nie zawsze to, co tracimy, ulega całkowitemu zniszczeniu.
Próbuję sobie teraz przypomnieć uczucia, jakie się we mnie pojawiały, kiedy doświadczałem najbardziej ewidentnych strat w moim życiu, czyli śmierci moich rodziców. Z jednej strony były to przeżycia dramatyczne, z drugiej – były one do przewidzenia w takim znaczeniu, że jako ludzie jesteśmy raczej przyzwyczajeni do tego, że osobom dorosłym rodzice umierają. Powiedziałbym, że to sytuacja, w której należy przeżyć ból, skonfrontować się z nim, ale nie trwać przy nagrobku przez resztę życia. Nietrudno się domyślić, że ci, którzy – jak to elegancko mówimy – odeszli, wcale nie oczekują, byśmy trwali w żałobie jak najdłużej. Psychoterapeuci nieraz mają do czynienia z pacjentami, którzy nie są pogodzeni z utratą bliskich. Życie mija, a oni nie przyjmują tego do wiadomości. Oczywiście, śmierć jest jedną ze strat społecznie uznawanych za dramat, a utrata marzeń niekoniecznie wymaga metafory stania przy grobie, ale warto pamiętać, że obie te sytuacje mogą blokować rozwój.

Strata jest też utratą złudzeń. Odejście bliskiej osoby wiąże się z utratą iluzji, że możemy być z kimś na zawsze.
Zmarli, choć biologicznie nieżywi, mogą być w czyimś życiu bardzo obecni. I powstaje pytanie, czy ta psychiczna obecność osób zmarłych tworzy zasób, czy staje się jedynie osłabieniem, częścią naszej niezgody na utratę. Czy to jest konstruktywne, czy destruktywne?

I jaka jest odpowiedź?
To właśnie sprawdzamy w gabinecie. I okazuje się, że czasami jest konstruktywne, bo ten, kto nie żyje, może błogosławić mojemu życiu, dodawać siły lub mówić między wierszami: „Cieszę się z twojej drogi”. Wtedy ta utrata nie osłabia. A może być i taka sytuacja, że niezaakceptowanie odejścia kogoś bliskiego wywołuje bezruch psychiczny. W iluzji, że ten ktoś wróci i świat odżyje. Albo w przekonaniu, że nie wolno wchodzić w nowe związki, bo byłaby to zdrada. To byłoby destruktywne, zamrażające.

Zawsze mamy jeszcze wspomnienia. One też mogą być dla nas karmiące lub niszczące.
Możemy patrzeć na fotografię sprzed lat z sentymentem czy pogodną melancholią, chociaż są na niej osoby, które nie żyją; miejsca, których już nie ma; zdarzenia, które już się nie powtórzą. A innym razem patrzymy na stare zdjęcie i czujemy smutek pomieszany z gniewem, rozpaczą. Jak już wspomniałem, ważny jest tu parametr czasu. Nie oczekujmy pogodnej melancholii od kogoś, kto przeżył utratę tydzień temu. Natomiast po roku, dwóch – zwykle będzie nam już do niej bliżej.

Czas może być lekarstwem na ból wywołany stratą?
Może, pod warunkiem że zadbamy o to, co się w tym czasie z nami dzieje. On płynie, ale co my do jego nurtu wrzucimy, zależy już tylko od nas.

Bogdan de Barbaro, prof., psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze